piątek, 12 grudnia 2008
środa, 10 grudnia 2008
połamię wam języki
nie udało mi się uniknąć wizyty w bibliotece.
a wszystko zaczęło się tak: na lingua polacca profesor przydzielił każdej z nas po 1-2 rozdziały polskiego dzieła wybitnego autora z zadaniem porównania ich z dwoma tłumaczeniami po włosku i zreferowania głównych problemów tłumaczenia.
zdecydowałam więc udać się do biblioteki, dać się zapisać i skserować potrzebne mi materiały.
poszło nieźle, jednak potem okazało się, że można dostać jedynie jedno wydanie, natomiast drugie jest na dalekim zapizdowiu.
przepraszam za wulgaryzm, ale to dwa km w linii prostej od murów Bolonii, czyli daleeeko i szłam tam dziś na piechotę, czyli daleeeko.
ale mądra Polka nim sobie zaszkodzi niepotrzebnym marszem zadzwoniła rano by dowiedzieć się czy książka jest dostępna.
dzwoni.
ja: "dzień dobry chciałabym zapytać czy jest dostępna książka, którą chciałam skserować"
miła pani bibliotekarka: "proszę podać autora"
ja: Gombrowicz... Witold
mpb: "jaaaak?! to może tytuł?"
ja: "może lepiej nie? podam nr katalogu..."
mpb: "nie... niech pani poda tytuł... spróbujemy"
ja: (z dziką satysfakcją i nieskazitelną dykcją) "Ferdydurke"
mpb: "to niech pani poda nr katalogu"
ok. sprawdzone, jest.
mpb: "pani nazwisko?"
ja: "Pru Agnieszka. P-R-U"
mpb: "??"
ja: "P-R-U"
jak poszłam do biblioteki odebrać książkę, inna mpb nie mogła jej znaleźć.
Dlaczego?
Otóż:
a wszystko zaczęło się tak: na lingua polacca profesor przydzielił każdej z nas po 1-2 rozdziały polskiego dzieła wybitnego autora z zadaniem porównania ich z dwoma tłumaczeniami po włosku i zreferowania głównych problemów tłumaczenia.
zdecydowałam więc udać się do biblioteki, dać się zapisać i skserować potrzebne mi materiały.
poszło nieźle, jednak potem okazało się, że można dostać jedynie jedno wydanie, natomiast drugie jest na dalekim zapizdowiu.
przepraszam za wulgaryzm, ale to dwa km w linii prostej od murów Bolonii, czyli daleeeko i szłam tam dziś na piechotę, czyli daleeeko.
ale mądra Polka nim sobie zaszkodzi niepotrzebnym marszem zadzwoniła rano by dowiedzieć się czy książka jest dostępna.
dzwoni.
ja: "dzień dobry chciałabym zapytać czy jest dostępna książka, którą chciałam skserować"
miła pani bibliotekarka: "proszę podać autora"
ja: Gombrowicz... Witold
mpb: "jaaaak?! to może tytuł?"
ja: "może lepiej nie? podam nr katalogu..."
mpb: "nie... niech pani poda tytuł... spróbujemy"
ja: (z dziką satysfakcją i nieskazitelną dykcją) "Ferdydurke"
mpb: "to niech pani poda nr katalogu"
ok. sprawdzone, jest.
mpb: "pani nazwisko?"
ja: "Pru Agnieszka. P-R-U"
mpb: "??"
ja: "P-R-U"
jak poszłam do biblioteki odebrać książkę, inna mpb nie mogła jej znaleźć.
Dlaczego?
Otóż:
wtorek, 9 grudnia 2008
niedziela, 7 grudnia 2008
sobota, 6 grudnia 2008
romeo e giulietta
:) lepszego prezentu na mikołajki nie mogłam sobie zażyczyć :)
już nie dziwię się, dlaczego bilety zostały wyprzedane na ponad miesiąc wcześniej.
balet z monte carlo po prostu był rewelacyjny! kostiumy - współczesna interpretacja strojów historycznych; choreografia bardzo nowoczesna, naprawdę oddająca uczucia (nawet subtelny erotyzm), bardziej "aktorska" niż zazwyczaj
ascetyczna scenografia i bogata gra świateł.
muzyka prokofiewa w wykonaniu orkiestry teatro comunale. cała gama barw, dynamika, piano pianiuśkie i fortissimo, które powoduje dreszcze.
prawdziwe piękno.
...
wróciłam do domu i słucham suity z baletu.
już nie dziwię się, dlaczego bilety zostały wyprzedane na ponad miesiąc wcześniej.
balet z monte carlo po prostu był rewelacyjny! kostiumy - współczesna interpretacja strojów historycznych; choreografia bardzo nowoczesna, naprawdę oddająca uczucia (nawet subtelny erotyzm), bardziej "aktorska" niż zazwyczaj
ascetyczna scenografia i bogata gra świateł.
muzyka prokofiewa w wykonaniu orkiestry teatro comunale. cała gama barw, dynamika, piano pianiuśkie i fortissimo, które powoduje dreszcze.
prawdziwe piękno.
...
wróciłam do domu i słucham suity z baletu.
piątek, 5 grudnia 2008
calamari ripieni
prosty przepis, szybkie przygotowanie, smaczne i sycące
na początku trzeba oporządzić kalmary, bo nie są zbyt estetyczne... aż się zdziwiłam w sklepie jak zamiast pięknych, białych kalmarów dostałam szarawe, obślizgłe smrodki :)
pani powiedziała, że "freschi" i w promocji, więc wzięłam :)
po konsultacjach z włoską mammą z Salerno, opłukałam je i wstawiłam do wody, żeby się "wyczyściły".
potem przygotowałam mega proste nadzienie: bułka tarta, pietruszka, czosnek, jajko i pokrojone macki kalmarów oraz sól i pieprz do smaku, wypełniłam nimi kalmary (już ładne i białe) i do piecyka na pół godzinki. a w tym czasie ugotowałam szpinak i lekko doprawiłam go cytryną i oliwą.
na koniec dobrze jest pokropić kalmara cytryną - jak każde frutti di mare :)
niedziela, 30 listopada 2008
piątek, 28 listopada 2008
apocalypse now.
naczytał się Prusiu o Bombaju, przejął się i takie mamy efekty.
śniło mi się, że byliśmy z Kucielkiem w Grecji i że jakaś organizacja terrorystyczna zniszczyła miasta, wprowadziła rządy terroru i zabijała wszystkich, co się napatoczyli. życie toczyło się w podziemiu. nam udało się uniknąć śmierci, bo mieliśmy przydatne zawody- lekarz i prawnik (hmm tak... sny są irracjonalne - lekarz to ok, ale po co komu prawnik? szczególnie w czasach bezprawia)
jako że Maciek będąc lekarzem miał lepszą pozycję, to był w opozycji do terrorystów, a ja z niezłymi rezultatami kolaborowałam (mając oczywiście wyrzuty sumienia).
już nie mówię, że często śni mi się koniec świata (podejrzewam, że jak nadejdzie, to żaden scenariusz mnie nie zaskoczy), potwory, uciekanie i ostatnio - pakt z szatanem.
o dziwo, zawsze udaje mi się uciec lub przeżyć.
aż strach się kłaść do łóżka.
śniło mi się, że byliśmy z Kucielkiem w Grecji i że jakaś organizacja terrorystyczna zniszczyła miasta, wprowadziła rządy terroru i zabijała wszystkich, co się napatoczyli. życie toczyło się w podziemiu. nam udało się uniknąć śmierci, bo mieliśmy przydatne zawody- lekarz i prawnik (hmm tak... sny są irracjonalne - lekarz to ok, ale po co komu prawnik? szczególnie w czasach bezprawia)
jako że Maciek będąc lekarzem miał lepszą pozycję, to był w opozycji do terrorystów, a ja z niezłymi rezultatami kolaborowałam (mając oczywiście wyrzuty sumienia).
już nie mówię, że często śni mi się koniec świata (podejrzewam, że jak nadejdzie, to żaden scenariusz mnie nie zaskoczy), potwory, uciekanie i ostatnio - pakt z szatanem.
o dziwo, zawsze udaje mi się uciec lub przeżyć.
aż strach się kłaść do łóżka.
poniedziałek, 24 listopada 2008
dzień erasmuski.
wstałam, a raczej wyczołgałam się z łóżka o 9:11, bo w sumie nie wypada nastawiać budzika i nie wstawać (za co dostałam już kiedyś opr - i nie były to ograniczone prawa rzeczowe)
zjadłam śniadanie i włączyłam kompa. czytałam newsy o naszym prezydencie ostrzelanym w Osetii i takie tam. potem gadałyśmy z dziewczynami o końcu świata i kursie euro. krótki prysznic.
po czym na chyba 3h siadłam przed kompa i oczywiście zgłodniałam.
więc zjadłam batonika bajecznego z przekonaniem, że nic już słodkiego nie zjem. po czym zjadłam opakowanie skittelsów (omijając zielone), po czym było mi za kwaśno, więc otworzyłam orzeszki w czekoladzie i zjadłam na zmianę smaku.
po czym poszłam spać:)
potem się obudziłam i gadałam na skype z Kucielkiem. ze 3 h, potem znów komp, gg, skype, wiadomości...
no i potem już zgłodniałam, więc odgrzałam obiad, tosty i zjadłam jeszcze orzeszków w czekoladzie.
troszkę desperatek na deser i dyskusje z Kubą na temat "twoja stara...", potem kolejno z Wenką, Misią, Tatą, Mamą i Kucielkiem nie są złym pomysłem na wieczór.
Erasmuska się nie przemęcza.
zjadłam śniadanie i włączyłam kompa. czytałam newsy o naszym prezydencie ostrzelanym w Osetii i takie tam. potem gadałyśmy z dziewczynami o końcu świata i kursie euro. krótki prysznic.
po czym na chyba 3h siadłam przed kompa i oczywiście zgłodniałam.
więc zjadłam batonika bajecznego z przekonaniem, że nic już słodkiego nie zjem. po czym zjadłam opakowanie skittelsów (omijając zielone), po czym było mi za kwaśno, więc otworzyłam orzeszki w czekoladzie i zjadłam na zmianę smaku.
po czym poszłam spać:)
potem się obudziłam i gadałam na skype z Kucielkiem. ze 3 h, potem znów komp, gg, skype, wiadomości...
no i potem już zgłodniałam, więc odgrzałam obiad, tosty i zjadłam jeszcze orzeszków w czekoladzie.
troszkę desperatek na deser i dyskusje z Kubą na temat "twoja stara...", potem kolejno z Wenką, Misią, Tatą, Mamą i Kucielkiem nie są złym pomysłem na wieczór.
Erasmuska się nie przemęcza.
piątek, 21 listopada 2008
Włosi kontra reszta świata
ok, to, że patrzą się dziwnie jak po południu zamawiam cappuccino lub macchiato jestem w stanie zrozumieć. to, że oni noszą kozaki i wełniane płaszcze, podczas gdy ja potrafię wyskoczyć w swetrze i marynarce też. do tego, że nie znają kisielku, budyniu, dobrego chleba i mają mały wybór herbat... no dobra.
ale oni nie używają czajników i o tym dzisiejsza historia.
...
siedzimy na angielskim i nasza przezabawna (brytyjska) pani Stratford podaje różne przydatne zwroty.
jesteśmy przy "pot calling kettle black", czyli jak nasze swojskie przyganiał kocioł garnkowi.
Włosi, jako że nie używają czajników pytają: co to kettle?
Stratford: no jak to? nie wiem jak wy, Włosi możecie bez tego żyć. w tym gotuje się wodę na herbatę.
szybka riposta jednego z kolegów: ja nie wiem jak wy (w sensie nie-Włosi) możecie żyć bez bidetu!
szybka riposta Stratford: hmm, to ta rzecz, do której wkłada się roślinki jak się wyjeżdża na dłużej?
ale oni nie używają czajników i o tym dzisiejsza historia.
...
siedzimy na angielskim i nasza przezabawna (brytyjska) pani Stratford podaje różne przydatne zwroty.
jesteśmy przy "pot calling kettle black", czyli jak nasze swojskie przyganiał kocioł garnkowi.
Włosi, jako że nie używają czajników pytają: co to kettle?
Stratford: no jak to? nie wiem jak wy, Włosi możecie bez tego żyć. w tym gotuje się wodę na herbatę.
szybka riposta jednego z kolegów: ja nie wiem jak wy (w sensie nie-Włosi) możecie żyć bez bidetu!
szybka riposta Stratford: hmm, to ta rzecz, do której wkłada się roślinki jak się wyjeżdża na dłużej?
czwartek, 20 listopada 2008
historia ljokki
nie pamiętam z jakiej to okazji, ale dzwoni do mnie Mama i mówi, że słuchały z Misią jakiejś włoskiej piosenki czy też może BXVI (jedyny kontakt mojej rodziny z językiem włoskim to muzyka bądź anioł pański w niedzielę) i że usłyszały słowo ljokki i "Aga, Aga, co to są te ljokki?".
konsternacja. przypominam sobie wszystkie fonetyczne zasady, pytam o kontekst...
i w końcu... olśnienie!
chodzi o gli occhi, czyli oczy!
(przy czym chociaż to dwa wyrazy: rodzajnik i rzeczownik, Włosi oszczędnie wymawiają to prawie jako jeden wyraz)
...
i jeszcze przypomina mi się jak męczyłam Macia, żeby czytał po włosku (po cichu licząc na mały ubaw prz gli[lji], cia[czija], g[dż], ch[k]) a On oczywiście bardzo ładnie sobie radził i zawsze odpowiadał:
a/ przestań
b/ daj mi spokój
c/ hmmm... (i kombinował)
d/ no jak to jak? (i kombinował)
e/oj Agu...
sms z ostatniej chwili (bo nie mogłam sobie przypomnieć jakimi najczęściej słówkami Go męczyłam):
"pamiętam tylko farmacia, bo to było codziennie. ale było ich więcej"
rzeczywiście Włosi aptek mają dużo :)
konsternacja. przypominam sobie wszystkie fonetyczne zasady, pytam o kontekst...
i w końcu... olśnienie!
chodzi o gli occhi, czyli oczy!
(przy czym chociaż to dwa wyrazy: rodzajnik i rzeczownik, Włosi oszczędnie wymawiają to prawie jako jeden wyraz)
...
i jeszcze przypomina mi się jak męczyłam Macia, żeby czytał po włosku (po cichu licząc na mały ubaw prz gli[lji], cia[czija], g[dż], ch[k]) a On oczywiście bardzo ładnie sobie radził i zawsze odpowiadał:
a/ przestań
b/ daj mi spokój
c/ hmmm... (i kombinował)
d/ no jak to jak? (i kombinował)
e/oj Agu...
sms z ostatniej chwili (bo nie mogłam sobie przypomnieć jakimi najczęściej słówkami Go męczyłam):
"pamiętam tylko farmacia, bo to było codziennie. ale było ich więcej"
rzeczywiście Włosi aptek mają dużo :)
poniedziałek, 17 listopada 2008
łakomczuch.
-jak to, tak cię naszedł głód o 10?
-mhm... nagle
mój Boże, jak dobrze, że został jeszcze smalec i ogórki kiszone. (właściwie to już teraz jeden sam pływa w słoiku - będzie czekał na specjalną okazję:)) do tego megatwardy "razowy" chleb z czwartku, ledwo co dał się pokroić... skórkowaniec!
zima się zbliża jak nic!
-mhm... nagle
mój Boże, jak dobrze, że został jeszcze smalec i ogórki kiszone. (właściwie to już teraz jeden sam pływa w słoiku - będzie czekał na specjalną okazję:)) do tego megatwardy "razowy" chleb z czwartku, ledwo co dał się pokroić... skórkowaniec!
zima się zbliża jak nic!
sobota, 15 listopada 2008
rozkminiacz.
a teraz przedstawię wam mojego ulubionego rozkminiacza :)
1. Kucielek: zapomniałem Ci się pochwalić, że dziś w końcu wymyśliłem na jakich zasadach działa kawiarka :D
2. Kucielek: Żabko, Ty masz grupę krwi "0", nie?
ja: nom, a co?
Kucielek: nic, myślę o konflikcie serologicznym.
Kucielek: a + czy -?
ja: +
Kucielek: no to spoko
i tyle. koniec rozmowy. i jak Go nie kochać? :)
ja: Macio, jaki lubisz kolor?
M: a co Ty Myszek, w podstawówkę się bawisz? :P
ja: odpowiedz proszę
M: granat, bordo, zieleń
ja: jeden :D
M: to zależy w takim razie do czego. na Twoich paznokietkach bordo.
ja: Macio, a Ty się bawisz w filozofa?
M: do ubrania granat. a zieleń na ścianach. w ubraniach też lubię pomarańcz, ale taki przygaszony, a nie oczojebny. oczy lubię brązowe.
także nie mam jednego ulubionego koloru.
ja: :)
M: zadowolona?
ja: kocham Cię, wiesz? szaleję za Tobą.
M: to dobrze :)
1. Kucielek: zapomniałem Ci się pochwalić, że dziś w końcu wymyśliłem na jakich zasadach działa kawiarka :D
2. Kucielek: Żabko, Ty masz grupę krwi "0", nie?
ja: nom, a co?
Kucielek: nic, myślę o konflikcie serologicznym.
Kucielek: a + czy -?
ja: +
Kucielek: no to spoko
i tyle. koniec rozmowy. i jak Go nie kochać? :)
ja: Macio, jaki lubisz kolor?
M: a co Ty Myszek, w podstawówkę się bawisz? :P
ja: odpowiedz proszę
M: granat, bordo, zieleń
ja: jeden :D
M: to zależy w takim razie do czego. na Twoich paznokietkach bordo.
ja: Macio, a Ty się bawisz w filozofa?
M: do ubrania granat. a zieleń na ścianach. w ubraniach też lubię pomarańcz, ale taki przygaszony, a nie oczojebny. oczy lubię brązowe.
także nie mam jednego ulubionego koloru.
ja: :)
M: zadowolona?
ja: kocham Cię, wiesz? szaleję za Tobą.
M: to dobrze :)
piątek, 14 listopada 2008
i już po.
poleciał ale pozostanie. paradoks?
a ja zaczynam znów mieć fazę na muzykę.
wspomnienia. creepy dream.
dziwne poczucie, że wszystko jest okej.
żadna buena vista winampie. co najwyżej faithless lub garbage.
nie mam pomysłu na pracę licencjacką. jakieś sugestie? hell me!
saturate.
a ja zaczynam znów mieć fazę na muzykę.
wspomnienia. creepy dream.
dziwne poczucie, że wszystko jest okej.
żadna buena vista winampie. co najwyżej faithless lub garbage.
nie mam pomysłu na pracę licencjacką. jakieś sugestie? hell me!
saturate.
czwartek, 6 listopada 2008
wkurw
nie zostaniesz moją przyjaciółka bo zostawiłaś parę razy naczynia w zlewie, nastawiasz budzik na rano i nie wstajesz, a mnie to budzi, za głośno zamykasz drzwi. nie szanujesz mnie.
no i dziś niechcący użyłam jej ręczniczka do obiadków jak ćwiczyłam.
i się skończyło. okazało się, że duszone przez półtora miesiąca pierdoły potrafią tak wkurzyć Włoszkę, że krzyczy i nie ma ochoty na dalsze kontakty.
ja pierdolę. chcę do Kubowo-Wenowego bałaganuuuuu ratunku!!!!!!!!!!
...
a tak poza tym... dolce vita z Maciusiem :) Florencja, Bologna, lasagna :)
napiszę milej i więcej jak mi wkurw zejdzie.
no i dziś niechcący użyłam jej ręczniczka do obiadków jak ćwiczyłam.
i się skończyło. okazało się, że duszone przez półtora miesiąca pierdoły potrafią tak wkurzyć Włoszkę, że krzyczy i nie ma ochoty na dalsze kontakty.
ja pierdolę. chcę do Kubowo-Wenowego bałaganuuuuu ratunku!!!!!!!!!!
...
a tak poza tym... dolce vita z Maciusiem :) Florencja, Bologna, lasagna :)
napiszę milej i więcej jak mi wkurw zejdzie.
czwartek, 23 października 2008
post specjalnie dla Misi :)
Misia, moja kochana Siostrzyczka najlepiej na świecie pakuje mi walizki. bo ja jak siadam wśród wywalonych ubrań to tracę orientację :( a Misia zawsze wie, ile par majtek, bluzek i spodni trzeba wziąć, żeby się dobrze ubrać. a więc AVE MISIO PAKOWACZ :)
dolce vita
21 słodkich chwil, 3 opakowania delicji, mieszanka wedlowska, ciasteczka zbożowe, przyprawy, ogórki kiszone, ogórki konserwowe, smalczyk, krakowska sucha, majonez, cukierki, skitelsy, 2 opakowania orzeszków w czekoladzie, 6 różnych rodzajów herbaty (malinowa, rooibos, biała, zielona i tak bez końca), dżem z czerwonych porzeczek, placki na tortille...
lista zakupów ciężarnej wymyślona w środku nocy w przypływie gastrofazy i pakmana?
nieee... to Parentsy przyjechały i przywiozły polskie dobra... z ziemi polskiej do włoskiej ;]
no i się zaczęło dolce&gabbana; kolacja przy świetnym winku i aperitivo: suszone pomidory, kapary, farcita, prawdziwe gigantyczne oliwki :D
potem już tylko legendarne gelati i można było dotoczyć się do domku :)
a to dopiero pierwszy dzień :)
co prawda miałam już dziś akcję w stylu Aga-Chojrak ratuje Huga-Mjuriel i Jasia-Eustachego, którzy z gpsem zgubili się w Bolonii. no to z kapcia 20min i włala! uratowani!
a tak podsumowując ten rok, to widzę, że się napodróżowałam :)
luty-Austria, maj-Słowacja, lipiec-Rumunia, sierpień-Włochy, wrzesień-Grecja, październik-... Włochy :)
ihaaa!:)
bardzo ładny puentowy offtop.
lista zakupów ciężarnej wymyślona w środku nocy w przypływie gastrofazy i pakmana?
nieee... to Parentsy przyjechały i przywiozły polskie dobra... z ziemi polskiej do włoskiej ;]
no i się zaczęło dolce&gabbana; kolacja przy świetnym winku i aperitivo: suszone pomidory, kapary, farcita, prawdziwe gigantyczne oliwki :D
potem już tylko legendarne gelati i można było dotoczyć się do domku :)
a to dopiero pierwszy dzień :)
co prawda miałam już dziś akcję w stylu Aga-Chojrak ratuje Huga-Mjuriel i Jasia-Eustachego, którzy z gpsem zgubili się w Bolonii. no to z kapcia 20min i włala! uratowani!
a tak podsumowując ten rok, to widzę, że się napodróżowałam :)
luty-Austria, maj-Słowacja, lipiec-Rumunia, sierpień-Włochy, wrzesień-Grecja, październik-... Włochy :)
ihaaa!:)
bardzo ładny puentowy offtop.
sobota, 18 października 2008
that`s what she said ;]
baaaardzo popularny żarcik, że też wcześniej o tym nie słyszałam... pochodzi z "the office".
najpierw definicja z urban dictionary, który jest moim ulubionym slangowym słownikiem:)
najpierw definicja z urban dictionary, który jest moim ulubionym slangowym słownikiem:)
| "that` what she said - A statement used to draw attention to a phrase that could possibly be interpreted as sexual innuendo. Joe-Bob and Jim walk past a fitness center, where several large Swiss balls are displayed in the window. Joe-Bob says, "Those are some big balls, man,", and Jim replies, "Yeah, that's what she said!""
Example A: In the classroom, talking about a test. Student A "Wow, that's really hard!" Student B "That's what she said!" Example B: Talking about a fragile object Man A "Pull it out slowly." Man B "That's what she said!" Example C: At a hotel, describing the room key Clerk "Put it in, then take it out fast." Man "That's what she said!" allora, teraz enjoy! http://pl.youtube.com/watch?v=wLQKsuogUXo | ||||
środa, 15 października 2008
Do Not Stand At My Grave And Weep
Do Not Stand At My Grave And Weep
Do not stand at my grave and weep,
I am not there, I do not sleep.
I am a thousand winds that blow.
I am the diamond glint on snow.
I am the sunlight on ripened grain.
I am the gentle autumn rain.
When you wake in the morning hush,
I am the swift, uplifting rush
Of quiet birds in circling flight.
I am the soft starlight at night.
Do not stand at my grave and weep.
I am not there, I do not sleep.
Do not stand at my grave and cry.
I am not there, I did not die!
Mary Frye (1932)
wtorek, 14 października 2008
donna-ikea
i co? wykrakałam sobie. stałam się donna-ikea
a zaczęło się tak.
w poniedziałek po południu Kristi radośnie oświadczyła, że dziś z właścicielką mieszkania jadą po szafę do ikei!! w końcu będziemy miały coś więcej niż komodę na spółę.
jak wróciły i zobaczyłyśmy co za ustrojstwo kupiły... cztery olbrzymie, superciężkie, wielgachne pudła świadczyły o tym, że nie będzie lekko. wnosiłyśmy to w 4 i każda z nas myślała, że po drodze (brzydko mówiąc, ale cytuję Woszcza) padnie na cyce.
właścicielka pożegnała nas słowami: "tu macie młotek, gwoździe, śrubokręty (po wytłumaczeniu jak działa śrubokręt stwierdziłam, że oni chyba naprawdę myślą, że Polska jest w buszu), jakbyście potrzebowały pomocy, to zapukajcie, ale ja już idę spać" (czyli nie zawracajcie mi dupy i składajcie szafy same)
po kilku stuknięciach młotkiem, zaczęła walić w ścianę, więc przeniosłyśmy się do łazienki, ale to nic nie pomogło. (nawet podłożone ręczniki)
notabene mieszkamy nad restauracją, gdzie w nocy składają stoły, cały czas ktoś czymś wali i Bóg wie co się tam dzieje.
allora, rano zabrałyśmy się za montaż tego paskudztwa, bo w ogóle się okazało, że szafy są dwie. juhuuu!! więcej roboty. nie przekonał mnie argument, że będę miała własną szafkę. tu mam przecież opcję "minimum wysiłku". a tu się okazało, że razy dwa.
stukałyśmy, pukałyśmy, wkręcałyśmy, ustawiałyśmy, dźwigałyśmy, rozkminiałyśmy. i złożyliśmy pierwszy szkielet :) całe szczęście potem miałam zajęcia od 12-18:45 więc uchachana jak nigdy poszłam se.
na szczęście okazało się, że przyjechał tata Kristi i dokończyli robotę, zostawiając mi tylko półeczki do zamontowania, co pikusiem trwało godzinę.
jedyny minus jest taki, że teraz to już w ogóle będzie ciemno jak w grobie, bo szafy zasłaniają okno.
mehr licht!!
a zaczęło się tak.
w poniedziałek po południu Kristi radośnie oświadczyła, że dziś z właścicielką mieszkania jadą po szafę do ikei!! w końcu będziemy miały coś więcej niż komodę na spółę.
jak wróciły i zobaczyłyśmy co za ustrojstwo kupiły... cztery olbrzymie, superciężkie, wielgachne pudła świadczyły o tym, że nie będzie lekko. wnosiłyśmy to w 4 i każda z nas myślała, że po drodze (brzydko mówiąc, ale cytuję Woszcza) padnie na cyce.
właścicielka pożegnała nas słowami: "tu macie młotek, gwoździe, śrubokręty (po wytłumaczeniu jak działa śrubokręt stwierdziłam, że oni chyba naprawdę myślą, że Polska jest w buszu), jakbyście potrzebowały pomocy, to zapukajcie, ale ja już idę spać" (czyli nie zawracajcie mi dupy i składajcie szafy same)
po kilku stuknięciach młotkiem, zaczęła walić w ścianę, więc przeniosłyśmy się do łazienki, ale to nic nie pomogło. (nawet podłożone ręczniki)
notabene mieszkamy nad restauracją, gdzie w nocy składają stoły, cały czas ktoś czymś wali i Bóg wie co się tam dzieje.
allora, rano zabrałyśmy się za montaż tego paskudztwa, bo w ogóle się okazało, że szafy są dwie. juhuuu!! więcej roboty. nie przekonał mnie argument, że będę miała własną szafkę. tu mam przecież opcję "minimum wysiłku". a tu się okazało, że razy dwa.
stukałyśmy, pukałyśmy, wkręcałyśmy, ustawiałyśmy, dźwigałyśmy, rozkminiałyśmy. i złożyliśmy pierwszy szkielet :) całe szczęście potem miałam zajęcia od 12-18:45 więc uchachana jak nigdy poszłam se.
na szczęście okazało się, że przyjechał tata Kristi i dokończyli robotę, zostawiając mi tylko półeczki do zamontowania, co pikusiem trwało godzinę.
jedyny minus jest taki, że teraz to już w ogóle będzie ciemno jak w grobie, bo szafy zasłaniają okno.
mehr licht!!
niedziela, 12 października 2008
tranquillo.
spokojnie. pięknie.
bez pośpiechu. uczelnia: piękne mury, dwumetrowe marmurowe rzeźby, stare kamulce. unibo respect. zajęcia są ciekawe; na historii i krytyce kina oglądamy fragmenty filmów i dowiadujemy się ciekawostek o aktorach i reżyserach. o marlenie dietrich, która musiała schudnąć i przybrać cold look, żeby zrobić karierę w hollywood, o halce, która była przez wiele lat symbolem erotyzmu, o tym jak po projekcji "ossessione" zamknięto kino a potem je poświęcono.
...
żyje mi się spokojnie, nie czuję potrzeby imprezowania, mam wielką zajawę na naukę. to chyba dzięki dobrze wykorzystanym wakacjom :)
pranzo italiano.
a dziś zostałyśmy zaproszone przez chłopaka mojej współlokatorki Robi na obiadek. oczywiście wielką włoską ucztę.
na pierwsze- spaghetti z małżami (cozze, vongole), potem pasta brisee (pachnąca masełkiem) ze szpinakiem i druga z nadzieniem serowo-kukurydziano-szynkowym. pychota :)
a na deserek rolada (pan di spagna, czyli biszkopt z nutellą) do tego winko i opowieści o uomo-pam i donna-ikea (pam to sieć supermerkatów), czyli o ludziach, którzy nałogowo kupują w sieciówkach. tata Carmina kupuje wszysko z promocji, do tego stopnia, że kiedyś nakupował podpasek... bo były w promocji :)
wszyscy moi włoscy znajomi są z południa. paradoks, mieszkam na północy a obcuję z dialektem neapolitańskim.
a po obiadku, grałyśmy w neapolitańskie karty, zupełnie inne niż nasze (które nota bene są zwane francuskimi)
to chyba tyle na dziś. bez puenty, bo kończę spokojnie udając się do łóżeczka na oglądanie desperatek...
bez pośpiechu. uczelnia: piękne mury, dwumetrowe marmurowe rzeźby, stare kamulce. unibo respect. zajęcia są ciekawe; na historii i krytyce kina oglądamy fragmenty filmów i dowiadujemy się ciekawostek o aktorach i reżyserach. o marlenie dietrich, która musiała schudnąć i przybrać cold look, żeby zrobić karierę w hollywood, o halce, która była przez wiele lat symbolem erotyzmu, o tym jak po projekcji "ossessione" zamknięto kino a potem je poświęcono.
...
żyje mi się spokojnie, nie czuję potrzeby imprezowania, mam wielką zajawę na naukę. to chyba dzięki dobrze wykorzystanym wakacjom :)
pranzo italiano.
a dziś zostałyśmy zaproszone przez chłopaka mojej współlokatorki Robi na obiadek. oczywiście wielką włoską ucztę.
na pierwsze- spaghetti z małżami (cozze, vongole), potem pasta brisee (pachnąca masełkiem) ze szpinakiem i druga z nadzieniem serowo-kukurydziano-szynkowym. pychota :)
a na deserek rolada (pan di spagna, czyli biszkopt z nutellą) do tego winko i opowieści o uomo-pam i donna-ikea (pam to sieć supermerkatów), czyli o ludziach, którzy nałogowo kupują w sieciówkach. tata Carmina kupuje wszysko z promocji, do tego stopnia, że kiedyś nakupował podpasek... bo były w promocji :)
wszyscy moi włoscy znajomi są z południa. paradoks, mieszkam na północy a obcuję z dialektem neapolitańskim.
a po obiadku, grałyśmy w neapolitańskie karty, zupełnie inne niż nasze (które nota bene są zwane francuskimi)
to chyba tyle na dziś. bez puenty, bo kończę spokojnie udając się do łóżeczka na oglądanie desperatek...
piątek, 3 października 2008
do lwa kwa, do lwa?
oto artykuł z onetu:
Kosztowne poszukiwania lwa-widmo
Kosztowne poszukiwania lwa-widmo
Kilkadziesiąt tysięcy złotych kosztowały do tej pory policję poszukiwania tajemniczego zwierzęcia, który ma żyć w Jeziorzanach koło Krakowa. Według świadków ma to być lew lub inne zwierzę z rodziny kotowatych.
- Koszty akcji nie są do końca zsumowane, lecz już mogę powiedzieć, że to będzie kilkadziesiąt tysięcy złotych, około 50 - powiedział rzecznik małopolskiej policji Dariusz Nowak.
Zakrojone na szeroką skalę poszukiwania zostały zakończone w czwartek ale - jak poinformował Nowak - na terenie gdzie ma znajdować się "lew-widmo" działają trzy 2-osobowe patrole, które zostaną na miejscu przez najbliższe kilka dni.
Przez ostatnie kilka dni około 50 policjantów, w tym antyterroryści, policjanci prewencji, ruchu drogowego z użyciem m.in. helikopterów szukało pod Krakowem zwierzęcia, który według świadków ma przypominać lwa.
Drapieżnika sfilmował w zaroślach jeden z mieszkańców wioski. Policyjni eksperci, którzy obejrzeli film ocenili, że mógł to być młody lew lub inne zwierzę z rodziny kotowatych.
MASAKRA :>
jeszcze lepszy komentarz:)
Zakrojone na szeroką skalę poszukiwania zostały zakończone w czwartek ale - jak poinformował Nowak - na terenie gdzie ma znajdować się "lew-widmo" działają trzy 2-osobowe patrole, które zostaną na miejscu przez najbliższe kilka dni.
Przez ostatnie kilka dni około 50 policjantów, w tym antyterroryści, policjanci prewencji, ruchu drogowego z użyciem m.in. helikopterów szukało pod Krakowem zwierzęcia, który według świadków ma przypominać lwa.
Drapieżnika sfilmował w zaroślach jeden z mieszkańców wioski. Policyjni eksperci, którzy obejrzeli film ocenili, że mógł to być młody lew lub inne zwierzę z rodziny kotowatych.
MASAKRA :>
jeszcze lepszy komentarz:)
| To zwierzę już dawno przeniosło sie w inny rejon |
| Polski, a nsza policja jak zwykle depcze w miejscu... |
~wiem widziałam , 03.10.2008 18:49 |
jestem geniuszem
no i muszę to ogłosić. niezależne międzynarodowe źródło jakim jest fbook ogłosiło, że jestem geniuszem. oto wyrok:
50% profoundly genious!
50% profoundly genious!

Ever heard of Plato, Aristotle, Einstein? Morons, compared to you!!
zajebiście, co nie?
zajebiście, co nie?
pierdy pierdy.
takie tam zabijacze czasu. małe a cieszy. :) zrobiłam już naleśniki na obiad i poczęstowałam nimi braci włochów. co prawda brak u nich normalnego twarogu. wszystko maja salato albo dolce (i to ricotta albo mascarpone) miliony śmierdzących serków, a porządnego twarogu nie znajdziesz!
cukru wanilinowego też zresztą. tylko ekstrakt wanilii. takie to mocne, że gardło pali.
już mam internet, więc mogę sobie pomarnować czas:)
właśnie wykonuję psychotesty na facebooku, okazało się że:
1. jestem biała jak bill clinton (o czymkolwiek to świadczy, hmm chociaż ja nie mam oralnego gabinetu buehehe)
2. całuję klasycznie
3. powinnam mieć na imię britney, bo jestem fun i energetic
4. mój prawdziwy wiek to 17 lat (a pytania dotyczyły cukrzycy i wątroby)
5. jestem giselle bundchen jeżeli chodzi o victoria`s secret angels
6. jestem sexy jak carmen electra (chyba najlepsze z tego wszystkiego, napisali, że cokolwiek nie ubiorę jest sexy. chyba nie widzieli mnie w piżamie od włoskiej współlokatorki)
7. czy jestem zła
teraz jeszcze se zrobię test na geniusza, jakim jestem musicalem (kto to wymyśla?), czy jestem normalną mamą (ciekawe czy test jest na tyle mądry, żeby wykrył, że jeszcze nie jestem) i cos co brzmi megatajemniczo: are you James-tastic?
nie wiem o co cho, ale nieźle zabija czas i poprawia chumor :)
cukru wanilinowego też zresztą. tylko ekstrakt wanilii. takie to mocne, że gardło pali.
już mam internet, więc mogę sobie pomarnować czas:)
właśnie wykonuję psychotesty na facebooku, okazało się że:
1. jestem biała jak bill clinton (o czymkolwiek to świadczy, hmm chociaż ja nie mam oralnego gabinetu buehehe)
2. całuję klasycznie
3. powinnam mieć na imię britney, bo jestem fun i energetic
4. mój prawdziwy wiek to 17 lat (a pytania dotyczyły cukrzycy i wątroby)
5. jestem giselle bundchen jeżeli chodzi o victoria`s secret angels
6. jestem sexy jak carmen electra (chyba najlepsze z tego wszystkiego, napisali, że cokolwiek nie ubiorę jest sexy. chyba nie widzieli mnie w piżamie od włoskiej współlokatorki)
7. czy jestem zła
teraz jeszcze se zrobię test na geniusza, jakim jestem musicalem (kto to wymyśla?), czy jestem normalną mamą (ciekawe czy test jest na tyle mądry, żeby wykrył, że jeszcze nie jestem) i cos co brzmi megatajemniczo: are you James-tastic?
nie wiem o co cho, ale nieźle zabija czas i poprawia chumor :)
solitudine.
Solitudine.
Zbieram kolejne przeżycia. tym razem uczę się samotności. Z początku jej nie odczuwałam, a raczej była zagłuszana przez wszystko to, co było do zrobienia.
Aktualnie nie ma jeszcze wrażeń, które mogłyby przesunąć ją na dalszy plan.
To może troszkę o tym, co zagłuszało. Stresior związany z bezpiecznym dotarciem do Bolonii.
Mieszkanie z chopakami w monolocale. Muszę oddać im to, że bardzo mnie ugościli. Dostałam łóżko, obiadki, Internet kradziony od kogoś (dostępny tylko przy oknie), pomoc przy szukaniu mieszkania i przy przeprowadzce i to, że mogłam sobie znów odsypiać uczciwie w dzień.
Ale mimo to, brak własnego miejsca doskwierał. Szukanie mieszkania rewelacyjnych efektów nie przyniosło. Godziny łażenia po mieście w poszukiwaniu ofert, Bakeka.it, kijiji, easystanza. Ponad 20 telefonów, ok. 10 obejrzanych mieszkań. Na koniec zostałam z perspektywą mieszkania z ćpunami („oprócz papierosów, palimy też trawę”), z psem, który zaglądał mi pod spódnicę, oraz widokiem imprez na chacie. Co prawda była zmywarka i miałabym łazienkę w pokoju. W najlepszym wypadku wszystko śmierdziałoby mi fajkami, w najgorszym przepaliliby mojego lapa, aparat i kaucję wysokości dwóch czynszów. Że już nie wspomnę o tym, jak zareagowaliby moi szanowni R. gdyby przyszło im oglądać ukochaną córeczkę w takim lokum.
Dlatego też z przerażeniem w oczach w środę wieczorem (gdy ćpuny napisały mi, że z przyjemnością przyjmą mnie jako nową współlokatorkę) zaczęłam szukać czegoś innego w necie. Fajnie, że mi się w ogóle czerwona lampka włączyła. Grazione Aniele stróżu. O 23:30 zadzwoniłam do kobitki Sylwii i umówiłam się na 8:30 dnia następnego (barbarzyńska godzina, ale lepsze to niż barbarzyńskie warunki przez pół roku w Bolonii). Jak zobaczyłam mieszkanko na via del porto 44, to od razu zapytałam kiedy się mogę wprowadzić. Ale o tym kiedy indziej. Albo nigdy indziej. Się zobaczy.
Teraz o tym co jeszcze nie zagłusza. A mianowicie nie ułożyłam sobie planu zajęć. Boję się swojego głąbizmu, poziomu włoskiego, obcych ludzi, szukania sal. Wiem, że to baaardzo mądre podejście. Daję sobie kilka dni na oswojenie się. Gdzie się podziała moja odwaga i pewność siebie? W czarnej dupie.
No i odczuwam samotność. Brakuje mi nie tylko bliskich osób. Przede wszystkim brakuje mi mojego życia. Tego, które zostawiłam za sobą. Oswojonych 4 ścian, znudzonej 9-minutowej drogi na filologiczny i troszkę dłuższej na prawo. Tego samego widoku przez okno. Języka, w którym myślę i czuję. Znanych miejsc i ludzi. Poczucia, że jestem u siebie.
Tu muszę oswoić siebie z wszystkim po kolei. Boli. Wiem, że prawdopodobnie niedługo nie będę tego czuła w ten sposób, dlatego chcę sobie zaformalinować ten stan. Masochistyczne? Może. Niech to dunder świśnie. Łażenie po mieście i pisanie o tym pomaga.
Zbieram kolejne przeżycia. tym razem uczę się samotności. Z początku jej nie odczuwałam, a raczej była zagłuszana przez wszystko to, co było do zrobienia.
Aktualnie nie ma jeszcze wrażeń, które mogłyby przesunąć ją na dalszy plan.
To może troszkę o tym, co zagłuszało. Stresior związany z bezpiecznym dotarciem do Bolonii.
Mieszkanie z chopakami w monolocale. Muszę oddać im to, że bardzo mnie ugościli. Dostałam łóżko, obiadki, Internet kradziony od kogoś (dostępny tylko przy oknie), pomoc przy szukaniu mieszkania i przy przeprowadzce i to, że mogłam sobie znów odsypiać uczciwie w dzień.
Ale mimo to, brak własnego miejsca doskwierał. Szukanie mieszkania rewelacyjnych efektów nie przyniosło. Godziny łażenia po mieście w poszukiwaniu ofert, Bakeka.it, kijiji, easystanza. Ponad 20 telefonów, ok. 10 obejrzanych mieszkań. Na koniec zostałam z perspektywą mieszkania z ćpunami („oprócz papierosów, palimy też trawę”), z psem, który zaglądał mi pod spódnicę, oraz widokiem imprez na chacie. Co prawda była zmywarka i miałabym łazienkę w pokoju. W najlepszym wypadku wszystko śmierdziałoby mi fajkami, w najgorszym przepaliliby mojego lapa, aparat i kaucję wysokości dwóch czynszów. Że już nie wspomnę o tym, jak zareagowaliby moi szanowni R. gdyby przyszło im oglądać ukochaną córeczkę w takim lokum.
Dlatego też z przerażeniem w oczach w środę wieczorem (gdy ćpuny napisały mi, że z przyjemnością przyjmą mnie jako nową współlokatorkę) zaczęłam szukać czegoś innego w necie. Fajnie, że mi się w ogóle czerwona lampka włączyła. Grazione Aniele stróżu. O 23:30 zadzwoniłam do kobitki Sylwii i umówiłam się na 8:30 dnia następnego (barbarzyńska godzina, ale lepsze to niż barbarzyńskie warunki przez pół roku w Bolonii). Jak zobaczyłam mieszkanko na via del porto 44, to od razu zapytałam kiedy się mogę wprowadzić. Ale o tym kiedy indziej. Albo nigdy indziej. Się zobaczy.
Teraz o tym co jeszcze nie zagłusza. A mianowicie nie ułożyłam sobie planu zajęć. Boję się swojego głąbizmu, poziomu włoskiego, obcych ludzi, szukania sal. Wiem, że to baaardzo mądre podejście. Daję sobie kilka dni na oswojenie się. Gdzie się podziała moja odwaga i pewność siebie? W czarnej dupie.
No i odczuwam samotność. Brakuje mi nie tylko bliskich osób. Przede wszystkim brakuje mi mojego życia. Tego, które zostawiłam za sobą. Oswojonych 4 ścian, znudzonej 9-minutowej drogi na filologiczny i troszkę dłuższej na prawo. Tego samego widoku przez okno. Języka, w którym myślę i czuję. Znanych miejsc i ludzi. Poczucia, że jestem u siebie.
Tu muszę oswoić siebie z wszystkim po kolei. Boli. Wiem, że prawdopodobnie niedługo nie będę tego czuła w ten sposób, dlatego chcę sobie zaformalinować ten stan. Masochistyczne? Może. Niech to dunder świśnie. Łażenie po mieście i pisanie o tym pomaga.
niedziela, 28 września 2008
bo życie jest męczące.
nawet nie wiem dlaczego wakacje... przecież zamiast uczciwie uczyć się do egzaminów, uczciwie odsypiałam niedospane rumuńsko-włoskie imprezy. coś tu nie kali. może to brak żelaza? nawet wakacyjny-relaksacyjny rejs mnie zmęczył. chociaż z męczących rzeczy to zrobiliśmy z Kucielkiem jeden obiad i ja jemu może z półtora słodkiej chwili.
...
ale jak się pysznie najadłam sałatkami greckimi, ośmiorniczkami, krewetkami, kalmarami, nadziewanymi pomidorami, wszystkimi greckimi specjałami. ślizgałam się po marmurowych schodach na akropol (bo padał deszcz-pierwszy od pięciu miesięcy, a ja w piankowych japonkach). to, że jeszcze się mam czym uśmiechać to zasługa szanownego Narzeczonego i jego silnego ramienia (tu ukłony w jego stronę).
a teraz bolonia i szukanie mieszkania. dziś już obczajone 2 klitki, jutro 7. mam nadzieję, że nie będę już hołmless.
trzymta kciuki!
...
ale jak się pysznie najadłam sałatkami greckimi, ośmiorniczkami, krewetkami, kalmarami, nadziewanymi pomidorami, wszystkimi greckimi specjałami. ślizgałam się po marmurowych schodach na akropol (bo padał deszcz-pierwszy od pięciu miesięcy, a ja w piankowych japonkach). to, że jeszcze się mam czym uśmiechać to zasługa szanownego Narzeczonego i jego silnego ramienia (tu ukłony w jego stronę).
a teraz bolonia i szukanie mieszkania. dziś już obczajone 2 klitki, jutro 7. mam nadzieję, że nie będę już hołmless.
trzymta kciuki!
środa, 17 września 2008
poooszło!
i już po. nie ma problemu co zdawać. zdam sobie później. w przyszłym roku. to tak gwoli kontynuacji wątku z wczoraj. nie bójmy się tego słowa. repeta.
jakoś to mnie nie martwi, oprócz kwestii finansowych (no bo można by za to kupić...38 glamszajnów lub 9 razy iść do fryzjera, czyli dotkliwe jak najbardziej). nie chcę nikogo o nic prosić. zawaliłam. zapłacę. oszczędzę. ale dajcie mi trochę świętego spokoju ;] a nie, że sesja do 20.09, sesja do 20.09
tak poza tym, to próbując się wczoraj przez 2 godziny ogrzać pod kołdrą i wyczekując ze szczękającymi zębami (a szkliwo się niszczy) na włączenie ogrzewania, doszłam do wniosku, że wyjazd na semestr zimowy na erasmusa nie jest takim złym pomysłem :) bo sezon szalikowo-rękawiczkowy we wrześniu to trochę lekka przesada moi drodzy.
jakoś to mnie nie martwi, oprócz kwestii finansowych (no bo można by za to kupić...38 glamszajnów lub 9 razy iść do fryzjera, czyli dotkliwe jak najbardziej). nie chcę nikogo o nic prosić. zawaliłam. zapłacę. oszczędzę. ale dajcie mi trochę świętego spokoju ;] a nie, że sesja do 20.09, sesja do 20.09
tak poza tym, to próbując się wczoraj przez 2 godziny ogrzać pod kołdrą i wyczekując ze szczękającymi zębami (a szkliwo się niszczy) na włączenie ogrzewania, doszłam do wniosku, że wyjazd na semestr zimowy na erasmusa nie jest takim złym pomysłem :) bo sezon szalikowo-rękawiczkowy we wrześniu to trochę lekka przesada moi drodzy.
wtorek, 16 września 2008
DIES IRAE
aaa... (takie aaa o matko co ja zrobiłam, kwa, aaa ratunku, ratunku)
wniosek na przyszłość: nie zostawiać sobie 5 egzaminów na wrzesień. a już na pewno przeczytać cokolwiek do nich ociupinę wcześniej niż dzień przed. a już na pewno z cywila. obligatoryjnie.
...
oby tylko ital do przodu.
...
a moją głowę zaprzątają trochę inne radosne myśli i plany - wakacyjne, przyszłościowe, Kucielowe :)
jednak czasem nie jest łatwo. staram się być szczęśliwa i dawać szczęście osobie, którą kocham. to bardzo przyjemne zajęcie. no, status narzeczonej do czegoś zobowiązuje.
chwalę się. a co. :)
wniosek na przyszłość: nie zostawiać sobie 5 egzaminów na wrzesień. a już na pewno przeczytać cokolwiek do nich ociupinę wcześniej niż dzień przed. a już na pewno z cywila. obligatoryjnie.
...
oby tylko ital do przodu.
...
a moją głowę zaprzątają trochę inne radosne myśli i plany - wakacyjne, przyszłościowe, Kucielowe :)
jednak czasem nie jest łatwo. staram się być szczęśliwa i dawać szczęście osobie, którą kocham. to bardzo przyjemne zajęcie. no, status narzeczonej do czegoś zobowiązuje.
chwalę się. a co. :)
wtorek, 9 września 2008
trochę jadu
5 z hawajów, 17 z alaski, 1 z nową bryką, parę ślubnych, 5 w samochodzie, 10 w jednej sukience, bo wyglądałam zajebiście (się zdarzyło), no zapomniałam jeszcze o mojej faworytce, grecji.... 43. i jeszcze zamki krzyżackie.
bo to wszystko jest warte pokazania i ciekawe, a przede wszystkim niech ci moi kochani znajomi w liczbie 348 obejrzą sobie jak to świetnie mi się powodzi, że se po świecie bywam tu i tam. niech zazdroszczą figury w kostiumie, słońca, drinków i przystojniaków.
...
ostatnio rozwalił mnie opis:
"śródziemnomorska opalenizna poszła w łeb:)ale będzie nowa-marokańska :]"
no taaak.
to ja se zaraz ustawię: "zjem jutro prawdziwego piernika w toruniu, a potem w październiku prawdziwą pizzę we włoszech. a w międzyczasie fetę z prawdziwego mleka z cyca greckiej kozy."
i co, i co? ju tokin tu mi?
bo to wszystko jest warte pokazania i ciekawe, a przede wszystkim niech ci moi kochani znajomi w liczbie 348 obejrzą sobie jak to świetnie mi się powodzi, że se po świecie bywam tu i tam. niech zazdroszczą figury w kostiumie, słońca, drinków i przystojniaków.
...
ostatnio rozwalił mnie opis:
"śródziemnomorska opalenizna poszła w łeb:)ale będzie nowa-marokańska :]"
no taaak.
to ja se zaraz ustawię: "zjem jutro prawdziwego piernika w toruniu, a potem w październiku prawdziwą pizzę we włoszech. a w międzyczasie fetę z prawdziwego mleka z cyca greckiej kozy."
i co, i co? ju tokin tu mi?
poniedziałek, 8 września 2008
mały hipotryk
zacznę od tego, że moja Babcia nie mówiła hipochondryk, tylko hipotryk. bardzo oszczędnie. no bo po co młócić jęzorem po próżnicy?
moje życie toczy się od pigułki do pigułki. po babciowemu.
8:30 antybiotyk - zaraz po rozpoczęciu posiłku, by dobrze się wchłonął. oczywiście zawsze zapominam o tym początku posiłku i jem na koniec.
po śniadanku artresan, na stawy (znów babciowo). co ja poradzę. takie mam kolana.
po artresanie pastylka do ssania, na jakieś rozrzedzenie czegoś. (wierzę na słowo, że rozrzedza)
9:30 osłaniająca pastylka z jakimiś spryciarskimi bakteriami, co mi pomogą ochronić żołądek przed zgubnymi i wyniszczającymi skutkami działania antybotyku.
obiadek i kolejny artresan.
i kolejna rozrzedzająca pastylka.
kolacja i antybio. i artresan. i pastylka.
a po godzinie spryciarskie bakterie zamknięte w małym pastylsie.
w międzyczasie jakby mnie naszła ochota to mam jeszcze chlorchinaldin na gardziołko.
i ja się pytam: jak tu wygospodarować czas na naukę skoro ja się leczyć muszę?
moje życie toczy się od pigułki do pigułki. po babciowemu.
8:30 antybiotyk - zaraz po rozpoczęciu posiłku, by dobrze się wchłonął. oczywiście zawsze zapominam o tym początku posiłku i jem na koniec.
po śniadanku artresan, na stawy (znów babciowo). co ja poradzę. takie mam kolana.
po artresanie pastylka do ssania, na jakieś rozrzedzenie czegoś. (wierzę na słowo, że rozrzedza)
9:30 osłaniająca pastylka z jakimiś spryciarskimi bakteriami, co mi pomogą ochronić żołądek przed zgubnymi i wyniszczającymi skutkami działania antybotyku.
obiadek i kolejny artresan.
i kolejna rozrzedzająca pastylka.
kolacja i antybio. i artresan. i pastylka.
a po godzinie spryciarskie bakterie zamknięte w małym pastylsie.
w międzyczasie jakby mnie naszła ochota to mam jeszcze chlorchinaldin na gardziołko.
i ja się pytam: jak tu wygospodarować czas na naukę skoro ja się leczyć muszę?
Robert Frost "The road not taken"
Two roads diverged in a yellow wood,
And sorry I could not travel both
And be one traveler, long I stood
And looked down one as far as I could
To where it bent in the undergrowth.
Then took the other, as just as fair,
And having perhaps the better claim,
Because it was grassy and wanted wear;
Though as for that the passing there
Had worn them really about the same.
And both that morning equally lay
In leaves no step had trodden black.
Oh, I kept the first for another day!
Yet knowing how way leads on to way,
I doubted if I should ever come back.
I shall be telling this with a sigh
Somewhere ages and ages hence:
Two roads diverged in a wood, and I--
I took the one less traveled by,
And that has made all the difference.
And sorry I could not travel both
And be one traveler, long I stood
And looked down one as far as I could
To where it bent in the undergrowth.
Then took the other, as just as fair,
And having perhaps the better claim,
Because it was grassy and wanted wear;
Though as for that the passing there
Had worn them really about the same.
And both that morning equally lay
In leaves no step had trodden black.
Oh, I kept the first for another day!
Yet knowing how way leads on to way,
I doubted if I should ever come back.
I shall be telling this with a sigh
Somewhere ages and ages hence:
Two roads diverged in a wood, and I--
I took the one less traveled by,
And that has made all the difference.
sobota, 6 września 2008
samounieszkodliwienie
dzisiejszy dzień zapisze się w historii mojego życia jako dzień niesmacznej potrawy.
co prawda jadłam już różne świństwa, z których do tej pory zdecydowane przodowało zeszłoroczne danie znad Jezioraka, a mianowicie kaszka kus kus z serkiem topionym i paprykarzem szczecińskim. do tej pory nie wiem jak mogłam wpaść na pomysł, że takie danie jest zjadliwe. chyba jakieś zaćmienie umysłu. było naprawdę obrzydliwe.
drugie okropieństwo to włoskie miętowe żelki, które smakowały jak jakiś lek i nie chciały odlepić się od zębów. (nawet na wielkiej 50-osobowej imprezie nikt ich nie ruszył-to o czymś świadczy)
ale spaghetti, które przygotowałam dziś było tak niedobre, że włos się jeży.
a stało się to tak.
za górami, za lasami stała sobie bloczynka na ulicy Morcinka.
w chałupince numer 27 w kuchennym kąciku warczała lodówka. w porze obiadowej udała się tam dzieweczka i wydobyla zza oszronionych drzwiczek to, co zostało w warczących podwojach, a mianowicie kiełbasę. a kiełbasa była zła.
nieświadome niczego dziewczę podgrzało patelenkę, naszykowalo przyprawy i wrzuciło pokrojone ZŁO na patelnię. kiełbaska jakby niczego sobie wesoło skwierczała czekając na koleżankę fasolkę i kolegę pomidorka. dzieweczka zmieszała wszystkie składniki i dodała przypraw. dobry pomidorek i miła fasolka bardzo się zmartwiły towarzystwem kiełbaski. jej żarty i zachowanie były niesmaczne. niby prawie-bez-aromatu, ale jej obecność była za wszech miar niemile widziana.
wszyscy, włącznie z dzieweczką poczuli się zniesmaczeni obecnością kiełbaski.
nie próbujcie tego w domu.
naprawdę może się odechcieć jedzenia czegokolwiek. dobra potrawa na początek odchudzania ;] na odtrucie kupiłam sobie marchewki, arbuza, jabłka, oraz herbaty: zieloną, czerwoną i miętową. może mnie zdezynfekują :)
co prawda jadłam już różne świństwa, z których do tej pory zdecydowane przodowało zeszłoroczne danie znad Jezioraka, a mianowicie kaszka kus kus z serkiem topionym i paprykarzem szczecińskim. do tej pory nie wiem jak mogłam wpaść na pomysł, że takie danie jest zjadliwe. chyba jakieś zaćmienie umysłu. było naprawdę obrzydliwe.
drugie okropieństwo to włoskie miętowe żelki, które smakowały jak jakiś lek i nie chciały odlepić się od zębów. (nawet na wielkiej 50-osobowej imprezie nikt ich nie ruszył-to o czymś świadczy)
ale spaghetti, które przygotowałam dziś było tak niedobre, że włos się jeży.
a stało się to tak.
za górami, za lasami stała sobie bloczynka na ulicy Morcinka.
w chałupince numer 27 w kuchennym kąciku warczała lodówka. w porze obiadowej udała się tam dzieweczka i wydobyla zza oszronionych drzwiczek to, co zostało w warczących podwojach, a mianowicie kiełbasę. a kiełbasa była zła.
nieświadome niczego dziewczę podgrzało patelenkę, naszykowalo przyprawy i wrzuciło pokrojone ZŁO na patelnię. kiełbaska jakby niczego sobie wesoło skwierczała czekając na koleżankę fasolkę i kolegę pomidorka. dzieweczka zmieszała wszystkie składniki i dodała przypraw. dobry pomidorek i miła fasolka bardzo się zmartwiły towarzystwem kiełbaski. jej żarty i zachowanie były niesmaczne. niby prawie-bez-aromatu, ale jej obecność była za wszech miar niemile widziana.
wszyscy, włącznie z dzieweczką poczuli się zniesmaczeni obecnością kiełbaski.
nie próbujcie tego w domu.
naprawdę może się odechcieć jedzenia czegokolwiek. dobra potrawa na początek odchudzania ;] na odtrucie kupiłam sobie marchewki, arbuza, jabłka, oraz herbaty: zieloną, czerwoną i miętową. może mnie zdezynfekują :)
czwartek, 4 września 2008
liberi tutti!
chciałam napisać coś sensownego, bo moje ostatnie posty to pożal się Boże. niestety tak to jest jak pisze się notki między zajęciami z gramy, w trzydziestopięciostopniowym upale. i gdy przeżywa się bardziej niż się opisuje. i gdy właściwie nie chce się pisać, ale coś tam z tyłu głowy każe podzielić się chociaż urywkami zdarzeń, przypomnieć się, zaznaczyć swoją obecność.
postanawiam poprawę i proszę o rozgrzeszenie. (pokutę niekoniecznie - mam na głowie 4 egzaminy :))
wiadomo, że niemożliwym jest podzielić się wszystkimi wrażeniami, nie sposób opisać tego, co się wydarzyło. tego, co mnie przestraszyło, zauroczyło, rozbawiło.
tego, co mnie zmieniło.
a może przede wszystkim tego, co mnie zmieniło.
popadam w poważny ton. już chciałam pisać o życiu i o śmierci, decyzjach i świadomości, całe szczęście się pohamowałam, bo można by się posnąć ;]
przeżyć to co innego niż zdawać relację.
i znów suchar.
następnym razem napiszę coś naprawdę rozrywkowego.
postanawiam poprawę i proszę o rozgrzeszenie. (pokutę niekoniecznie - mam na głowie 4 egzaminy :))
wiadomo, że niemożliwym jest podzielić się wszystkimi wrażeniami, nie sposób opisać tego, co się wydarzyło. tego, co mnie przestraszyło, zauroczyło, rozbawiło.
tego, co mnie zmieniło.
a może przede wszystkim tego, co mnie zmieniło.
popadam w poważny ton. już chciałam pisać o życiu i o śmierci, decyzjach i świadomości, całe szczęście się pohamowałam, bo można by się posnąć ;]
przeżyć to co innego niż zdawać relację.
i znów suchar.
następnym razem napiszę coś naprawdę rozrywkowego.
środa, 20 sierpnia 2008
trzeci
mija już trzeci tydzień w Perugii. nie wiem jak.
to znaczy wiem jak-baardzo szybko.
Rimini w weekend to był naprawdę dobry pomysł. użyłyśmy środków do teleportacji -winka za 3 euro i bezproblemowo przeniosłyśmy się na lanserską plażę :)
oczywiście, pod wpływem naszego współlokatora Stefana musiałyśmy poddać się jakimś aktywnościom fizycznym. wrotki przez 4 godziny to dobry sposób na pozbycie się resztek winka z organizmu. potem szisza na plaży z Marokańczykami i dicho przez całą noc. zakazane posiłki w macu, ucieczki, jelonek bambi, macanie stoppini Lu przez niegodziwych plażowiczów, łapanie stopa na autostradzie...
a na wrotkach wyrwał mnie stary dziadek (z wnuczką przymocowaną do jego ręki) w różowych gaciach, śmigający, wywijający piruety... powiedział, że jestem fajna donna di famiglia i że on to od razu widzi, bo ma tante esperienze :) i że mogę w przyszłości zostać jego sekretarką :P
to jest po prostu (h)It-alia
to znaczy wiem jak-baardzo szybko.
Rimini w weekend to był naprawdę dobry pomysł. użyłyśmy środków do teleportacji -winka za 3 euro i bezproblemowo przeniosłyśmy się na lanserską plażę :)
oczywiście, pod wpływem naszego współlokatora Stefana musiałyśmy poddać się jakimś aktywnościom fizycznym. wrotki przez 4 godziny to dobry sposób na pozbycie się resztek winka z organizmu. potem szisza na plaży z Marokańczykami i dicho przez całą noc. zakazane posiłki w macu, ucieczki, jelonek bambi, macanie stoppini Lu przez niegodziwych plażowiczów, łapanie stopa na autostradzie...
a na wrotkach wyrwał mnie stary dziadek (z wnuczką przymocowaną do jego ręki) w różowych gaciach, śmigający, wywijający piruety... powiedział, że jestem fajna donna di famiglia i że on to od razu widzi, bo ma tante esperienze :) i że mogę w przyszłości zostać jego sekretarką :P
to jest po prostu (h)It-alia
wtorek, 12 sierpnia 2008
a tak siedzac w przerwie miedzy zajeciami...
zdrowo, przed komputerem:) cinque caffe al giorno - moze dzis sie uda, bo juz jestem po dwoch. nie to, ze trzeba sie dobudzic rano. nie nie. glos naszej pani nauczycielki jest tak donosny, ze umarlego by obudzil :) poza tym tak jak w szkole. dzwonki, sprawdzanie obecnosci. obowiazkowe wycieczki z przewodnikiem. ostatnio bylismy w fabryce szmaty w Bevagni, musze napisac relacje jak tam mi sie podobalo :)
ostatnio sypiam z ciekawymi osobistosciami w pokoju... najpierw pan jaszczurka, dzis pan nietoperz, ktorego usilowalam unieszkodliwic poduszka :)
az sie boje zapytac, co bedzie nastepne ;)
poza tym wreczmy sobie nagrody- stefanki- za najsmieszniejsze przygody, zdrowo sie odzywiamy i gotujemy sie w 38stopniach.
ostatnio sypiam z ciekawymi osobistosciami w pokoju... najpierw pan jaszczurka, dzis pan nietoperz, ktorego usilowalam unieszkodliwic poduszka :)
az sie boje zapytac, co bedzie nastepne ;)
poza tym wreczmy sobie nagrody- stefanki- za najsmieszniejsze przygody, zdrowo sie odzywiamy i gotujemy sie w 38stopniach.
środa, 6 sierpnia 2008
Perudza
impresje z perudzy.
siedze sobie na skalach w centrum. mam przerwe w zajeciach. wlasnie wypilam ice cappuccino aromatizzato di arancia. mniami :) w domu goraco jak w piekle, wiec dzis spalam na balkonie. snil mi sie murzyn sprzedajacy kwiaty w perudzy. moi wspollokatorzy: Lu, Szakira i nasz principe, direttore, prezes, cocomero, l'uvetta, czosneczek czy jak kto woli Stefan.
stefan nie umie wloskiego, wiec mamy wielkie pole do popisu uczac go dwuznacznych slow :) na razie jeszcze nie uzywal, ale czekamy na to z niecierpliwoscia:P z czosneczkiem to sa ciekawe przygody. studiuje na awf, interesuje sie dietetyka, wiec bedziemy mialy troszke zryte banie (literacko mowiac :P) juz teraz biega z Lu, robi cwiczenia z linka z Szakira. ja na razie sie wylamalam i jedyne moje cwiczenie to wspinanie sie na skale w perudzy. ale i tak z jedzeniem mamy juz zboczenie stefankowe. nie wolno za duzo miesa, za duzo nabialu (bo rak watroby za 30 lat), slodycze w takim klimacie zageszczaja krew, najlepiej to warzywka i owocki, marcheweczki, cocomero i inne takie. chowamy sie wiec z Lu i Szakira gdy jemy cos niedozwolonego. (ostatnio chowalam sie z pesto rosso, parmezanem i bialym chlebem gdy ogladalam desperatki w nocy) zreszta chleb tez jest no-no.
ale prezes wczoraj sie zlamal i zjadl kebaba. i to po 18. ojojoj. cocomero.
siedze sobie na skalach w centrum. mam przerwe w zajeciach. wlasnie wypilam ice cappuccino aromatizzato di arancia. mniami :) w domu goraco jak w piekle, wiec dzis spalam na balkonie. snil mi sie murzyn sprzedajacy kwiaty w perudzy. moi wspollokatorzy: Lu, Szakira i nasz principe, direttore, prezes, cocomero, l'uvetta, czosneczek czy jak kto woli Stefan.
stefan nie umie wloskiego, wiec mamy wielkie pole do popisu uczac go dwuznacznych slow :) na razie jeszcze nie uzywal, ale czekamy na to z niecierpliwoscia:P z czosneczkiem to sa ciekawe przygody. studiuje na awf, interesuje sie dietetyka, wiec bedziemy mialy troszke zryte banie (literacko mowiac :P) juz teraz biega z Lu, robi cwiczenia z linka z Szakira. ja na razie sie wylamalam i jedyne moje cwiczenie to wspinanie sie na skale w perudzy. ale i tak z jedzeniem mamy juz zboczenie stefankowe. nie wolno za duzo miesa, za duzo nabialu (bo rak watroby za 30 lat), slodycze w takim klimacie zageszczaja krew, najlepiej to warzywka i owocki, marcheweczki, cocomero i inne takie. chowamy sie wiec z Lu i Szakira gdy jemy cos niedozwolonego. (ostatnio chowalam sie z pesto rosso, parmezanem i bialym chlebem gdy ogladalam desperatki w nocy) zreszta chleb tez jest no-no.
ale prezes wczoraj sie zlamal i zjadl kebaba. i to po 18. ojojoj. cocomero.
poniedziałek, 4 sierpnia 2008
foto
pierwsze wrazenia. widok z mojego pokoju, starocie na miescie, winko w centrum, kolorowe canuccie, Pan Prezes i asystentki. cocomero. za goraco zeby myslec, za goraco zeby pisac, wiec enjoy the photos from Perugia :)
piątek, 1 sierpnia 2008
Italia
szit.. tu nie ma polskich literek... ok. pierwsze wrazenia sa mieszane -Ancona, dworzec kolejowy nad samym morzem, goraco, niebiesko, pieknie. moj pierwszy lot z rumunii carpatairem, samolot pikulinki, szerokosc 3 siedzen :) ale jedzonko chociaz dali... a podobno to tanie linie :)
ale1: w Perugii ladri maledetti probowali mnie okrasc w pociagu.. grr nie wiedzieli z kim maja do czynienia. z ogromnym, ciezkim plecakiem, laptopem i torba przehasalam dookola dworzec kolejowy i sobie pojechalam do centrum.
ale2: bar, w ktorym, mialam odebrac klucze zamkniety byl na 4 spusty, nie wiedzialam od kogo mam je odebrac i czy nie spedze nocy w jakims hostelu.
ale3: musialam czekac 4.5godz w barze butterfly, glodna, zdenerwowana, niedoinformowana i meegaspiaca (bo madrze noc wczeniej przespalam tylko 2 godz)
cale szczescie Wlosi, ktorych tam spotkalam byli naprawde mili i towarzyszyli mi, zagadywali, radzili. no i uratowaly mnie desperatki - sa naprawde niezlym sposobem na to, zeby nie zasnac.
teraz sama obczailam sobie droge do centrum -bez bladzenia nawet i zaraz ide sobie cos przekasic.
co mnie nie zabije, to mnie wzmocni.
ale1: w Perugii ladri maledetti probowali mnie okrasc w pociagu.. grr nie wiedzieli z kim maja do czynienia. z ogromnym, ciezkim plecakiem, laptopem i torba przehasalam dookola dworzec kolejowy i sobie pojechalam do centrum.
ale2: bar, w ktorym, mialam odebrac klucze zamkniety byl na 4 spusty, nie wiedzialam od kogo mam je odebrac i czy nie spedze nocy w jakims hostelu.
ale3: musialam czekac 4.5godz w barze butterfly, glodna, zdenerwowana, niedoinformowana i meegaspiaca (bo madrze noc wczeniej przespalam tylko 2 godz)
cale szczescie Wlosi, ktorych tam spotkalam byli naprawde mili i towarzyszyli mi, zagadywali, radzili. no i uratowaly mnie desperatki - sa naprawde niezlym sposobem na to, zeby nie zasnac.
teraz sama obczailam sobie droge do centrum -bez bladzenia nawet i zaraz ide sobie cos przekasic.
co mnie nie zabije, to mnie wzmocni.
środa, 30 lipca 2008
ISWinT
International Students` Week in Timisoara dobiega końca...
trudno opisać wszystkie wrażenia... party room no. 65, Barbie Girl Song Boys, żandarmeria uczelniana, policja na mieście, party na samochodzie, swimming pool party, best roomies ever - Natasa i Andrea
dialog z policją:
nu stiu limba romana. sunt din Polonia. could you give me a cigarette? (i dostałam ;])
P:are you drinking here?
ja: nooo, we`re only smoking (i jak to mówiłam to pojawił się ktoś z butelką oczywiście)
P: there were some complaints about the noise
ja: oh... come on, there is a pub , you should go there, they are producing a lot of noise, we are just veeeery quiet (siedzenie i imprezowanie na samochodzie nie produkuje noisu przecież)
da-mi o bautura gratis, te rog. cred ca glumesti ;] useful
don`t drink and drive, smoke and fly... don`t drink and run ;]
bionda polacca bastarda
I need a shower and I mean it.
We are suspicious. yeah
trudno opisać wszystkie wrażenia... party room no. 65, Barbie Girl Song Boys, żandarmeria uczelniana, policja na mieście, party na samochodzie, swimming pool party, best roomies ever - Natasa i Andrea
dialog z policją:
nu stiu limba romana. sunt din Polonia. could you give me a cigarette? (i dostałam ;])
P:are you drinking here?
ja: nooo, we`re only smoking (i jak to mówiłam to pojawił się ktoś z butelką oczywiście)
P: there were some complaints about the noise
ja: oh... come on, there is a pub , you should go there, they are producing a lot of noise, we are just veeeery quiet (siedzenie i imprezowanie na samochodzie nie produkuje noisu przecież)
da-mi o bautura gratis, te rog. cred ca glumesti ;] useful
don`t drink and drive, smoke and fly... don`t drink and run ;]
bionda polacca bastarda
I need a shower and I mean it.
We are suspicious. yeah
wtorek, 29 lipca 2008
niedziela, 27 lipca 2008
timisoara
umiędzynaradawiam się, uczę się fotografii, imprezuję i mało śpię... i nie mam czasu żeby siedzieć przy kompie czyli jednym słowem cudnie;]
citrus design to nie jest imię i nazwisko btw ;]
citrus design to nie jest imię i nazwisko btw ;]
sobota, 26 lipca 2008
czwartek, 17 lipca 2008
dziecięstwo
wczoraj byłam segregowałam i byłam układałam stare starocie z lat kiedym to radosnym pacholęciem byłam. tak sobie pooglądałam i doszłam do wniosku, że kiedyś to było naprawdę fajnie.. nie to co ta dzisiejsza młodzież.
naoglądałam się swoich świadectw, zdjęć i dyplomów, ale najfajniejsze zdecydowanie były listy od mojej podstawówkowej przyjaciółki :)
jeden powalił mnie na kolana:
"kochana Agusiu!
moim największym marzeniem jest chodzenie z Tobą do jednej klasy."
warto marzyć ;]
no i jeszcze oczywiście liściki o chłopakach, w których się kochałyśmy (teraz nie byłoby takiej opcji-niektórzy mają już dzieci, a inni z teraźniejszej perspektywy... no cóż... no comment;])
a teraz uroczyście powracam do pakowania.
challenging myself.
wziąć tyle, ile chciałabym (czyli żeby dowolnie kreować swój wizerunek) a przy tym się nie przedźwigać. szkolę się w sztuce autokompromisu.
naoglądałam się swoich świadectw, zdjęć i dyplomów, ale najfajniejsze zdecydowanie były listy od mojej podstawówkowej przyjaciółki :)
jeden powalił mnie na kolana:
"kochana Agusiu!
moim największym marzeniem jest chodzenie z Tobą do jednej klasy."
warto marzyć ;]
no i jeszcze oczywiście liściki o chłopakach, w których się kochałyśmy (teraz nie byłoby takiej opcji-niektórzy mają już dzieci, a inni z teraźniejszej perspektywy... no cóż... no comment;])
a teraz uroczyście powracam do pakowania.
challenging myself.
wziąć tyle, ile chciałabym (czyli żeby dowolnie kreować swój wizerunek) a przy tym się nie przedźwigać. szkolę się w sztuce autokompromisu.
wtorek, 15 lipca 2008
podjarana
no i koniec. pentaxik mnie wciągnął.
no ale może od początku... mam nowy aparat - pentax k200d. i teraz już nie ma zmiłuj, na najbliższe parę dni jestem wyłączona (oprócz tego, że przygotowuję się do wyjazdu, magluję pranie z Misią, zbieram porzeczki, prasuję koszule...)
i jeszcze kompa naprawiłam i sama sobie zrobiłam partycję na viście:)
i rozszerzyłam ram... i już się nie ślimaczy... chodzi jak marzenie:)
takie to wszystko mało romantyczne ;]
a o spotkaniu nie napiszę :P
no ale może od początku... mam nowy aparat - pentax k200d. i teraz już nie ma zmiłuj, na najbliższe parę dni jestem wyłączona (oprócz tego, że przygotowuję się do wyjazdu, magluję pranie z Misią, zbieram porzeczki, prasuję koszule...)
i jeszcze kompa naprawiłam i sama sobie zrobiłam partycję na viście:)
i rozszerzyłam ram... i już się nie ślimaczy... chodzi jak marzenie:)
takie to wszystko mało romantyczne ;]
a o spotkaniu nie napiszę :P
środa, 9 lipca 2008
recharge
najcudowniejszym na świecie wakacyjnym zajęciem jest lenienie się. w moim przypadku opiera się ono na powrocie do bobasowego życia jem-śpię-jem-śpię-jem-myję się-śpię.
czasem dochodzą pewne urozmaicenia, jak załatwianie formalności erasmusowych, spotkania ze znajomymi, nocne oglądanie po raz sto pięćdziesiąty "hallam foe" (tym razem z Woszczem :)), mycie okna, pakowanie i rozpakowywanie, szukanie transportu do Rumunii etczetera etcztera
swoją drogą to nie mam już nawet w moim rodzinnym domu ani jednej szafki, ani jednego kącika, a łóżko mam wynajmowane, ewentualnie mogę się doczepić do rodziców (ale Jasio chrapie więc jest to cokolwiek karkołomne) lub też Misi, która rozwala się po całym łóżku, wypina tyłek i kradnie kołdrę... (ja tylko kradnę kołdrę, więc nie jestem najgorszym bedmatem)
dziś pierwszy raz od czasów podstawówki spłodziłam kawałek prozy - opowiadanie. jest to co najmniej dziwne, gdyż zazwyczaj mam problemy z wymyślaniem fabuły, nie lubię fiction writing, akcja opowiadania mi się przyśniła, wiedziałam, że muszę napisać je w języku language, a w czasie pół-snu ułożyłam pierwsze zdanie... niebawem zamieszczę
z pasterskim pozdro.
czasem dochodzą pewne urozmaicenia, jak załatwianie formalności erasmusowych, spotkania ze znajomymi, nocne oglądanie po raz sto pięćdziesiąty "hallam foe" (tym razem z Woszczem :)), mycie okna, pakowanie i rozpakowywanie, szukanie transportu do Rumunii etczetera etcztera
swoją drogą to nie mam już nawet w moim rodzinnym domu ani jednej szafki, ani jednego kącika, a łóżko mam wynajmowane, ewentualnie mogę się doczepić do rodziców (ale Jasio chrapie więc jest to cokolwiek karkołomne) lub też Misi, która rozwala się po całym łóżku, wypina tyłek i kradnie kołdrę... (ja tylko kradnę kołdrę, więc nie jestem najgorszym bedmatem)
dziś pierwszy raz od czasów podstawówki spłodziłam kawałek prozy - opowiadanie. jest to co najmniej dziwne, gdyż zazwyczaj mam problemy z wymyślaniem fabuły, nie lubię fiction writing, akcja opowiadania mi się przyśniła, wiedziałam, że muszę napisać je w języku language, a w czasie pół-snu ułożyłam pierwsze zdanie... niebawem zamieszczę
z pasterskim pozdro.
piątek, 4 lipca 2008
home, sweet home
:) czas na pospędzanie trochę czasu z moimi :)
a tak z pozostałych ciekawostek...
zdałam literaturę... niedowiary :)
mam podpisany learning agreement :) niedowiary2
omal nie spaliłam doniczki (dziura się wypaliła)... no bo skąd miałam wiedzieć, że ziemia się pali?
skończyłam pierwszy etap sesji (ten łatwiejszy), teraz tylko czeka mnie potęęężny wrzesień (cywil, kpk, pr.pracy, poprawka z gramy) :D ale na razie jest to daleka perspektywa i nie zamierzam zaprzątać sobie głowy sprawami naukowymi.
jestem w połowie 2 serii desperate hosewives;]
czyli... wakacje?
:) ovviamente!
a tak z pozostałych ciekawostek...
zdałam literaturę... niedowiary :)
mam podpisany learning agreement :) niedowiary2
omal nie spaliłam doniczki (dziura się wypaliła)... no bo skąd miałam wiedzieć, że ziemia się pali?
skończyłam pierwszy etap sesji (ten łatwiejszy), teraz tylko czeka mnie potęęężny wrzesień (cywil, kpk, pr.pracy, poprawka z gramy) :D ale na razie jest to daleka perspektywa i nie zamierzam zaprzątać sobie głowy sprawami naukowymi.
jestem w połowie 2 serii desperate hosewives;]
czyli... wakacje?
:) ovviamente!
poniedziałek, 30 czerwca 2008
115 :)
ha! czyli moje wynurzenia czyta ktoś jeszcze oprócz mnie :) to już chyba całkiem nieźle :)
znalazłam dziś idealne mieszkanie, idealnie w centrum Bologni, piazza dei Martiri, idealne Włoszki :) za swoje 3 m2 łóżka soppalco (piętrowe - ale po włosku ładniej brzmi :P) i podłogi pod łóżkiem 258 euro:) nie jest źle...
jak byłam dzieckiem zawsze marzyłam o piętrowym łóżku; teraz z kolei jak sobie o tym pomyślę, to nie czuję tej rewelacji...
[wewnętrzny dialog
moja pamięć: a nie pamiętasz jak chciałaś sobie kupić piętrowe z ikei w zeszłym roku?
i zajebiaszczy sak pod spodem do czilałtu?
ja: noo
koniec dialogu]
...
znów wszyscy sobie pojechali... nawet jak przyjechali na chwilę to i tak zaraz pojechali...
czyli w kwestii rozrywek mogę polegać tylko na sobie, hmm a nie mam zbyt szerokiego wachlarza jego, znaczy rozrywkowego (no i nie udało mi się uniknąć powtórzenia! a niech mnie!)
oprócz accelerated learning z cywila, bo teraz to już nie mam innego wyjścia; przygotowywania Learning Agreement i załatwiania procedury erasmusowej.
mądra myśl na wczoraj od Zielancika:
"przysięgam na kobiety stałość niewzruszoną, nienawidzić ród męski, nigdy nie być żoną" ->to akurat z Fredry, podobno znalazłam to na polskim w liceum :)
mądra myśl na dziś:
"Wydzwanianie do wykładowcy w weekend bądź w poniedziałek od samego rana jest niedopuszczalne"
jeszcze teraz się uśmiecham. bezcenne. lepsze niż miny Niemców po meczu ;]
znalazłam dziś idealne mieszkanie, idealnie w centrum Bologni, piazza dei Martiri, idealne Włoszki :) za swoje 3 m2 łóżka soppalco (piętrowe - ale po włosku ładniej brzmi :P) i podłogi pod łóżkiem 258 euro:) nie jest źle...
jak byłam dzieckiem zawsze marzyłam o piętrowym łóżku; teraz z kolei jak sobie o tym pomyślę, to nie czuję tej rewelacji...
[wewnętrzny dialog
moja pamięć: a nie pamiętasz jak chciałaś sobie kupić piętrowe z ikei w zeszłym roku?
i zajebiaszczy sak pod spodem do czilałtu?
ja: noo
koniec dialogu]
...
znów wszyscy sobie pojechali... nawet jak przyjechali na chwilę to i tak zaraz pojechali...
czyli w kwestii rozrywek mogę polegać tylko na sobie, hmm a nie mam zbyt szerokiego wachlarza jego, znaczy rozrywkowego (no i nie udało mi się uniknąć powtórzenia! a niech mnie!)
oprócz accelerated learning z cywila, bo teraz to już nie mam innego wyjścia; przygotowywania Learning Agreement i załatwiania procedury erasmusowej.
mądra myśl na wczoraj od Zielancika:
"przysięgam na kobiety stałość niewzruszoną, nienawidzić ród męski, nigdy nie być żoną" ->to akurat z Fredry, podobno znalazłam to na polskim w liceum :)
mądra myśl na dziś:
"Wydzwanianie do wykładowcy w weekend bądź w poniedziałek od samego rana jest niedopuszczalne"
jeszcze teraz się uśmiecham. bezcenne. lepsze niż miny Niemców po meczu ;]
niedziela, 29 czerwca 2008
summertime
szczęśliwa. bo?
bo:
cisza
chłód nocy
woda z sokiem porzeczkowym
szumiące drzewa
wcale nie potrzeba dużo.
bo:
cisza
chłód nocy
woda z sokiem porzeczkowym
szumiące drzewa
wcale nie potrzeba dużo.
piątek, 27 czerwca 2008
delusioni
Ostatnio odkryłam, że łatwo mi się pogodzić z rozczarowankami (takimi małymi, bo z dużymi to już większy problem). czyżby to wpływ filmów i książek z neorealismo? ;]
nawet zaczyna mnie to troszeczkę bawić. myśl, której unikasz, boisz się, okazuje się spełniać i nie masz na to najmniejszego wpływu. to jak płynięcie w stronę wodospadu ze świadomością, że zaraz spadniesz, które paradoksalnie nie powoduje żadnego strachu, ponieważ wiesz, że nie możesz tego uniknąć. dziwne uczucie, gdy chcesz coś ominąć a nieuchronnie do tego dążysz.
tak jak ze szklanką, którą stawiasz wśród notatek na podłodze i którą potem przewracasz...wiesz, że tak się stanie, ale nic cię nie powstrzyma, żeby tego nie zrobić. albo z lakierem wylanym na koc, albo truskawkami, które wyleciały na klawiaturę gdy je rozdziobywałaś. przewidywalne, unikalne, a nieuniknione. isn`t it ironic?
co do rozczarowań, czasami martwię się, że to może dlatego, że mi nie zależy tak bardzo, skoro tak łatwo jestem w stanie pogodzić się z tym, co się stało. może nie chciałam tego, czego myślałam, że chcę, uroiłam sobie swoje potrzeby i marzenia, a tak naprawdę jest mi wszystko jedno?
to się chyba nazywa indyferentyzm.
z drugiej strony, mam świadomość, że zbyt dużo mi się udaje. niesprawiedliwie wobec innych. czemu mam takie szczęście? czemu dostaję kolejne szanse? czy kiedyś za to będę musiała cierpieć? przecież nie może być tak sielankowo przez całe życie.
...
odczuwam jednak coraz większą przyjemność z życia, obserwowania tego, co, jak, dlaczego, jak wpływa, zmienia, kształtuje... czasami nawet bywam szczęśliwa.
powinnam te wszystkie nieposkładane myśli zakończyć zgrabnym zakończeniem lub spuentować finezyjną puentą, ale coś jestem dziś niekapacze do tego. i styl się zrobił jakiś niewysoki.
typowa rozkmina studenta filologii. jeszcze powinnam się porozczulać nad składnią.
nawet zaczyna mnie to troszeczkę bawić. myśl, której unikasz, boisz się, okazuje się spełniać i nie masz na to najmniejszego wpływu. to jak płynięcie w stronę wodospadu ze świadomością, że zaraz spadniesz, które paradoksalnie nie powoduje żadnego strachu, ponieważ wiesz, że nie możesz tego uniknąć. dziwne uczucie, gdy chcesz coś ominąć a nieuchronnie do tego dążysz.
tak jak ze szklanką, którą stawiasz wśród notatek na podłodze i którą potem przewracasz...wiesz, że tak się stanie, ale nic cię nie powstrzyma, żeby tego nie zrobić. albo z lakierem wylanym na koc, albo truskawkami, które wyleciały na klawiaturę gdy je rozdziobywałaś. przewidywalne, unikalne, a nieuniknione. isn`t it ironic?
co do rozczarowań, czasami martwię się, że to może dlatego, że mi nie zależy tak bardzo, skoro tak łatwo jestem w stanie pogodzić się z tym, co się stało. może nie chciałam tego, czego myślałam, że chcę, uroiłam sobie swoje potrzeby i marzenia, a tak naprawdę jest mi wszystko jedno?
to się chyba nazywa indyferentyzm.
z drugiej strony, mam świadomość, że zbyt dużo mi się udaje. niesprawiedliwie wobec innych. czemu mam takie szczęście? czemu dostaję kolejne szanse? czy kiedyś za to będę musiała cierpieć? przecież nie może być tak sielankowo przez całe życie.
...
odczuwam jednak coraz większą przyjemność z życia, obserwowania tego, co, jak, dlaczego, jak wpływa, zmienia, kształtuje... czasami nawet bywam szczęśliwa.
powinnam te wszystkie nieposkładane myśli zakończyć zgrabnym zakończeniem lub spuentować finezyjną puentą, ale coś jestem dziś niekapacze do tego. i styl się zrobił jakiś niewysoki.
typowa rozkmina studenta filologii. jeszcze powinnam się porozczulać nad składnią.
czwartek, 26 czerwca 2008
challenging myself
oglądanie desperate housewives dzień przed egzaminem nie jest chyba najrozsądniejszym zajęciem.
środa, 25 czerwca 2008
endless deep :)
http://www.youtube.com/watch?v=vMv8U2ObeUU&feature=related
Like the beat beat beat of the tom-tom
When the jungle shadows fall
Like the tick tick tock of the stately clock
As it stands against the wall
Like the drip drip drip of the raindrops
When the summer shower is through
So a voice within me keeps repeating you, you, you
Night and day, you are the one
Only you beneath the moon or under the sun
Whether near to me, or far
Its no matter darling where you are
I think of you
Day and night, night and day, why is it so
That this longing for you follows wherever I go
In the roaring traffics boom
In the silence of my lonely room
I think of you
Day and night, night and day
Under the hide of me
Theres an oh such a hungry yearning burning inside of me
And this torment wont be through
Until you let me spend my life making love to you
Day and night, night and day
PRAWO CYWILNE :) yeah
Like the beat beat beat of the tom-tom
When the jungle shadows fall
Like the tick tick tock of the stately clock
As it stands against the wall
Like the drip drip drip of the raindrops
When the summer shower is through
So a voice within me keeps repeating you, you, you
Night and day, you are the one
Only you beneath the moon or under the sun
Whether near to me, or far
Its no matter darling where you are
I think of you
Day and night, night and day, why is it so
That this longing for you follows wherever I go
In the roaring traffics boom
In the silence of my lonely room
I think of you
Day and night, night and day
Under the hide of me
Theres an oh such a hungry yearning burning inside of me
And this torment wont be through
Until you let me spend my life making love to you
Day and night, night and day
PRAWO CYWILNE :) yeah
koncert życzeń
zamawiam:
baktriana (bo sahara - w dzień gorąco, w nocy zimno, i się nie spada do tyłu)
tran
i łatwy test na kpa
nie jestem zbyt wymagająca?
to są skutki sesji.
baktriana (bo sahara - w dzień gorąco, w nocy zimno, i się nie spada do tyłu)
tran
i łatwy test na kpa
nie jestem zbyt wymagająca?
to są skutki sesji.
poniedziałek, 23 czerwca 2008
sempertyny
no i stało się. 9 godzin do godziny porażki, waterloo czy jak by to inaczej nazwać (wg nlp powinnam użyć jeszcze trzeciego sformułowania, no bo 3) czyli do egzaminu ze storia della lingua. a ja dalej w lesie wynajdując najbardziej idiotyczne zapychacze czasu: robienie sałatki po włosku, smażenie przysmaku świętokrzyskiego, wychodzenie na balkon w celu wiadomym, sprawdzanie maila... z opcji: dowiem się czegoś na temat materii, o której będę musiała jutro pisać przez bite dwie godziny słiczuję się na opcję: napiszę chociaż po 2 sensowne zdania na temat każdego z zagadnień; jakkolwiek może się to okazać niewystarczające do zdania egzaminu i nieposiadania go na wrzesień, trzymam się kurczowo tej myśli i staram wzbudzić w sobie siły do ogarnięcia tego wszystkiego. jedyną motywacja jaka pozostała, to czarowna wizja świętego spokoju z 3 w indeksie. z pasterskim pozdrowieniem.
mały logistyk
funkcjonowanie w dzisiejszym świecie zdecydowanie wymaga cierpliwości i pielęgnowania swojego wewnętrznego spa... kiedy wokoło wszystko wydaje się chcieć cię doprowadzić na skraj wytrzymałości, wrzasku, tłuczenia szkła, klnięcia paskudnie, wkurrwiania się na wszystko, płaczu (bo jak wiadomo wkurzone kobiety płaczą)
warto w sobie w imię wyższych wartości pielęgnować cechę cierpliwości, spokoju, olewactwa - wszystko co pozwoli uchronić naszą psyche od ześwirowania i zbytniego przejmowania się tym, czym się przejmować nie należy, bo i tak się nic nie zmieni. a wręcz przeciwnie, na pewno będzie jeszcze gorzej.
bo tak na przykład: bycie porządnym chrześcijaniniem wcale nie jest łatwe. niby 50min Mszy św., niby niedługo, ale gdy:
-homilia, kolokwialnie zwana kazaniem opiera się na biadoleniu jak to ludzie piwo piją i głośnej muzyki słuchają i że młodzież to taka i taka (sami se wychowaliście albo i nie-ja ripostuję)
-ogłoszenia parafialne trwają dłużej niż homilia (może to i lepiej z powodów w.w.)
-brak jakiejkolwiek kompetentnej osoby do śpiewania i grania (nie mówię już o organiście, ha!) i zajmuje się tym jakaś kobita, co każdą linijkę psalmu transponuje o sekundę w dół (mój Boże, słyszysz i nie grzmisz)
-jakaś piosenkarka z tyłu wyje ci w dwugłosie w skali machabejskiej chyba, w każdym razie równo daje po koleżankach
-przed tobą dwa rozwydrzone i gapiące się bachory i uśmiechnięci rodzice, w finale synek odcharkuje i opluwa ławkę
to czujesz, że coś jest nie tak. a w ławce trzyma cię tylko poczucie przyzwoitości - wobec Najwyższego... jak On to znosi, to ja też dam radę... bez kitu, Bóg musi być wyrozumiały i miłosierny skoro daje się tak chwalić ;]
a ja tymczasem zamieniłam się w planistę, małego logistyka, korespondenta we własnym imieniu z liniami lotniczymi wszelkiej maści w języku language i bukuję i bukuję, odzierając z ostatniego grosza Rodzicieli, za co notabene już zostałam zrugana i upomniana.
ale dzięki temu moje wakacyjne plany nabierają już rumieńców i wzrastają na solidnym nawozie rodzicielskiej krwawicy i mojego przeprokrastynowanego czasu.
czy już wspomniałam, że jutro mam egzamin?
warto w sobie w imię wyższych wartości pielęgnować cechę cierpliwości, spokoju, olewactwa - wszystko co pozwoli uchronić naszą psyche od ześwirowania i zbytniego przejmowania się tym, czym się przejmować nie należy, bo i tak się nic nie zmieni. a wręcz przeciwnie, na pewno będzie jeszcze gorzej.
bo tak na przykład: bycie porządnym chrześcijaniniem wcale nie jest łatwe. niby 50min Mszy św., niby niedługo, ale gdy:
-homilia, kolokwialnie zwana kazaniem opiera się na biadoleniu jak to ludzie piwo piją i głośnej muzyki słuchają i że młodzież to taka i taka (sami se wychowaliście albo i nie-ja ripostuję)
-ogłoszenia parafialne trwają dłużej niż homilia (może to i lepiej z powodów w.w.)
-brak jakiejkolwiek kompetentnej osoby do śpiewania i grania (nie mówię już o organiście, ha!) i zajmuje się tym jakaś kobita, co każdą linijkę psalmu transponuje o sekundę w dół (mój Boże, słyszysz i nie grzmisz)
-jakaś piosenkarka z tyłu wyje ci w dwugłosie w skali machabejskiej chyba, w każdym razie równo daje po koleżankach
-przed tobą dwa rozwydrzone i gapiące się bachory i uśmiechnięci rodzice, w finale synek odcharkuje i opluwa ławkę
to czujesz, że coś jest nie tak. a w ławce trzyma cię tylko poczucie przyzwoitości - wobec Najwyższego... jak On to znosi, to ja też dam radę... bez kitu, Bóg musi być wyrozumiały i miłosierny skoro daje się tak chwalić ;]
a ja tymczasem zamieniłam się w planistę, małego logistyka, korespondenta we własnym imieniu z liniami lotniczymi wszelkiej maści w języku language i bukuję i bukuję, odzierając z ostatniego grosza Rodzicieli, za co notabene już zostałam zrugana i upomniana.
ale dzięki temu moje wakacyjne plany nabierają już rumieńców i wzrastają na solidnym nawozie rodzicielskiej krwawicy i mojego przeprokrastynowanego czasu.
czy już wspomniałam, że jutro mam egzamin?
niedziela, 22 czerwca 2008
the perfect words never crossed my mind
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)





