piątek, 3 października 2008

solitudine.

Solitudine.

Zbieram kolejne przeżycia. tym razem uczę się samotności. Z początku jej nie odczuwałam, a raczej była zagłuszana przez wszystko to, co było do zrobienia.
Aktualnie nie ma jeszcze wrażeń, które mogłyby przesunąć ją na dalszy plan.

To może troszkę o tym, co zagłuszało. Stresior związany z bezpiecznym dotarciem do Bolonii.
Mieszkanie z chopakami w monolocale. Muszę oddać im to, że bardzo mnie ugościli. Dostałam łóżko, obiadki, Internet kradziony od kogoś (dostępny tylko przy oknie), pomoc przy szukaniu mieszkania i przy przeprowadzce i to, że mogłam sobie znów odsypiać uczciwie w dzień.
Ale mimo to, brak własnego miejsca doskwierał. Szukanie mieszkania rewelacyjnych efektów nie przyniosło. Godziny łażenia po mieście w poszukiwaniu ofert, Bakeka.it, kijiji, easystanza. Ponad 20 telefonów, ok. 10 obejrzanych mieszkań. Na koniec zostałam z perspektywą mieszkania z ćpunami („oprócz papierosów, palimy też trawę”), z psem, który zaglądał mi pod spódnicę, oraz widokiem imprez na chacie. Co prawda była zmywarka i miałabym łazienkę w pokoju. W najlepszym wypadku wszystko śmierdziałoby mi fajkami, w najgorszym przepaliliby mojego lapa, aparat i kaucję wysokości dwóch czynszów. Że już nie wspomnę o tym, jak zareagowaliby moi szanowni R. gdyby przyszło im oglądać ukochaną córeczkę w takim lokum.
Dlatego też z przerażeniem w oczach w środę wieczorem (gdy ćpuny napisały mi, że z przyjemnością przyjmą mnie jako nową współlokatorkę) zaczęłam szukać czegoś innego w necie. Fajnie, że mi się w ogóle czerwona lampka włączyła. Grazione Aniele stróżu. O 23:30 zadzwoniłam do kobitki Sylwii i umówiłam się na 8:30 dnia następnego (barbarzyńska godzina, ale lepsze to niż barbarzyńskie warunki przez pół roku w Bolonii). Jak zobaczyłam mieszkanko na via del porto 44, to od razu zapytałam kiedy się mogę wprowadzić. Ale o tym kiedy indziej. Albo nigdy indziej. Się zobaczy.

Teraz o tym co jeszcze nie zagłusza. A mianowicie nie ułożyłam sobie planu zajęć. Boję się swojego głąbizmu, poziomu włoskiego, obcych ludzi, szukania sal. Wiem, że to baaardzo mądre podejście. Daję sobie kilka dni na oswojenie się. Gdzie się podziała moja odwaga i pewność siebie? W czarnej dupie.

No i odczuwam samotność. Brakuje mi nie tylko bliskich osób. Przede wszystkim brakuje mi mojego życia. Tego, które zostawiłam za sobą. Oswojonych 4 ścian, znudzonej 9-minutowej drogi na filologiczny i troszkę dłuższej na prawo. Tego samego widoku przez okno. Języka, w którym myślę i czuję. Znanych miejsc i ludzi. Poczucia, że jestem u siebie.
Tu muszę oswoić siebie z wszystkim po kolei. Boli. Wiem, że prawdopodobnie niedługo nie będę tego czuła w ten sposób, dlatego chcę sobie zaformalinować ten stan. Masochistyczne? Może. Niech to dunder świśnie. Łażenie po mieście i pisanie o tym pomaga.

Brak komentarzy: