W mroźny zimowy wieczór 19 grudnia, po raz kolejny Odnową zawładnęły biało-czarne barwy. Jak co roku, muzycy Republiki, zaproszeni goście oraz wierni fani zebrali się aby muzycznie uczcić pamięć Grzegorza Ciechowskiego, legendarnego frontmana tej grupy.
Jak zwykle, nie zabrakło wschodzących muzycznych gwiazd, jak i artystów, którzy mają mocną pozycję na firmamencie polskiej muzyki. W tym roku zaprezentowali się na scenie między innymi Soima, Manchester, Pustki, Lipali, Indios Bravos, T.LOVE, Renata Przemyk, Wojciech Waglewski, Paweł Kukiz, Artur Rojek i Marcin Rozynek. Złożyli swoisty hołd Obywatelowi G.C. wykonując w toruńskiej Odnowie interpretacje jego utworów.
W tym roku zmieniono formułę koncertu - muzycy Republiki nie akompaniują już wykonawcom, którzy zmieniają się na scenie; występują jedynie gościnnie w pojedynczych utworach. Jest to duża zmiana, ale jak określił to Leszek Biolik, basista Republiki – muzycy grają świetnie, robiąc „dobrą robotę” i tworząc wspaniały koncert. Leszek Biolik bez zapowiedzi pojawił się podczas występu Artura Rojka, który po „myslovitzowemu” wyśpiewał „Arktykę” i „Halucynacje”, natomiast w finale, w duecie gitarowym razem z Marcinem Rozynkiem zagrał Leszek Krzywański.
Do występów, które na długo zapadną w pamięć uczestnikom koncertu można zaliczyć rewelacyjny Indios Bravos, a w szczególności duet Gutek & Reata Przemyk w utworze „Raz na milion lat”. Wojciech Waglewski wprowadził niezwykły klimat śpiewając „Śmierć na pięć”, jedną z ostatnich kompozycji Ciechowskiego. Jak zwykle nie zawiódł T.LOVE – Muniek z prawdziwą charyzmą wykonał „Śmierć w bikini” i „Sexy doll”. Trzeba przyznać, że dość kontrowersyjny był występ Pawła Kukiza. Z jednej strony widać było szczerość uczuć w dzieleniu się wspomnieniami z Woodstock i determinację w jak najlepszym wykonaniu „Na barykadach”, z drugiej rozczarowujące było śpiewanie z kartki i to, że Kukiz nie do końca poradził sobie z tym utworem.
Tradycyjnie, koncert urozmaicony był archiwalnymi nagraniami zespołu, począwszy od koncertu z 1991 roku aż do ostatniego występu z października 2001, który odbył się w Odnowie zaledwie dwa miesiące przed odejściem Grzegorza Ciechowskiego. Filmy te pokazywały ważne momenty w historii zespołu; często były to nagrania wcześniej nie publikowane.
To wszystko spowodowało, że atmosfera koncertu była niezwykle rodzinna, można by rzec intymna. Do jednego z bardziej wzruszających momentów trzeba zaliczyć występ Rafała „Zwierza” Zielińskiego, który podzielił się swoimi wspomnieniami śpiewając „Odchodząc”.
Podczas koncertu wręczono Nagrodę Artystyczną Miasta Torunia imienia Grzegorza Ciechowskiego zespołowi „Pustki”, który znakomicie wykonał między innymi „Parzydełko” i „Słabość chwilową” z ostatniego albumu „Kalambury”, udowadniając, że w pełni zasłużył na tę nagrodę.
...
jest niewiele koncertów, po których chcę więcej i więcej. i nie muszę się nawet nastawiać, że to TAKI FAJNY KONCERT. po prostu rewelacja!
"idą tłumy ich, tłumy ich, tłumy ich..."
niedziela, 20 grudnia 2009
poniedziałek, 14 grudnia 2009
porady cioci a.
jak pójść na imprezę z 3 złotymi w kieszeni, a nie móc opędzać się od drinków?
primo: idź na otrzęsiny - na dobrych otrzęsinach jest welcome drink i piwo w cenie biletu. alkhol - ja 2:0
secondo: przyłącz się do koleżanki, która pod stołem nalewa piwka przemyconego na imprezę. alkohol - ja 2,5:0
terzo: weź udział w konkursie na picie piwa na czas, wygraj, w nagrodę dostań piwo i przy okazji zgarnij kupon na jeszcze jedno. alkohol - ja 4,5:0 (kupon oddałam koleżance)
quarto: spotkaj kolegę, którego znasz nie wiadomo skąd i w procesie przypominania sobie skąd się znacie - idźcie do baru. alkohol - ja 5,5:0
co poradzić, taka karma.
primo: idź na otrzęsiny - na dobrych otrzęsinach jest welcome drink i piwo w cenie biletu. alkhol - ja 2:0
secondo: przyłącz się do koleżanki, która pod stołem nalewa piwka przemyconego na imprezę. alkohol - ja 2,5:0
terzo: weź udział w konkursie na picie piwa na czas, wygraj, w nagrodę dostań piwo i przy okazji zgarnij kupon na jeszcze jedno. alkohol - ja 4,5:0 (kupon oddałam koleżance)
quarto: spotkaj kolegę, którego znasz nie wiadomo skąd i w procesie przypominania sobie skąd się znacie - idźcie do baru. alkohol - ja 5,5:0
co poradzić, taka karma.
niedziela, 13 grudnia 2009
co się dzieje w grudniu.
coraz częściej chcę, żeby ten rok się w końcu zakończył. tak jak się zaczął, tak się ciągnie. żyję w stresie, niepewności, jestem emocjonalnym kłębkiem nerwów. chcę możliwości życia na nowy rachunek.
dziś po raz pierwszy od ponad 2 lat grałam na flecie. i postanowiłam, że będę to robić regularnie. co najdziwniejsze odczuwałam przed tym wstyd i strach - taką wielką "bowling ball in my stomach". bałam się, że już nie umiem, że nie będę wiedziała jak, że dźwięk będzie zły. że dziewczyny usłyszą i się zdziwią. i wyrzuty, że już dawno dawno nie grałam. nie cieszyłam się, że wracam do grania, że będę coś tworzyć.
...
to wydarzenie jest metaforą tego co się ze mną dzieje. będąc ciągle ocenianą i czując ciągłą potrzebę sprostania pewnym wymaganiom - dobrej córki, siostry, dziewczyny, studentki, osoby ambitnej, oczytanej, inteligentnej, zadbanej, koleżeńskiej zamykam się, zadręczam i przeżywam. a najgorsze jest to, że te wymagania idą nie tylko z zewnątrz ale i z wewnątrz. gdzieś w środku mam wirusa, który dąży do auto-doskonalenia-destrukcji.
...
dopiero po chwili gdy zaczęłam wschłuchiwać się w muzykę i dbać o jakość dźwięku i frazy, poczułam ulgę, wolność. pomyślałam, że NIE MUSZĘ, ale CHCĘ. że NIE jestem w tym NAJLEPSZA, ale daje mi to RADOŚĆ.
ciężko jest zaakceptować swoją NIEDOSKONAŁOŚĆ.
dziś po raz pierwszy od ponad 2 lat grałam na flecie. i postanowiłam, że będę to robić regularnie. co najdziwniejsze odczuwałam przed tym wstyd i strach - taką wielką "bowling ball in my stomach". bałam się, że już nie umiem, że nie będę wiedziała jak, że dźwięk będzie zły. że dziewczyny usłyszą i się zdziwią. i wyrzuty, że już dawno dawno nie grałam. nie cieszyłam się, że wracam do grania, że będę coś tworzyć.
...
to wydarzenie jest metaforą tego co się ze mną dzieje. będąc ciągle ocenianą i czując ciągłą potrzebę sprostania pewnym wymaganiom - dobrej córki, siostry, dziewczyny, studentki, osoby ambitnej, oczytanej, inteligentnej, zadbanej, koleżeńskiej zamykam się, zadręczam i przeżywam. a najgorsze jest to, że te wymagania idą nie tylko z zewnątrz ale i z wewnątrz. gdzieś w środku mam wirusa, który dąży do auto-doskonalenia-destrukcji.
...
dopiero po chwili gdy zaczęłam wschłuchiwać się w muzykę i dbać o jakość dźwięku i frazy, poczułam ulgę, wolność. pomyślałam, że NIE MUSZĘ, ale CHCĘ. że NIE jestem w tym NAJLEPSZA, ale daje mi to RADOŚĆ.
ciężko jest zaakceptować swoją NIEDOSKONAŁOŚĆ.
wtorek, 8 grudnia 2009
poniedziałek, 30 listopada 2009
mglisty weekend.
większość weekendu minęła mi mgliście. a oto jak zaczęła się moja historia.
w piątek coś zaczęło mnie ostro boleć w klacie, w sobotę nie przestało, więc udałam się do szpitala na bielany. tam powiedzieli mi, że pogotowie dla studentów jest na konstytucji 3 maja, czyli na 3. rubinkowie gdzie psy dupą szczekają. pojechałam tam, odczekałam swoje, doktorek mnie zbadał, po czym stwierdził, że trzeba zrobić ekg. i zrobił. i się okazało, że mam jakieś nerwobóle międzyżebrowe. przewianie, przegłodzenie, stres, przeciążenie, niewyspanie, emocje? wszystko możliwe. ale to nic.
dostałam leki, które mam przyjmować 3 razy dziennie (całe szczęście tylko przez 3 dni) i co powodują te leki? oprócz łagodzenia bólu i napięcia w tych nerwach, to powodują mega senność i lekkie zaburzenia kumacji. tak po całości. po 30min od zażycia łapie mnie taki śpioch, że nic się nie da poradzić. serio - nic. więc pół soboty przespałam budząc się tylko na jakieś jedzenie i bredzenie od rzeczy. w niedzielę oglądając finał tańca z gwiazdami, usnęłam przed tv. oczywiście Misia i Wena miały ze mnie polewę, bo usnęłam na siedząco w mgnieniu oka. generalnie jest to dość zabawne uczucie i przynajmniej zmusza mnie do wcześniejszego kładzenia się spać :D i wcześniejszego wstawania z drugiej strony. dziś wstałam o 6, wypoczęta i wyspana, zrobiłam śniadanko i zaobserwowałam i zdigitalizowałam piękny wschód słońca. ecce foto!
wtorek, 24 listopada 2009
szlafrokowe przemyślenia.
wtorki to moje ulubione dni tygodnia. wiadomo, że poniedziałki suck, ale za to wtorki ehh :) rano mam tylko jedne zajęcia (co prawda na 8, ale z mojego ulubionego przedmiotu). za to potem cały dzień wolny! mogę spać, łazić po domu w szlafroku, czytać, oglądać "dextera", siedzieć w necie bez poczucia winy:)tak jak właśnie teraz.
a propos - po rosyjsku surfowanie w necie to "brodzenie" :)
...
plany wyprawowe się krystalizują i ucieleśniają, zaczynam liczyć kasę i czytać podróżnicze książki na ten temat. prawdopodobnie połączymy nasze wyprawy z Anią B., którą znam od przedszkola i której zawsze zazdrościłam talentu do rysowania koni i syrenek (mi wychodziły jakieś picassowsko-rubensowskie, dalekie od ideałów Disneya). obie młode, zdeterminowane i... zdeterminowane, także powinno coś z tego wyjść.
...
oczywiście mam ambitny plan zdania jednego z egzaminów tuż przed Świętami i niech mnie dunder świśnie jak tego nie zrobię. czytam również książki nie związane ze studiami - ostatnio "Zaułek łgarza", teraz "Ulicę marzycieli" Wilsona. kiedyś pewien pan powiedział mi, że te książki zmieniły jego podejście do życia. mojego na razie nie, ale jeszcze nie skończyłam drugiej, więc może przemiana tuż przede mną.
jeszcze takie ostatnie życzenie na koniec: chciałabym być normalna, ale co w postmodernistycznej rzeczywistości jest normą i normalnością? nie ma łatwych odpowiedzi, nie ma pewnych wzorców.
jedyną pociechą dla mnie jest to, że nie tylko ja mam takie rozterki. jeszcze ze dwie osoby co najmniej.
dubito ergo sum.
a propos - po rosyjsku surfowanie w necie to "brodzenie" :)
...
plany wyprawowe się krystalizują i ucieleśniają, zaczynam liczyć kasę i czytać podróżnicze książki na ten temat. prawdopodobnie połączymy nasze wyprawy z Anią B., którą znam od przedszkola i której zawsze zazdrościłam talentu do rysowania koni i syrenek (mi wychodziły jakieś picassowsko-rubensowskie, dalekie od ideałów Disneya). obie młode, zdeterminowane i... zdeterminowane, także powinno coś z tego wyjść.
...
oczywiście mam ambitny plan zdania jednego z egzaminów tuż przed Świętami i niech mnie dunder świśnie jak tego nie zrobię. czytam również książki nie związane ze studiami - ostatnio "Zaułek łgarza", teraz "Ulicę marzycieli" Wilsona. kiedyś pewien pan powiedział mi, że te książki zmieniły jego podejście do życia. mojego na razie nie, ale jeszcze nie skończyłam drugiej, więc może przemiana tuż przede mną.
jeszcze takie ostatnie życzenie na koniec: chciałabym być normalna, ale co w postmodernistycznej rzeczywistości jest normą i normalnością? nie ma łatwych odpowiedzi, nie ma pewnych wzorców.
jedyną pociechą dla mnie jest to, że nie tylko ja mam takie rozterki. jeszcze ze dwie osoby co najmniej.
dubito ergo sum.
niedziela, 15 listopada 2009
księżniczka pru.


relacja z wro:
diadem, który posiada swoją historię został wygrany przeze mnie zakładem od Szakiry ;] dlaczego księżniczka? ponieważ nie będzie rozmawiała z Rosjaninem po rusku o wypadających z ortalionowych spodni martwych ptakach (chociaż żart był niezły :P) i zachwyca się w drogerii p(r)uszkami [sic!]
panowie policjanci z wyspy nie znają się na "uznaniu administracyjnym" ani na żartach, co zobrazuje poniższy przykład:
Pan Policjant: "dziewczyny, jakie macie plany na wieczór?"
Szak: "wyspa, siusiu, zęby i spać"
Pan Policjant: "to lipa troszku"
...
absurdów c.d. w pociągu
jechałam z kobitkami w wieku "ciotka", które nie znając się nawzajem, gadały jak wariatki o wszystkim (w tym o operacjach), co więcej były tez młode laski które się z nimi integrowały. tylko ja byłam odludkiem :P tak się integrowały, ze jedna młoda zaproponowała "ciotce" pójście razem do toalety WTF?! potem wsiadł pan muzyk (gdy już liczyłam na rozwalenie się na 2 miejscach) i prawie na mnie usiadł, po czym z własnej inicjatywy wrzucił moje tobołki na górę i oglądał sobie czasopismo z nutami. to było jeszcze spoko. później jedna z "ciotek" poprosiła go: "czy byłby pan tak grzeczny i zdjął mi bagaż?" na co on: "ja nie jestem grzeczny, ale bagaż pani zdejmę". potem zgasło światło i "ciotki" znów przeżywały głośno komentując, "że jak to" i się wychylały przez okno, żeby sprawdzić czy w innych wagonach jest - nic nie zobaczyły wiec na jakiejś stacji zapytały o to ludzi stojących na peronie i na tejże stacji kazały konduktorowi się tym zająć. i jaka była ich uciecha jak światło wróciło :P
i smutna rzecz: korona mi się połamała. ale ale jak prawdziwa księżniczka pru zlepiłam ją od razu i już jest "noszalna". nie wiem czy to wina tego, że mi Szaksa jej pożałowała, czy jakoś ja przygniotłam, czy to wina muzyka co na mnie usiadł. ważne ze naprawiona :)
ps. jedna ciotka miała 2 pary okularów na raz założone, o czym oczywiście trochę poopowiadała
na deser okularki Szakiry - we wrocku to się ludzie modnie noszą, nie ma co!
piątek, 13 listopada 2009
myśli porozrzucane.
krótkie podsumowanie:
konkretyzuje się skład osobowy wyprawy.
nauczyłam się pływać zakrytą żabką.
zaczęłam w końcu ćwiczyć.
nie rozumiem dlaczego ludzie w kotłowni (taki klub studencki w T. - dla niewtajemniczonych) pchają się jak szaleni do rury.
otrzęsiny politologii były słabe, może dlatego, że nie miałam z kim gadać.
odbiję sobie jutro we wrocławiu. wro bro!
znaleźli tam dziś jakąś bombę. akurat dziś.
zastanawiającym jest fakt, że w filmach zdenerwowani ludzie wchodzą do łazienki i odkręcają wodę w kranie, po czym ostentacyjnie opierają się o umywalkę.
robię naprawdę dobre obiady i chyba coraz lepiej radzę sobie jako uczycielka italiano.
jest późno i idę spać.
...
jak ograniczyć spalanie w samochodzie?
konkretyzuje się skład osobowy wyprawy.
nauczyłam się pływać zakrytą żabką.
zaczęłam w końcu ćwiczyć.
nie rozumiem dlaczego ludzie w kotłowni (taki klub studencki w T. - dla niewtajemniczonych) pchają się jak szaleni do rury.
otrzęsiny politologii były słabe, może dlatego, że nie miałam z kim gadać.
odbiję sobie jutro we wrocławiu. wro bro!
znaleźli tam dziś jakąś bombę. akurat dziś.
zastanawiającym jest fakt, że w filmach zdenerwowani ludzie wchodzą do łazienki i odkręcają wodę w kranie, po czym ostentacyjnie opierają się o umywalkę.
robię naprawdę dobre obiady i chyba coraz lepiej radzę sobie jako uczycielka italiano.
jest późno i idę spać.
...
jak ograniczyć spalanie w samochodzie?
poniedziałek, 9 listopada 2009
za oknem szaro.
pada, szaro, chołodno. dobrze, że mam pomalowaną na pomarańczowo ścianę. przynajmniej nie czuję się jak w grobie. ogólnie, nie czuję się jak w grobie, doch czuję się wręcz odwrotnie. moją głowę zaprzątają plany przyszłych wakacji. mam cel, który chcę zrealizować, swoją wyprawę, przygodę ze Wschodem.
aktualnie jestem na etapie obczajki co mi się podoba, a co nie i gdzie dokładnie chcę pojechać. zaglądam na blogi i strony podróżnicze, pytam znajomych, szukam w bibliotekach. szukam też drużyny pierścienia ;] mając taką motywację, nauka rosyjskiego idzie mi lepiej i przyjemniej. wczoraj wstępnie zorientowałam się co do transsibu, czasu przejazdów, przepisów celnych i tym podobnych. z ciekawostek: do Rosji nie wolno wwozić owoców i warzyw, do Mognolii ichnej waluty, do Chin pornografii (uwaga na różnice kulturowe), materiałów antyrządowych, radioaktywnych i religijnych. czyli wszystko jedno czy wzbogacony pluton czy różaniec - nie wolno. ponadto w ChRL mogą sprawdzać nośniki danych (CD/DVD, karty pamięci etc.) i nie wolno wwozić niewywołanych klisz. a za naroktyki grozi kara śmierci. insza inszość niż u nas w europie.
podjarałam się tą wyprawą i będę ten stan podtrzymywać, żeby nie zgłupieć od tej naszej złotej polskiej.
aktualnie jestem na etapie obczajki co mi się podoba, a co nie i gdzie dokładnie chcę pojechać. zaglądam na blogi i strony podróżnicze, pytam znajomych, szukam w bibliotekach. szukam też drużyny pierścienia ;] mając taką motywację, nauka rosyjskiego idzie mi lepiej i przyjemniej. wczoraj wstępnie zorientowałam się co do transsibu, czasu przejazdów, przepisów celnych i tym podobnych. z ciekawostek: do Rosji nie wolno wwozić owoców i warzyw, do Mognolii ichnej waluty, do Chin pornografii (uwaga na różnice kulturowe), materiałów antyrządowych, radioaktywnych i religijnych. czyli wszystko jedno czy wzbogacony pluton czy różaniec - nie wolno. ponadto w ChRL mogą sprawdzać nośniki danych (CD/DVD, karty pamięci etc.) i nie wolno wwozić niewywołanych klisz. a za naroktyki grozi kara śmierci. insza inszość niż u nas w europie.
podjarałam się tą wyprawą i będę ten stan podtrzymywać, żeby nie zgłupieć od tej naszej złotej polskiej.
środa, 21 października 2009
nuuuuda..... not
już środa? niemożliwe.
jakoś szybko mijają mi dni kiedy latam i załatwiam wszystkie sprawy. myślałam, że już mam na tyle doświadczenia, że pójdzie mi to migiem, tymczasem nowe kłody pod nogi i już trzeci tydzień wszystko sobie ustawiam. po drodze zdążyłam jeszcze pojechać na koncert Tori, która wymiotła jak zwykle i na parapetówę u Kuciela, który również wymiótł jak zwykle. czyli w jego przypadku, była to uczta z kotlecikami z ananasem i serem, tartą szpinakową i tartą brokułową, keksem oraz kolorowymi drinkami i innymi smakołykami. wszystko homemade by Kuciel. dobry materiał na męża ;] (w tym miejscu znaczący uśmiech i pozdrowienia od redakcji)
tymczasem zmagam się z katarem, rosyjskimi literkami, porządkiem w pokoju, który staram się restytuować po każdym jego zburzeniu - czyli co rano, gdy wstaję na 8. muszę przyznać, że ja raczej rannym ptaszkiem nie jestem (eureka) i strasznym dramatem są dla mnie pobudki o 7. właściwie to o 7:05, 7:10, 7:15, 7... o kwa 7:20! (powyższe ma zobrazować przestawianie budzika). tego rozdzierającego serca dramatu doświadczyła już moja rodzina, gdy jeszcze w liceum wyganiałam wszystkich rano zła jak osa i wkurzałam się o każde głośniejsze nawet psiknięcie dezodorantem. how sick is that? niestety taki mój psa urok.
jakoś szybko mijają mi dni kiedy latam i załatwiam wszystkie sprawy. myślałam, że już mam na tyle doświadczenia, że pójdzie mi to migiem, tymczasem nowe kłody pod nogi i już trzeci tydzień wszystko sobie ustawiam. po drodze zdążyłam jeszcze pojechać na koncert Tori, która wymiotła jak zwykle i na parapetówę u Kuciela, który również wymiótł jak zwykle. czyli w jego przypadku, była to uczta z kotlecikami z ananasem i serem, tartą szpinakową i tartą brokułową, keksem oraz kolorowymi drinkami i innymi smakołykami. wszystko homemade by Kuciel. dobry materiał na męża ;] (w tym miejscu znaczący uśmiech i pozdrowienia od redakcji)
tymczasem zmagam się z katarem, rosyjskimi literkami, porządkiem w pokoju, który staram się restytuować po każdym jego zburzeniu - czyli co rano, gdy wstaję na 8. muszę przyznać, że ja raczej rannym ptaszkiem nie jestem (eureka) i strasznym dramatem są dla mnie pobudki o 7. właściwie to o 7:05, 7:10, 7:15, 7... o kwa 7:20! (powyższe ma zobrazować przestawianie budzika). tego rozdzierającego serca dramatu doświadczyła już moja rodzina, gdy jeszcze w liceum wyganiałam wszystkich rano zła jak osa i wkurzałam się o każde głośniejsze nawet psiknięcie dezodorantem. how sick is that? niestety taki mój psa urok.
poniedziałek, 12 października 2009
ruski
no właśnie. pewnie, że zrobiłam błąd. uprażnienje to przecież ćwiczenie, a udarjenje to akcent :)
piątek, 9 października 2009
szybki update
ogarnęłam się wreszcie na tyle, żeby coś napisać. ostatni tydzień minął mi na bieganiu z WPiA do IFS. tajemnicze skróty obrazują szarpanie się studentki na obcasach z wykładowcami i brukiem na starówce, który niszczy obcasy. zdecydowany plus tej sytuacji: najkrótsza trasa jest już opracowana - niecałe 17 minut. ciekawe co na to googlemaps? let me check. ha! google dają mi na to 21 minut! niestety, choćbym nie wiem jak się starała nigdy nie udaje mi się być na czas. zawsze to 2 czy 3 minuty po rozpoczęciu zajęć. taka włoska leniwa karma. oczywiście, wszystkie lekcje zaczynają się o ósmej i nawet jak jadę na prawo i wcześniej wyjdę na przystanek to autobus nie przyjeżdża i nie zdążam rzecz jasna.
...
na rosyjskiej jest bardzo śmiesznie. siedzimy i dukamy jak dzieciaki w 1. klasie, piszemy literki i powtarzamy po pani Tatianie zdania. ona zaś cały czas karci nas za wymowę i akcent (uprażnienie?) przynajmniej jest szansa, że się czegoś nauczymy. zupełnie inne podejście niż na włoskiej... czyżby wykładowcy przesiąkali mentalnością kraju, którego języka uczą? na włoskiej podejście "piano piano Rzym zbudowano" i nikogo za bardzo nie obchodzi kto co umie, za to na ruskiej widać ostry dryl, typową "szkółkę". wykładowcy starali się nas przestraszyć; mnie niestety mało już może zdziwić i przestraszyć na tych studiach :)
najśmieszniejsze jest to, że siedzimy z Katarzyną (również multistudentką) w pierwszej ławce, dwie stare wyjadaczki, gadamy, zadajemy pytania o wyrazy fonetyczne i inne byzydety, mądrzymy się etc. dla nas zabawne, ale podejrzewam już co na to pierwszaki...
skuza... najśmieszniejsze jest to, że dziś czytałam sama do siebie dialog i się tak wyłączyłam, że pani T. musiała chyba ze 3 razy wołać mnie, że teraz kolej na mnie.
to by było na tyle.
...
na rosyjskiej jest bardzo śmiesznie. siedzimy i dukamy jak dzieciaki w 1. klasie, piszemy literki i powtarzamy po pani Tatianie zdania. ona zaś cały czas karci nas za wymowę i akcent (uprażnienie?) przynajmniej jest szansa, że się czegoś nauczymy. zupełnie inne podejście niż na włoskiej... czyżby wykładowcy przesiąkali mentalnością kraju, którego języka uczą? na włoskiej podejście "piano piano Rzym zbudowano" i nikogo za bardzo nie obchodzi kto co umie, za to na ruskiej widać ostry dryl, typową "szkółkę". wykładowcy starali się nas przestraszyć; mnie niestety mało już może zdziwić i przestraszyć na tych studiach :)
najśmieszniejsze jest to, że siedzimy z Katarzyną (również multistudentką) w pierwszej ławce, dwie stare wyjadaczki, gadamy, zadajemy pytania o wyrazy fonetyczne i inne byzydety, mądrzymy się etc. dla nas zabawne, ale podejrzewam już co na to pierwszaki...
skuza... najśmieszniejsze jest to, że dziś czytałam sama do siebie dialog i się tak wyłączyłam, że pani T. musiała chyba ze 3 razy wołać mnie, że teraz kolej na mnie.
to by było na tyle.
wtorek, 6 października 2009
poniedziałek, 5 października 2009
wielki comeback.
piątek, 17 lipca 2009
z życia wzięte.
zaczęłam pracę jako lektorka, produkuję się po włosku ogni giorno, wymyślam gry, piosenki i zabawy, co by ludzie nie posnęli na zajęciach. najśmieszniejsze jest jednak wypełnianie dziennika - ostatni raz bawiłam się w to w 3 klasie podstawówki i sprawiało mi to wtedy większą frajdę niż teraz.
poza tym rozpoczęłam praktyki w gw, chodzę po mieście, pstrykam foty, uczę się jak powinnam je robić i dlaczego to zdjęcie jest ok, a to nie. obserwuję od wewnątrz pracę w redakcji, co jest bardzo ciekawym doświadczeniem - takie spoglądanie za literki i obrazki w gazecie. pierwszego dnia oczywiście zapomniałam karty pamięci i rozładowały mi się akumulatorki.
a na włoskim, gdy miałam przygotowaną dużo fonetyki i ipso facto, odsłuchu, płyta w tajemniczy sposób odmówiła posługi (nie wspominając już o markerach, które nawet ukradzione z sali obok dokonują żywota w moich rękach)
ponadto zdobyłam też nowe sprawności: nauczyłam się kserować we wszystkich konfiguracjach.
w domu już tylko śpię i biorę prysznic. ale jak widać też nie za dużo (spania oczywiście).
koniec.
poza tym rozpoczęłam praktyki w gw, chodzę po mieście, pstrykam foty, uczę się jak powinnam je robić i dlaczego to zdjęcie jest ok, a to nie. obserwuję od wewnątrz pracę w redakcji, co jest bardzo ciekawym doświadczeniem - takie spoglądanie za literki i obrazki w gazecie. pierwszego dnia oczywiście zapomniałam karty pamięci i rozładowały mi się akumulatorki.
a na włoskim, gdy miałam przygotowaną dużo fonetyki i ipso facto, odsłuchu, płyta w tajemniczy sposób odmówiła posługi (nie wspominając już o markerach, które nawet ukradzione z sali obok dokonują żywota w moich rękach)
ponadto zdobyłam też nowe sprawności: nauczyłam się kserować we wszystkich konfiguracjach.
w domu już tylko śpię i biorę prysznic. ale jak widać też nie za dużo (spania oczywiście).
koniec.
środa, 24 czerwca 2009
co robi Agnieszka?
Agnieszka leży.
smaży naleśniki.
śpiewa "Paukenmesse", która wszystko ma wysoko i jest tak prosta, że aż nie do wytrzymania.
powoli oczyszcza dysk, bo boi się, że znów odmówi posłuszeństwa.
je kanapki z czosnkiem.
je czekoladę.
pije zieloną herbatę.
ma się uczyć kpk.
ma się uczyć prawa pracy.
ma się uczyć do obrony.
wyprowadza się w piątek rano.
licytuje singera, aby powoli zacząć coś zmieniać w swoim pokoju.
ma nadzieję, że zaniesione cv i przeprowadzone rozmowy dadzą jakieś efekty.
rozmawia z Rodzicami.
myśli już tylko o wakacjach.
przegląda zdjęcia, notatki i wspomina ciesząc się z tego jak to wszystko się układa.
smaży naleśniki.
śpiewa "Paukenmesse", która wszystko ma wysoko i jest tak prosta, że aż nie do wytrzymania.
powoli oczyszcza dysk, bo boi się, że znów odmówi posłuszeństwa.
je kanapki z czosnkiem.
je czekoladę.
pije zieloną herbatę.
ma się uczyć kpk.
ma się uczyć prawa pracy.
ma się uczyć do obrony.
wyprowadza się w piątek rano.
licytuje singera, aby powoli zacząć coś zmieniać w swoim pokoju.
ma nadzieję, że zaniesione cv i przeprowadzone rozmowy dadzą jakieś efekty.
rozmawia z Rodzicami.
myśli już tylko o wakacjach.
przegląda zdjęcia, notatki i wspomina ciesząc się z tego jak to wszystko się układa.
niedziela, 21 czerwca 2009
L jak lenistwo
Co łączy Garfielda, Bertranda Russella, Oscara Wilde`a, mnie i dużą część ludzi…? Lenistwo. Przez znakomitą większość chętnie praktykowane; niewiele zaś o nim wiemy. Po prostu jest. Ale co tak naprawdę się za nim kryje?
Lenistwo niejedno ma imię. Znane również jako próżniactwo, nieróbstwo, pasożytnictwo, posiada także urocze określenia, takie jak: „zbijanie bąków” czy dolce far niente. Lenistwo definiowane jest jako apatyczny stan ducha, który powoduje zaniechanie wymaganych działań, a przedłuża czas wypoczynku ponad uznane w danym czasie normy. Tyle, jeżeli chodzi o suche definicje. A w praktyce? Chyba nie ma człowieka, który nie ceniłby sobie odrobiny lenistwa, rzucenia wszystkiego w kąt i zabrania się za nicnierobienie. Niektórzy tłumaczą lenistwo jako przejaw naturalnego instynktu do odbywania przerw w aktywności, co pozwala zregenerować organizm; inni zaś twierdzą, że jest to godne potępienia i krytyki – lenistwo zostało przecież zaliczone jako jeden z siedmiu grzechów głównych.
Z lenistwem walczono na różne sposoby – poprzez dydaktyczno-moralizatorskie utwory sławiące pracę, wywyższanie jej przodowników czy też napiętnowanie leniuchów. Biblia mówi: „Leniwa dłoń prowadzi do nędzy, lecz ręka pracowitych ubogaca” i znów w innym miejscu: „Leniwy wyciąga rękę do misy, lecz ciężko mu podnieść ją dalej do ust”. Lenistwo jest traktowane jako zło, które prowadzi ludzi do zguby, osłabia ich ducha, przyczynia się do biedy i patologii. Pracowitość, jako cecha przeciwstawna, jest gloryfikowana jako cnota. Wśród walki o wyplenienie próżniactwa, można przytoczyć hasła -relikty PRL-owskiej propagandy, które dziś bardziej śmieszą niż mobilizują, chociażby: „Bumelant to dezerter z frontu walki o Polskę” autorstwa Jana Tarasina.
Znajdą się jednak argumenty popierające nieróbstwo. Jego apologetami byli tak słynni myśliciele jak Oscar Wilde czy Bertrand Russell. Pierwszy z nich zwykł mawiać: „Nigdy nie odkładałem na jutro tego, co mogę zrobić pojutrze”, zaś drugi jest autorem dzieła „Pochwała lenistwa”(1932). Pojawiają się również teorie, że lenistwo może prowadzić do pozytywnych zmian w otaczającej nas rzeczywistości – pomysłowość, nowe wynalazki – od koła począwszy a na odkurzaczu skończywszy służą temu, by osiągnąć zamierzony efekt mniejszym nakładem pracy, środków i w krótszym czasie. Czy mogli to wymyślić pracusie? Nie sądzę.
We wspomnianym wyżej dziele Russell przedstawia dobre strony lenistwa, na pierwszym miejscu wymieniając więcej wolnego czasu, który korzystnie wpływa na nasze samopoczucie i stymuluje rozwój cywilizacyjny. Dzięki postępowi technicznemu, możliwe stało się ograniczenie ilości pracy i tym samym otrzymaliśmy nadwyżkę, którą można wykorzystać na leniuchowanie. Russell podkreśla, że pomysłowość i chęć dokonania zmian na lepsze budzi się w umysłach wypoczętych i nieprzeciążonych mozołem wielogodzinnej pracy. Do jego najbardziej radykalnych tez należy ta, mówiąca o tym, że moralność pracy jest moralnością niewolników.
Nie popadając jednak w tak skrajne klimaty, nie można nie doceniać sumienności i systematyczności w pracy. Z tym, że najważniejsza jest tu skuteczność w osiągnięciu zamierzonego celu, a do tego najlepiej nadaje się środek zwany WYDAJNOŚCIĄ; udowodniono fakt, że im więcej czasu damy sobie na zrobienie czegoś, tym więcej go zmarnotrawimy. A bycie wydajnym pozwala w optymalnym czasie wykonać zamierzone zadanie. Hmm…Wydaje się to hasłem dla pracusiów, ale tak naprawdę równie dobrze może się stać mottem leniuchów, bo im szybciej coś zrobimy, tym więcej czasu mamy na leniuchowanie And that`s the way the cookie crumbles!
Lenistwo niejedno ma imię. Znane również jako próżniactwo, nieróbstwo, pasożytnictwo, posiada także urocze określenia, takie jak: „zbijanie bąków” czy dolce far niente. Lenistwo definiowane jest jako apatyczny stan ducha, który powoduje zaniechanie wymaganych działań, a przedłuża czas wypoczynku ponad uznane w danym czasie normy. Tyle, jeżeli chodzi o suche definicje. A w praktyce? Chyba nie ma człowieka, który nie ceniłby sobie odrobiny lenistwa, rzucenia wszystkiego w kąt i zabrania się za nicnierobienie. Niektórzy tłumaczą lenistwo jako przejaw naturalnego instynktu do odbywania przerw w aktywności, co pozwala zregenerować organizm; inni zaś twierdzą, że jest to godne potępienia i krytyki – lenistwo zostało przecież zaliczone jako jeden z siedmiu grzechów głównych.
Z lenistwem walczono na różne sposoby – poprzez dydaktyczno-moralizatorskie utwory sławiące pracę, wywyższanie jej przodowników czy też napiętnowanie leniuchów. Biblia mówi: „Leniwa dłoń prowadzi do nędzy, lecz ręka pracowitych ubogaca” i znów w innym miejscu: „Leniwy wyciąga rękę do misy, lecz ciężko mu podnieść ją dalej do ust”. Lenistwo jest traktowane jako zło, które prowadzi ludzi do zguby, osłabia ich ducha, przyczynia się do biedy i patologii. Pracowitość, jako cecha przeciwstawna, jest gloryfikowana jako cnota. Wśród walki o wyplenienie próżniactwa, można przytoczyć hasła -relikty PRL-owskiej propagandy, które dziś bardziej śmieszą niż mobilizują, chociażby: „Bumelant to dezerter z frontu walki o Polskę” autorstwa Jana Tarasina.
Znajdą się jednak argumenty popierające nieróbstwo. Jego apologetami byli tak słynni myśliciele jak Oscar Wilde czy Bertrand Russell. Pierwszy z nich zwykł mawiać: „Nigdy nie odkładałem na jutro tego, co mogę zrobić pojutrze”, zaś drugi jest autorem dzieła „Pochwała lenistwa”(1932). Pojawiają się również teorie, że lenistwo może prowadzić do pozytywnych zmian w otaczającej nas rzeczywistości – pomysłowość, nowe wynalazki – od koła począwszy a na odkurzaczu skończywszy służą temu, by osiągnąć zamierzony efekt mniejszym nakładem pracy, środków i w krótszym czasie. Czy mogli to wymyślić pracusie? Nie sądzę.
We wspomnianym wyżej dziele Russell przedstawia dobre strony lenistwa, na pierwszym miejscu wymieniając więcej wolnego czasu, który korzystnie wpływa na nasze samopoczucie i stymuluje rozwój cywilizacyjny. Dzięki postępowi technicznemu, możliwe stało się ograniczenie ilości pracy i tym samym otrzymaliśmy nadwyżkę, którą można wykorzystać na leniuchowanie. Russell podkreśla, że pomysłowość i chęć dokonania zmian na lepsze budzi się w umysłach wypoczętych i nieprzeciążonych mozołem wielogodzinnej pracy. Do jego najbardziej radykalnych tez należy ta, mówiąca o tym, że moralność pracy jest moralnością niewolników.
Nie popadając jednak w tak skrajne klimaty, nie można nie doceniać sumienności i systematyczności w pracy. Z tym, że najważniejsza jest tu skuteczność w osiągnięciu zamierzonego celu, a do tego najlepiej nadaje się środek zwany WYDAJNOŚCIĄ; udowodniono fakt, że im więcej czasu damy sobie na zrobienie czegoś, tym więcej go zmarnotrawimy. A bycie wydajnym pozwala w optymalnym czasie wykonać zamierzone zadanie. Hmm…Wydaje się to hasłem dla pracusiów, ale tak naprawdę równie dobrze może się stać mottem leniuchów, bo im szybciej coś zrobimy, tym więcej czasu mamy na leniuchowanie And that`s the way the cookie crumbles!
poniedziałek, 15 czerwca 2009
brindisi internazionali czyli międzynarodowe toasty?
na jednej z fest w Bolonii - moje eks-współlokatorki, Ania i jej kolega Rafaele i ja na doczepkę zrobiliśmy małe rozpoznanie terenu toastów. okazało się, że pomimo różnicy w szerokościach geograficznych, nie różnimy się aż tak bardzo. przynajmniej we wnoszeniu toastów.:D
piątek, 12 czerwca 2009
italia.
roma, assissi, siena, verona, bologna. niepoukładane impresje, bo przecież Italia nie jest w żadnym wypadku poukładana.
zaczynamy: pierwszy długi wyjazd z Miszą. juz ustaliliśmy, że murzyni się nie opalają. papi chulo, czyli pies na kobiety lub jak kto woli pieseczek. kamulce, kamulce - milion obejrzanych płasko- i rzeźb. fa caldo czyli gorąco. circo massimo i termy karakalli obejrzane dookoła, ale nie od wewnątrz. 6 w 1, czyli wielka festa z sikorskim i piłsudskim (w doborowym towarzystwie), a potem otwarcie naszej restauracji przy via del porto i rozmnożenie pokarmu w bolonii. dlaczego estonki nie śpiewają, a w neapolu wymyślili nawet piosenkę o kolejce linowej? (http://www.youtube.com/watch?v=wAe-9ubwHQM&feature=related) chyba zależy to od szerokości geograficznej.
i już rozwiązana kwestia, że deszcz istotnie wpada do panteonu przez dziurę w suficie.
było bueno. besos.
zaczynamy: pierwszy długi wyjazd z Miszą. juz ustaliliśmy, że murzyni się nie opalają. papi chulo, czyli pies na kobiety lub jak kto woli pieseczek. kamulce, kamulce - milion obejrzanych płasko- i rzeźb. fa caldo czyli gorąco. circo massimo i termy karakalli obejrzane dookoła, ale nie od wewnątrz. 6 w 1, czyli wielka festa z sikorskim i piłsudskim (w doborowym towarzystwie), a potem otwarcie naszej restauracji przy via del porto i rozmnożenie pokarmu w bolonii. dlaczego estonki nie śpiewają, a w neapolu wymyślili nawet piosenkę o kolejce linowej? (http://www.youtube.com/watch?v=wAe-9ubwHQM&feature=related) chyba zależy to od szerokości geograficznej.
i już rozwiązana kwestia, że deszcz istotnie wpada do panteonu przez dziurę w suficie.
było bueno. besos.
środa, 20 maja 2009
cytaty na dziś.
* Happiness is having a large, loving, caring, close-knit family in another city.
* I am an excellent housekeeper. Every time I get a divorce, I keep the house.
* An apple a day keeps the doctor away
but if the doctor is cute screw the fruit.
* I am an excellent housekeeper. Every time I get a divorce, I keep the house.
* An apple a day keeps the doctor away
but if the doctor is cute screw the fruit.
poniedziałek, 18 maja 2009
niedziela, 17 maja 2009
nie ma mnie tu, duch ciało opuścił...
podróżuję myślami, przeglądam strony podróżnicze, zdjęcia... planuję i marzę gdzie i jak. taki ze mnie itchy feet czy jak kto woli wanderlust... tymczasem doskonalę się w przestawianiu zegara biologicznego i rzucaniu do kosza papierków i herbacianych skarpet (90%skuteczności). za ścianą współlokator kur*i na pokera, pod podłogą emerytowana nauczycielka daje lekcje gry na pianinie. a ja owinięta w koc po raz kolejny zaczynam się uczyć.
wtorek, 12 maja 2009
piątek, 8 maja 2009
good old times
dziś spędziłam z Wenką i Kubusiem i było jak za good old times. jednak mieszkanie w jednym składzie przez 2 lata trochę "ryje banię", kolokwialnie mówiąc :)
najpierw w trójkę zapakowaliśmy plansze i stojaki do samochodu, potem wsadzona na tylnym złożonym siedzeniu, pomiędzy planszami wbijającymi się w d*psko, a oni z przodu, pojechaliśmy pod Collegium Maximum (oczywiście myślałam że collegium jest maximus - za dużo "gladiatora") :P
potem ładnie gnietliśmy bibułkę, przypinaliśmy zdjęcia i spieraliśmy się zgodnie sami z sobą i z innymi co do wizji autystycznej wystawy. a na koniec pyszny obiadek w "tartufo" - włoskiej knajpie ze szwedzkim stołem - pasta, pizza i sałatki po prostu rewelacyjne, do tego zupka i włoska muzyka w tle za jedyne 15 pln:)
...
idziemy z Wenką i jakoś bardzo uroczyście na mieście, jacyś żołnierze, kwiaty pod pomnikami etczetera.
Wenka: ej Aga, co się dzieje, jakieś święto?
ja (sarkazm na kilometr): nooo kwa, pewnie jakiś dzień strażaka...
i w tym momencie wychodzimy na słup ogłoszeniowy gdzie jak byk napisane: DZIEŃ STRAŻAKA
...
w aucie, w tle rmf classic (jak zwykle u Kubusia, miłośnika chórów i klasyki)
ja: co to za piosenka? jakaś taka fajna
Baku Kuba: sama jesteś piosenka, to jest utwór
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jest to humor sytuacyjny, aczkolwiek moim zdaniem dobry. I ogólnie trochę kryptoreklamy, ale co ja mogę ;] a w ogóle, to po co ja się tłumaczę?
najpierw w trójkę zapakowaliśmy plansze i stojaki do samochodu, potem wsadzona na tylnym złożonym siedzeniu, pomiędzy planszami wbijającymi się w d*psko, a oni z przodu, pojechaliśmy pod Collegium Maximum (oczywiście myślałam że collegium jest maximus - za dużo "gladiatora") :P
potem ładnie gnietliśmy bibułkę, przypinaliśmy zdjęcia i spieraliśmy się zgodnie sami z sobą i z innymi co do wizji autystycznej wystawy. a na koniec pyszny obiadek w "tartufo" - włoskiej knajpie ze szwedzkim stołem - pasta, pizza i sałatki po prostu rewelacyjne, do tego zupka i włoska muzyka w tle za jedyne 15 pln:)
...
idziemy z Wenką i jakoś bardzo uroczyście na mieście, jacyś żołnierze, kwiaty pod pomnikami etczetera.
Wenka: ej Aga, co się dzieje, jakieś święto?
ja (sarkazm na kilometr): nooo kwa, pewnie jakiś dzień strażaka...
i w tym momencie wychodzimy na słup ogłoszeniowy gdzie jak byk napisane: DZIEŃ STRAŻAKA
...
w aucie, w tle rmf classic (jak zwykle u Kubusia, miłośnika chórów i klasyki)
ja: co to za piosenka? jakaś taka fajna
Baku Kuba: sama jesteś piosenka, to jest utwór
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jest to humor sytuacyjny, aczkolwiek moim zdaniem dobry. I ogólnie trochę kryptoreklamy, ale co ja mogę ;] a w ogóle, to po co ja się tłumaczę?
środa, 6 maja 2009
tutto e di piu`
szukając inspiracji do napisania czegoś po ponad miesiącu (?) włączyłam swoją playlistę - tutto e diu piu`. jak zwykle poshuflowałam i wyleciała laura pausini "ascolta il tuo cuore". nie dość, że kojarzy mi się z Bolonią (moja współlokatorka Cristi śpiewała ją cały czas przed moim wyjazdem),to jest po włosku i ma ładny tekst, który, choć banalny, odpowiada teraz mojemu stanowi ducha. to jak wróżenie ze słownika albo z playlisty. po raz kolejny zastanawia mnie jak jest skorelowane to czego się słucha z tym co się czuje?
...
przeklęty "sex and the city", Carrie nie żyjesz! ;) zabiera kolejne "tylko 25 minut". ale od jutra...
od jutra to co w zeszłym roku - nauka i systematyczność. i kładzenie się spać o rozsądnej porze. nie dam się załatwić jak desperatkom. dobrze, że "dexter" dopiero na jesieni.
jakie to przewidywalne.
...
przeklęty "sex and the city", Carrie nie żyjesz! ;) zabiera kolejne "tylko 25 minut". ale od jutra...
od jutra to co w zeszłym roku - nauka i systematyczność. i kładzenie się spać o rozsądnej porze. nie dam się załatwić jak desperatkom. dobrze, że "dexter" dopiero na jesieni.
jakie to przewidywalne.
poniedziałek, 30 marca 2009
wiosenne porządki
wiosna za oknem, więc trzeba się zabrać za porządki. nie tylko w sensie literalnym, czyli sprzątanie casy, pranie i mycie okien (co już zresztą poczyniłam), ale i porządki w głębszym sensie.
porządki umysłowe. (poukładać sobie wszystko)
porządki emocjonalne.(radzenie sobie ze stresem i anger managment)
porządki naukowe. (to chyba jak zwykle)
porządki nałogowe. (zdecydowanie ograniczyć. zielona herbatka tylko)
porządki dietowe, czy też dietetyczne dla purystów. (białeczko, warzywka, marcheweczki)
porządki typu sport. (z tym chyba najlepiej mi idzie, bo salsa i basen)
mam nadzieję, że to wszystko jasną drogą zawiedzie mnie do cielesno-duchowego wellness i wellbeing.
trochę to zakrawa na postanowienia noworoczne.
ale dodam jeszcze jedno.
porządki na portalach społecznościowych. ostatnio zauważyłam istne szaleństwo w umieszczaniu miliona zdjęć i popisywaniu się swoim jestestwem na fbookach, nkach, gronach etc. naiwnie liczyłam, że umieszczanie zdj służy innym do wymieniania się, ściągania, jakiegoś sensownego przekazu. tymczasem ludzie zaśmiecają mi czas swoimi tysięcznymi podobiznami (nb. coraz więcej z profesjonalnych sesji, bo trzeba się przecież ładnie pokazać) i zaproszeniami do rozwiązania kolejnego testu... na razie skasowałam 100 znajomych na fb, zmieniłam sobie nazwę, żeby nie być z przodu alfabetu (wiadomo łatwiej kogoś zaprosić wtedy do kolejnego głupiego psychotestu) teraz jeszcze tylko rozprawię się z nk i zredukuję liczbę zdjęć.
internet zaczyna mnie trochę przerażać.
...
a tak z milszych rzeczy, oprócz zdrapanych kolan, wzbogaciłam się w gdańsku o obejrzenie "Koraliny i tajemniczych drzwi" w 3d. piękny, piękny film. nic więcej nie powiem.
porządki umysłowe. (poukładać sobie wszystko)
porządki emocjonalne.(radzenie sobie ze stresem i anger managment)
porządki naukowe. (to chyba jak zwykle)
porządki nałogowe. (zdecydowanie ograniczyć. zielona herbatka tylko)
porządki dietowe, czy też dietetyczne dla purystów. (białeczko, warzywka, marcheweczki)
porządki typu sport. (z tym chyba najlepiej mi idzie, bo salsa i basen)
mam nadzieję, że to wszystko jasną drogą zawiedzie mnie do cielesno-duchowego wellness i wellbeing.
trochę to zakrawa na postanowienia noworoczne.
ale dodam jeszcze jedno.
porządki na portalach społecznościowych. ostatnio zauważyłam istne szaleństwo w umieszczaniu miliona zdjęć i popisywaniu się swoim jestestwem na fbookach, nkach, gronach etc. naiwnie liczyłam, że umieszczanie zdj służy innym do wymieniania się, ściągania, jakiegoś sensownego przekazu. tymczasem ludzie zaśmiecają mi czas swoimi tysięcznymi podobiznami (nb. coraz więcej z profesjonalnych sesji, bo trzeba się przecież ładnie pokazać) i zaproszeniami do rozwiązania kolejnego testu... na razie skasowałam 100 znajomych na fb, zmieniłam sobie nazwę, żeby nie być z przodu alfabetu (wiadomo łatwiej kogoś zaprosić wtedy do kolejnego głupiego psychotestu) teraz jeszcze tylko rozprawię się z nk i zredukuję liczbę zdjęć.
internet zaczyna mnie trochę przerażać.
...
a tak z milszych rzeczy, oprócz zdrapanych kolan, wzbogaciłam się w gdańsku o obejrzenie "Koraliny i tajemniczych drzwi" w 3d. piękny, piękny film. nic więcej nie powiem.
wtorek, 24 marca 2009
środa, 18 marca 2009
przeż to karygodne.
kontynuując... tak zaniedbywowywać bloga. ale jakoś tak się paskudnie zwłoszyłam - rozleniwiłam ceniąc sobie wolny czas, dobre jedzenie, sen i rozrywki oraz szeroko pojęty wellbeing, że karpiem diem, a co do produkcji (chociażby tekstów blogowych) końmi mnie zaciągać.
jeśli ktoś zrozumiał powyższe - gratulacje.
natomiast poniższe będzie małym updatem co do moich aktywności:
ję i śpiem, przebywam w Maiusie na zajęciach, jeżdżę do domu, widuję się z Kucielkiem i znajomymi, internetuję, czytam, oglądam, śpiewam
lada moment odgrzeję też flet - ku wątpliwej uciesze współlokatorów i sąsiadów, zacznę pisać licencjat i uczyć się do egzaminów, a z przyjemniejszych rzeczy - basen od jutra, a salsa od 23 :)
myślę, analizuję i pogłębiam, co w gruncie rzeczy jest bardzo przyjemne i daje dużo satysfakcji.
...
czy słowo pogłębiam ma jakieś konotacje z głąbem?
jeśli ktoś zrozumiał powyższe - gratulacje.
natomiast poniższe będzie małym updatem co do moich aktywności:
ję i śpiem, przebywam w Maiusie na zajęciach, jeżdżę do domu, widuję się z Kucielkiem i znajomymi, internetuję, czytam, oglądam, śpiewam
lada moment odgrzeję też flet - ku wątpliwej uciesze współlokatorów i sąsiadów, zacznę pisać licencjat i uczyć się do egzaminów, a z przyjemniejszych rzeczy - basen od jutra, a salsa od 23 :)
myślę, analizuję i pogłębiam, co w gruncie rzeczy jest bardzo przyjemne i daje dużo satysfakcji.
...
czy słowo pogłębiam ma jakieś konotacje z głąbem?
sobota, 28 lutego 2009
oddio...
mój bagaż jest gigantyczny. nieskończona ilość rzeczy, które trzeba jeszcze zapakować. bagaż rejestrowy ma już 30kg, ręczny może mieć 10... a w moim pokoju 3 siaty z ubraniami i butami, kosmetyki, laptop... buuu
swoją drogą skąd z 2 par butów na początku zrobiło się ich nagle 10?!
Carmine słucha Rossiniego, Robi i Cristi gotują jakieś delicje na kolację pożegnalną, a ja tylko myślę jak to wszystko upchnąć...
na lotnisku najwyżej zacznę głośno płakać i powiem, że w tych bagażach jest pół roku moich włoskich doświadczeń i cząstka mojej duszy... chlip.
aiutatemi!!
swoją drogą skąd z 2 par butów na początku zrobiło się ich nagle 10?!
Carmine słucha Rossiniego, Robi i Cristi gotują jakieś delicje na kolację pożegnalną, a ja tylko myślę jak to wszystko upchnąć...
na lotnisku najwyżej zacznę głośno płakać i powiem, że w tych bagażach jest pół roku moich włoskich doświadczeń i cząstka mojej duszy... chlip.
aiutatemi!!
piątek, 27 lutego 2009
zwięźle
Młody adept medycyny, potocznie zwany Kucielkiem: Dziś na pediatrii całą seminarkę mieliśmy o stolcach.
ja: ???
On: No, jako że jest to ważny preparat diagnostyczny pochodzący od dziecka.
LOL
ja: ???
On: No, jako że jest to ważny preparat diagnostyczny pochodzący od dziecka.
LOL
niedziela, 22 lutego 2009
boskie buenos
jest bueno, bine, bene, buenos aireeees (to akurat wpływ maanamu), wszystko bueno.
gwoli wyjaśnienia nie byłam w stanie pisać, bo po pięknej nie-włoskiej sesji (czyli dużo nauki) wycieczkowałam się z Maćkiem oraz Marcinem, Magdą, Anią, Magdą w różnych konfiguracjach... i jak już wracałam to regenerowałam siły. Roma, Verona, Padova, Ferrara, Venezia.
...
wszystko bueno, ale najbardziej Wenecja. jak powiedziała moja ulubiona lektorka z angola: "to jest tak, że tam jedziesz... i nie wierzysz, że to prawda - dokładnie tak, jak na pocztówkach i w broszurach..." i właśnie tak jest. nawet nie plac św. Marka i bazylika, ale milion uliczek, zakamarków i zakątków, które w dzień tworzą niesamowity klimat, a w nocy labirynt, w którym ktoś równie dobrze może cię zwiolentować lub sprzedać kosę. wenecki smrodek, na szczęście zimą mniej wyczuwalny, gondole, sklepy z maskami i pięknymi karnawałowymi strojami, morze ludzi w najbardziej znanych miejscach...
ale karnawał i tak bije wszystko na głowę. włosi są tak pomysłowi i zabawowi, że naprawdę czuje się ducha carnevale. dorośli w sukniach i frakach, dzieci w kostiumach pluszaków, megabogaci wystrojeni za tysiące euro, pozostali maski, własnoręcznie wykonane stroje lub chociaż karnawałowy makijaż. wszyscy weseli, przyjaźnie nastawieni, co chwila słychać żarty i śmiechy.
...
dlaczego karnawał? po włosku carne vale - czyli "mięso się liczy" jako okres poprzedzający post. czyli tradycja wywodząca się z religijnego podziału roku. dlaczego maski? w maskach wszyscy są anonimowi - sior maschera może być każdym. zacierają się różnice pomiędzy starością a młodością, bogactwem i biedą, urodą i brzydotą. można wszystko, bo to jedyny taki okres w roku i w dodatku jest się za-maskowanym.
ślady tradycji widać i dziś. historyczne pochody, wybór najpiękniejszej Marii spośród reprezentantek weneckiej laguny, pokazy szkół rzucających chorągwiami oraz przedstawienia commedii dell`arte są kontynuacją wielowiekowych zwyczajów. niesamowite wrażenie zrobił na mnie symboliczny lot anioła. tylko oni mogli wpaść na taki pomysł. z doczepionej do najwyższej w mieście wieży liny zjeżdża na plac włoska osobistość, którą wita doża i dożowa ;) w tym roku była to włoska aktorka i modelka Margherita Missoni z rodziny projektantów mody w przepięknym stroju wykonanym przez jej familię.
kolejnymi świetnymi pomysłami były alegoryczne przedstawienia artystów występujących na szczudłach, gdzie diabeł i kobiety-zombie pastwiły się nad grzesznikiem zesłanym do piekła oraz heliosphera - show z balonem, do którego podpięty był akrobata wykonujący różne figury nad głowami zebranych na placu ludzi - wszystko przy grze muzyki i świateł. i last, but not least, smoki na szczudłach, które łaziły pomiędzy ludźmi po całym placu św. Marka.
http://www.youtube.com/watch?v=7_OvgUd4bHc&feature=related lot anioła
http://www.youtube.com/watch?v=_9nsFnCsxuw smoki
kolejnym przejawem kreatywności organizatorów był ogromnych rozmiarów skrzydlaty lew - symbol patrona Wenecji, św. Marka i herb miasta - wykonany z ... trawy, jako że stał w scenerii ogrodu, w który zmienił się plac na czas karnawału.
wszystkiego dopełniała piękna pogoda i towarzystwo, które podobnie jak ja cykało miliony zdjęć i wzdychało z zachwytu. czasami po prostu nie mogłam uwierzyć, że tam jestem.
uległam magii karnawału.
gwoli wyjaśnienia nie byłam w stanie pisać, bo po pięknej nie-włoskiej sesji (czyli dużo nauki) wycieczkowałam się z Maćkiem oraz Marcinem, Magdą, Anią, Magdą w różnych konfiguracjach... i jak już wracałam to regenerowałam siły. Roma, Verona, Padova, Ferrara, Venezia.
...
wszystko bueno, ale najbardziej Wenecja. jak powiedziała moja ulubiona lektorka z angola: "to jest tak, że tam jedziesz... i nie wierzysz, że to prawda - dokładnie tak, jak na pocztówkach i w broszurach..." i właśnie tak jest. nawet nie plac św. Marka i bazylika, ale milion uliczek, zakamarków i zakątków, które w dzień tworzą niesamowity klimat, a w nocy labirynt, w którym ktoś równie dobrze może cię zwiolentować lub sprzedać kosę. wenecki smrodek, na szczęście zimą mniej wyczuwalny, gondole, sklepy z maskami i pięknymi karnawałowymi strojami, morze ludzi w najbardziej znanych miejscach...
ale karnawał i tak bije wszystko na głowę. włosi są tak pomysłowi i zabawowi, że naprawdę czuje się ducha carnevale. dorośli w sukniach i frakach, dzieci w kostiumach pluszaków, megabogaci wystrojeni za tysiące euro, pozostali maski, własnoręcznie wykonane stroje lub chociaż karnawałowy makijaż. wszyscy weseli, przyjaźnie nastawieni, co chwila słychać żarty i śmiechy.
...
dlaczego karnawał? po włosku carne vale - czyli "mięso się liczy" jako okres poprzedzający post. czyli tradycja wywodząca się z religijnego podziału roku. dlaczego maski? w maskach wszyscy są anonimowi - sior maschera może być każdym. zacierają się różnice pomiędzy starością a młodością, bogactwem i biedą, urodą i brzydotą. można wszystko, bo to jedyny taki okres w roku i w dodatku jest się za-maskowanym.
ślady tradycji widać i dziś. historyczne pochody, wybór najpiękniejszej Marii spośród reprezentantek weneckiej laguny, pokazy szkół rzucających chorągwiami oraz przedstawienia commedii dell`arte są kontynuacją wielowiekowych zwyczajów. niesamowite wrażenie zrobił na mnie symboliczny lot anioła. tylko oni mogli wpaść na taki pomysł. z doczepionej do najwyższej w mieście wieży liny zjeżdża na plac włoska osobistość, którą wita doża i dożowa ;) w tym roku była to włoska aktorka i modelka Margherita Missoni z rodziny projektantów mody w przepięknym stroju wykonanym przez jej familię.
kolejnymi świetnymi pomysłami były alegoryczne przedstawienia artystów występujących na szczudłach, gdzie diabeł i kobiety-zombie pastwiły się nad grzesznikiem zesłanym do piekła oraz heliosphera - show z balonem, do którego podpięty był akrobata wykonujący różne figury nad głowami zebranych na placu ludzi - wszystko przy grze muzyki i świateł. i last, but not least, smoki na szczudłach, które łaziły pomiędzy ludźmi po całym placu św. Marka.
http://www.youtube.com/watch?v=7_OvgUd4bHc&feature=related lot anioła
http://www.youtube.com/watch?v=_9nsFnCsxuw smoki
kolejnym przejawem kreatywności organizatorów był ogromnych rozmiarów skrzydlaty lew - symbol patrona Wenecji, św. Marka i herb miasta - wykonany z ... trawy, jako że stał w scenerii ogrodu, w który zmienił się plac na czas karnawału.
wszystkiego dopełniała piękna pogoda i towarzystwo, które podobnie jak ja cykało miliony zdjęć i wzdychało z zachwytu. czasami po prostu nie mogłam uwierzyć, że tam jestem.
uległam magii karnawału.
czwartek, 29 stycznia 2009
egzaminy finiti e basta!
i już jestem pięknie wolna:) che gioia:)
zdałam kino po 9h czekania na egzamin, a dziś literaturę i angielski orale. w dodatku wyrobiłam się z nimi w godzinkę:) pani Brytyjka, bardzo miła, pogadała sobie ze mną o mózgowej wieży babel i wpływie postępu naukowego na nasze życie. a moja lektorka, którą spotkałam powiedziała, żebym wpadła jeszcze na zajęcia. miłe.
powietrze wiosenne, błękitne niebo, ciepły wiatr - niezłe luksusy jak na koniec stycznia. tak jak u nas marzec. zaraz idę in giro w miasto, ale nie tylko po to by po trzech tygodniach nauki pooddychać świeżym powietrzem; są również saldi, czyli obniżki :)
a jutro wyruszam pociągiem do Romy i zaczynamy wycieczki z Kucielkiem. nareszcie, nareszcie. wyczekiwana marchewka, która motywowała mnie do roboty! w sumie to całkiem romantyczne, my w Rzymie :) już nie mówię ile jest zbiegów okoliczności, to prawda, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. w piątek, oprócz mojej Dopaminki, Magdy i Marcina przylatuje jeszcze Marta i szpony Stefana, a w sobotę Lu i Szakira.
zaczyna się zabawa.
zdałam kino po 9h czekania na egzamin, a dziś literaturę i angielski orale. w dodatku wyrobiłam się z nimi w godzinkę:) pani Brytyjka, bardzo miła, pogadała sobie ze mną o mózgowej wieży babel i wpływie postępu naukowego na nasze życie. a moja lektorka, którą spotkałam powiedziała, żebym wpadła jeszcze na zajęcia. miłe.
powietrze wiosenne, błękitne niebo, ciepły wiatr - niezłe luksusy jak na koniec stycznia. tak jak u nas marzec. zaraz idę in giro w miasto, ale nie tylko po to by po trzech tygodniach nauki pooddychać świeżym powietrzem; są również saldi, czyli obniżki :)
a jutro wyruszam pociągiem do Romy i zaczynamy wycieczki z Kucielkiem. nareszcie, nareszcie. wyczekiwana marchewka, która motywowała mnie do roboty! w sumie to całkiem romantyczne, my w Rzymie :) już nie mówię ile jest zbiegów okoliczności, to prawda, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. w piątek, oprócz mojej Dopaminki, Magdy i Marcina przylatuje jeszcze Marta i szpony Stefana, a w sobotę Lu i Szakira.
zaczyna się zabawa.
niedziela, 25 stycznia 2009
branzolity.
branzolity miałam dzień. ale napisałam tesinę z "wyspy artura" 7,5 strony po zmianie na "odpowiednią czcionkę" wyszło 9, 5:)polecam Verdanę.
książka z literatury, "wyspa" po polsku, "wyspa" po włosku, monografia o Elsie Morante, opracowanie jej twórczości, słownik synonimów i antonimów, słownik garzanti, słownik włosko-angielski, ling.pl, 14 godzin pracy...
...
uświadomiłam sobie, że kiedy czytałam lekturę (po polsku) musiałam być bardzo zmęczona, bo nie sczaiłam, że ojciec głównego bohatera, o którym jest ostatnie 100 stron był gejem. nie wiem jak to możliwe ;]
...
moje najukochańsze wymyślone zdania (po włosku ładniej brzmią)
1/ Rzeczywistość i fantastyka obecne są w sposobie kreacji świata przedstawionego - Morante opisuje wyspę w sposób baśniowy i mityczny, przekonania głównego bohatera pełne są figur iluzorycznych, najważniejsze osoby w jego życiu są tylko refleksami jego wyobraźni. W przeciwieństwie do tego, rzeczywistość wydaje się być nieznośnym wrzaskiem i Artur zamknięty w skorupce swych mitów powoli stara się z nich wyzwolić.
2/ Wyspa dla Artura była jego locus amoenus, czyli miejscem wyidealizowanym i ukochanym, jego światem. Czym jeszcze? W dedykacji opisana jako "czyściec" dzieciństwa, była nie tylko miejscem w sensie geograficznym, lecz także metaforycznym, o walorach egzystencjalnych. Z którym żył w harmonii, w zgodzie z jego rytmem; zaglądając głębiej, miejscem, które stało się symbolem jego dziecięcej wizji świata. Raz opuszczona, nigdy więcej cię nie ugości, lecz stanie się "rajem utraconym", który możesz przywołać jedynie w snach/marzeniach.
3/Ostatecznie, Artur, tak jak Elsa Morante odcina się od rodziny, ponieważ do niej nie przynależy; oboje doświadczają bólu wykluczenia, oboje znajdują pocieszenie w literaturze i ucieczce od rzeczywistości. Morante opisując proces dojrzewania zarówno z pozycji obserwatora, jak i uczestnika wydarzeń pozwala nam razem z nimi odbyć tę podróż, pewien rodzaj katharsis, który daje nam rozgrzeszenie z błedów naszego dojrzewania.
podsumowując, polecam "Wyspę Artura" Elsy Morante.
książka z literatury, "wyspa" po polsku, "wyspa" po włosku, monografia o Elsie Morante, opracowanie jej twórczości, słownik synonimów i antonimów, słownik garzanti, słownik włosko-angielski, ling.pl, 14 godzin pracy...
...
uświadomiłam sobie, że kiedy czytałam lekturę (po polsku) musiałam być bardzo zmęczona, bo nie sczaiłam, że ojciec głównego bohatera, o którym jest ostatnie 100 stron był gejem. nie wiem jak to możliwe ;]
...
moje najukochańsze wymyślone zdania (po włosku ładniej brzmią)
1/ Rzeczywistość i fantastyka obecne są w sposobie kreacji świata przedstawionego - Morante opisuje wyspę w sposób baśniowy i mityczny, przekonania głównego bohatera pełne są figur iluzorycznych, najważniejsze osoby w jego życiu są tylko refleksami jego wyobraźni. W przeciwieństwie do tego, rzeczywistość wydaje się być nieznośnym wrzaskiem i Artur zamknięty w skorupce swych mitów powoli stara się z nich wyzwolić.
2/ Wyspa dla Artura była jego locus amoenus, czyli miejscem wyidealizowanym i ukochanym, jego światem. Czym jeszcze? W dedykacji opisana jako "czyściec" dzieciństwa, była nie tylko miejscem w sensie geograficznym, lecz także metaforycznym, o walorach egzystencjalnych. Z którym żył w harmonii, w zgodzie z jego rytmem; zaglądając głębiej, miejscem, które stało się symbolem jego dziecięcej wizji świata. Raz opuszczona, nigdy więcej cię nie ugości, lecz stanie się "rajem utraconym", który możesz przywołać jedynie w snach/marzeniach.
3/Ostatecznie, Artur, tak jak Elsa Morante odcina się od rodziny, ponieważ do niej nie przynależy; oboje doświadczają bólu wykluczenia, oboje znajdują pocieszenie w literaturze i ucieczce od rzeczywistości. Morante opisując proces dojrzewania zarówno z pozycji obserwatora, jak i uczestnika wydarzeń pozwala nam razem z nimi odbyć tę podróż, pewien rodzaj katharsis, który daje nam rozgrzeszenie z błedów naszego dojrzewania.
podsumowując, polecam "Wyspę Artura" Elsy Morante.
czwartek, 22 stycznia 2009
środa, 21 stycznia 2009
supermercato
siedząc przed egzaminem z literatury (zaczął się o 9, skończył o 17 i oczywiście byłam ostatnia na liście) przysłuchiwałam się rozmowie dwóch włoszek. a raczej trudno było się nie przysłuchiwać, bo one w klasyczny włoski sposób darły się do siebie ;]
mówiły o jakimś koledze, który hmm... jakby to określić... bierze co mu wpadnie w ręce. sytuacja dotyczyła jakiejś imprezy, na której powiedział do jednej z nich: "eee... idę se coś wyrwać".
włoszka1: to jak w supermarkecie!
włoszka2: nooo, bierze co popadnie... to tu mu coś przyciągnie wzrok, to tam...
włoszka1: uwaga! promocja! tylko 2 euro!
koniec.
mówiły o jakimś koledze, który hmm... jakby to określić... bierze co mu wpadnie w ręce. sytuacja dotyczyła jakiejś imprezy, na której powiedział do jednej z nich: "eee... idę se coś wyrwać".
włoszka1: to jak w supermarkecie!
włoszka2: nooo, bierze co popadnie... to tu mu coś przyciągnie wzrok, to tam...
włoszka1: uwaga! promocja! tylko 2 euro!
koniec.
piątek, 16 stycznia 2009
mój setny post
mój setny post nie będzie ładny.
pieprzony arturo, manganelli, moravia, pasolini! pieprzone Indie! pieprzona literatura! muszę czytać książki i napisać pracę. i w poniedziałek egzamin.
nie mam siły. pieprzona kopenhaska!
tylko moje łóżko jest dla mnie wyrozumiałe.
...
"Nigdy strach nie przekroczy progu
tej wysepki w błękicie
I ty nigdy nie poznasz prawa,
którego ja, jak wielu innych, się uczę
i które rozdziera me serce:
poza czyśćcem nie ma raju"
pieprzony arturo, manganelli, moravia, pasolini! pieprzone Indie! pieprzona literatura! muszę czytać książki i napisać pracę. i w poniedziałek egzamin.
nie mam siły. pieprzona kopenhaska!
tylko moje łóżko jest dla mnie wyrozumiałe.
...
"Nigdy strach nie przekroczy progu
tej wysepki w błękicie
I ty nigdy nie poznasz prawa,
którego ja, jak wielu innych, się uczę
i które rozdziera me serce:
środa, 14 stycznia 2009
raport z pola bitwy.
melduję posłusznie, jak idzie mi z kopenhaską.
pomimo, że brakuje mi śniadania - kawa nie jest w stanie go zastąpić - to chyba i tak wolę ją niż marchewkę solo, z którą dziś rano męczyłam się 40 min. (miłe urozmaicenie).
za to kolacja dostarcza energii na cały wieczór i nie jestem głodna, co jest wielkim wow!
tak poza tym, to mam dziś święto lasu, bo i befsztyk i rybka :) z to w piątek już zapowiadam apocalypse.now. kawałek mięsa i herbata na cały dzień to jest jakaś masakra. dobrze, że czytanie książek nie wymaga dużo energii. oglądanie "dextera" i "tajemniczych złotych miast" też. lucky me! najwyższym wydatkiem energetycznym będzie pójście po zakupy.
...
wczoraj zauważyłam jakąś lukę w systemie. poszłam na kolejny egzamin i znów nie byłam na liście. wieczorem w internecie odkryłam, że fakt, iż wpisałam egzaminy w plan studiów nie zmienia faktu, że muszę się na każdy zarejestrować. a na te, co zostały już nie mogę, bo one ustne, więc nie będzie zabawy:( całe szczęście włosi choć formaliści (w sensie ilości papierków), to nie świnie i bez problemu dopisują każdego delikwenta do listy :)
myśl na dziś: za dużo naczytałam się o kompozycji na writing i teraz szukam swojego topic sentence w wyżej wyprodukowanych fragmentach, układam paragrafy i sprawdzam cohesion.
pomimo, że brakuje mi śniadania - kawa nie jest w stanie go zastąpić - to chyba i tak wolę ją niż marchewkę solo, z którą dziś rano męczyłam się 40 min. (miłe urozmaicenie).
za to kolacja dostarcza energii na cały wieczór i nie jestem głodna, co jest wielkim wow!
tak poza tym, to mam dziś święto lasu, bo i befsztyk i rybka :) z to w piątek już zapowiadam apocalypse.now. kawałek mięsa i herbata na cały dzień to jest jakaś masakra. dobrze, że czytanie książek nie wymaga dużo energii. oglądanie "dextera" i "tajemniczych złotych miast" też. lucky me! najwyższym wydatkiem energetycznym będzie pójście po zakupy.
...
wczoraj zauważyłam jakąś lukę w systemie. poszłam na kolejny egzamin i znów nie byłam na liście. wieczorem w internecie odkryłam, że fakt, iż wpisałam egzaminy w plan studiów nie zmienia faktu, że muszę się na każdy zarejestrować. a na te, co zostały już nie mogę, bo one ustne, więc nie będzie zabawy:( całe szczęście włosi choć formaliści (w sensie ilości papierków), to nie świnie i bez problemu dopisują każdego delikwenta do listy :)
myśl na dziś: za dużo naczytałam się o kompozycji na writing i teraz szukam swojego topic sentence w wyżej wyprodukowanych fragmentach, układam paragrafy i sprawdzam cohesion.
poniedziałek, 12 stycznia 2009
nie lubię poniedziałku
ale chyba nie aż tak bardzo :) mam wolne i jedynym moim zobowiązaniem jest nauczyć się do egzaminu z literatury - maledetto- 8 książek :(( (a termin na za tydzień), napisać monografa z jednej z lektur, zdać po drodze angielski na poziomie C2 i zrobić analizę translatorską 2 rozdziałów "ferdydurke". co do osatniego to czytałam, a i owszem, ale jeszcze nie mam pomysłu jak to ugryźć, bo oprócz synonimów, pominięcia paru zdań i różnic stylistycznych niewiele widzę.
fuj!
z fajnych rzeczy, to dziś na śniadanie, oprocz tradycyjnej kawy z cukrem, zjadałam kawałek grzanki. rozkosz! i 3 seria "dextera" ściągnęła mi się w 70% :)
idę zaszyć się teraz w pokoju i nie podchodzę do kompa póki nie przeczytam co najmniej 150 stron.
trzeba ćwiczyć silną wolę nie tylko gdy chodzi o papu.
fuj!
z fajnych rzeczy, to dziś na śniadanie, oprocz tradycyjnej kawy z cukrem, zjadałam kawałek grzanki. rozkosz! i 3 seria "dextera" ściągnęła mi się w 70% :)
idę zaszyć się teraz w pokoju i nie podchodzę do kompa póki nie przeczytam co najmniej 150 stron.
trzeba ćwiczyć silną wolę nie tylko gdy chodzi o papu.
sobota, 10 stycznia 2009
piątek, 9 stycznia 2009
duńskie utwory
wreszcie odtajałam po Świętach i po mroźnej zimie. nie miałam kompa, nie korzystałam za dużo z internetu, siedziałam z Fidanzato, Rodziną, spotykałam się ze znajomymi. jak widać - nie pisałam.
no to, jak mawiała babcia Ornat, startujemy!
primo: melduję posłusznie, że w Bolonii temp. -1, słońce i nie robi się ciemno o 15:)
secondo: jak chopinowska, to uwielbiam, fletowa - wymaga ćwiczenia, warszawska - niech ją dunder świśnie! o czym mowa? o etiudzie!
kto był, ten wie ;) wąż pasażerów przed check-in, jedna kolejka na odprawę do 4 lotów, samemu trzeba przetachać bagaż na "rentgen" i last but not least, beznadziejna poczekalnia - stoisko z kawą, mikroskopijny bezcłowy kiosk i jeszcze jeden z gazetami. bieda.
a pamiętam jak dostałam od moich tanich linii wi**air maila z petycją o pozostawienie tego "terminala" jako ostatniego bastionu tanich lotów. by-zy-dura chciałoby się rzec.
terzo: z wiadomości pociesznych - przy wykrywaczu jak zwykle zabrzęczałam. musiałam zdjąć buty, ale i tak brzęczało. więc przefroterowałam obleśną lotniskową podłogę. i co się okazało? że to mój zestaw bransoletek. bardzo mądrze, prawda? ;)
quarto: ponieważ apetyt jak zwykle mi dopisał i jedzenie również, i z wakacji pozostały "wspomnienia", od jutra zaczynam dietę kopenhaską. egzaminy+marsze na uczelnię+ćwiczenia+brak jedzenia... powinno zadziałać :)
dobra to dieta dla erasmuski - oszczędna :)
od jutra również zaczynam egzaminy, kolejno 9, 13,19 i 28, w międzyczasie analiza translatorska i esej na 10 stron. jeśli zniknę to albo porwało mnie ufo, albo zdechłam od nauki. albo mnie kopenhaska zabiła.
ciekawe co jest najbardziej prawdopodobne :)
no to, jak mawiała babcia Ornat, startujemy!
primo: melduję posłusznie, że w Bolonii temp. -1, słońce i nie robi się ciemno o 15:)
secondo: jak chopinowska, to uwielbiam, fletowa - wymaga ćwiczenia, warszawska - niech ją dunder świśnie! o czym mowa? o etiudzie!
kto był, ten wie ;) wąż pasażerów przed check-in, jedna kolejka na odprawę do 4 lotów, samemu trzeba przetachać bagaż na "rentgen" i last but not least, beznadziejna poczekalnia - stoisko z kawą, mikroskopijny bezcłowy kiosk i jeszcze jeden z gazetami. bieda.
a pamiętam jak dostałam od moich tanich linii wi**air maila z petycją o pozostawienie tego "terminala" jako ostatniego bastionu tanich lotów. by-zy-dura chciałoby się rzec.
terzo: z wiadomości pociesznych - przy wykrywaczu jak zwykle zabrzęczałam. musiałam zdjąć buty, ale i tak brzęczało. więc przefroterowałam obleśną lotniskową podłogę. i co się okazało? że to mój zestaw bransoletek. bardzo mądrze, prawda? ;)
quarto: ponieważ apetyt jak zwykle mi dopisał i jedzenie również, i z wakacji pozostały "wspomnienia", od jutra zaczynam dietę kopenhaską. egzaminy+marsze na uczelnię+ćwiczenia+brak jedzenia... powinno zadziałać :)
dobra to dieta dla erasmuski - oszczędna :)
od jutra również zaczynam egzaminy, kolejno 9, 13,19 i 28, w międzyczasie analiza translatorska i esej na 10 stron. jeśli zniknę to albo porwało mnie ufo, albo zdechłam od nauki. albo mnie kopenhaska zabiła.
ciekawe co jest najbardziej prawdopodobne :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)













