piątek, 12 czerwca 2009

italia.

roma, assissi, siena, verona, bologna. niepoukładane impresje, bo przecież Italia nie jest w żadnym wypadku poukładana.
zaczynamy: pierwszy długi wyjazd z Miszą. juz ustaliliśmy, że murzyni się nie opalają. papi chulo, czyli pies na kobiety lub jak kto woli pieseczek. kamulce, kamulce - milion obejrzanych płasko- i rzeźb. fa caldo czyli gorąco. circo massimo i termy karakalli obejrzane dookoła, ale nie od wewnątrz. 6 w 1, czyli wielka festa z sikorskim i piłsudskim (w doborowym towarzystwie), a potem otwarcie naszej restauracji przy via del porto i rozmnożenie pokarmu w bolonii. dlaczego estonki nie śpiewają, a w neapolu wymyślili nawet piosenkę o kolejce linowej? (http://www.youtube.com/watch?v=wAe-9ubwHQM&feature=related) chyba zależy to od szerokości geograficznej.
i już rozwiązana kwestia, że deszcz istotnie wpada do panteonu przez dziurę w suficie.
było bueno. besos.

1 komentarz:

ahio pisze...

haaah
stykanie sie przez 11 dni!:)

taaak trzeba odpoczac!:)
czaas przespedzony:*
wielbłąd, rzecz jasna gromadzi wodę w swych garbach:)))