wtorki to moje ulubione dni tygodnia. wiadomo, że poniedziałki suck, ale za to wtorki ehh :) rano mam tylko jedne zajęcia (co prawda na 8, ale z mojego ulubionego przedmiotu). za to potem cały dzień wolny! mogę spać, łazić po domu w szlafroku, czytać, oglądać "dextera", siedzieć w necie bez poczucia winy:)tak jak właśnie teraz.
a propos - po rosyjsku surfowanie w necie to "brodzenie" :)
...
plany wyprawowe się krystalizują i ucieleśniają, zaczynam liczyć kasę i czytać podróżnicze książki na ten temat. prawdopodobnie połączymy nasze wyprawy z Anią B., którą znam od przedszkola i której zawsze zazdrościłam talentu do rysowania koni i syrenek (mi wychodziły jakieś picassowsko-rubensowskie, dalekie od ideałów Disneya). obie młode, zdeterminowane i... zdeterminowane, także powinno coś z tego wyjść.
...
oczywiście mam ambitny plan zdania jednego z egzaminów tuż przed Świętami i niech mnie dunder świśnie jak tego nie zrobię. czytam również książki nie związane ze studiami - ostatnio "Zaułek łgarza", teraz "Ulicę marzycieli" Wilsona. kiedyś pewien pan powiedział mi, że te książki zmieniły jego podejście do życia. mojego na razie nie, ale jeszcze nie skończyłam drugiej, więc może przemiana tuż przede mną.
jeszcze takie ostatnie życzenie na koniec: chciałabym być normalna, ale co w postmodernistycznej rzeczywistości jest normą i normalnością? nie ma łatwych odpowiedzi, nie ma pewnych wzorców.
jedyną pociechą dla mnie jest to, że nie tylko ja mam takie rozterki. jeszcze ze dwie osoby co najmniej.
dubito ergo sum.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz