ogarnęłam się wreszcie na tyle, żeby coś napisać. ostatni tydzień minął mi na bieganiu z WPiA do IFS. tajemnicze skróty obrazują szarpanie się studentki na obcasach z wykładowcami i brukiem na starówce, który niszczy obcasy. zdecydowany plus tej sytuacji: najkrótsza trasa jest już opracowana - niecałe 17 minut. ciekawe co na to googlemaps? let me check. ha! google dają mi na to 21 minut! niestety, choćbym nie wiem jak się starała nigdy nie udaje mi się być na czas. zawsze to 2 czy 3 minuty po rozpoczęciu zajęć. taka włoska leniwa karma. oczywiście, wszystkie lekcje zaczynają się o ósmej i nawet jak jadę na prawo i wcześniej wyjdę na przystanek to autobus nie przyjeżdża i nie zdążam rzecz jasna.
...
na rosyjskiej jest bardzo śmiesznie. siedzimy i dukamy jak dzieciaki w 1. klasie, piszemy literki i powtarzamy po pani Tatianie zdania. ona zaś cały czas karci nas za wymowę i akcent (uprażnienie?) przynajmniej jest szansa, że się czegoś nauczymy. zupełnie inne podejście niż na włoskiej... czyżby wykładowcy przesiąkali mentalnością kraju, którego języka uczą? na włoskiej podejście "piano piano Rzym zbudowano" i nikogo za bardzo nie obchodzi kto co umie, za to na ruskiej widać ostry dryl, typową "szkółkę". wykładowcy starali się nas przestraszyć; mnie niestety mało już może zdziwić i przestraszyć na tych studiach :)
najśmieszniejsze jest to, że siedzimy z Katarzyną (również multistudentką) w pierwszej ławce, dwie stare wyjadaczki, gadamy, zadajemy pytania o wyrazy fonetyczne i inne byzydety, mądrzymy się etc. dla nas zabawne, ale podejrzewam już co na to pierwszaki...
skuza... najśmieszniejsze jest to, że dziś czytałam sama do siebie dialog i się tak wyłączyłam, że pani T. musiała chyba ze 3 razy wołać mnie, że teraz kolej na mnie.
to by było na tyle.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz