już środa? niemożliwe.
jakoś szybko mijają mi dni kiedy latam i załatwiam wszystkie sprawy. myślałam, że już mam na tyle doświadczenia, że pójdzie mi to migiem, tymczasem nowe kłody pod nogi i już trzeci tydzień wszystko sobie ustawiam. po drodze zdążyłam jeszcze pojechać na koncert Tori, która wymiotła jak zwykle i na parapetówę u Kuciela, który również wymiótł jak zwykle. czyli w jego przypadku, była to uczta z kotlecikami z ananasem i serem, tartą szpinakową i tartą brokułową, keksem oraz kolorowymi drinkami i innymi smakołykami. wszystko homemade by Kuciel. dobry materiał na męża ;] (w tym miejscu znaczący uśmiech i pozdrowienia od redakcji)
tymczasem zmagam się z katarem, rosyjskimi literkami, porządkiem w pokoju, który staram się restytuować po każdym jego zburzeniu - czyli co rano, gdy wstaję na 8. muszę przyznać, że ja raczej rannym ptaszkiem nie jestem (eureka) i strasznym dramatem są dla mnie pobudki o 7. właściwie to o 7:05, 7:10, 7:15, 7... o kwa 7:20! (powyższe ma zobrazować przestawianie budzika). tego rozdzierającego serca dramatu doświadczyła już moja rodzina, gdy jeszcze w liceum wyganiałam wszystkich rano zła jak osa i wkurzałam się o każde głośniejsze nawet psiknięcie dezodorantem. how sick is that? niestety taki mój psa urok.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz