zacznę od tego, że moja Babcia nie mówiła hipochondryk, tylko hipotryk. bardzo oszczędnie. no bo po co młócić jęzorem po próżnicy?
moje życie toczy się od pigułki do pigułki. po babciowemu.
8:30 antybiotyk - zaraz po rozpoczęciu posiłku, by dobrze się wchłonął. oczywiście zawsze zapominam o tym początku posiłku i jem na koniec.
po śniadanku artresan, na stawy (znów babciowo). co ja poradzę. takie mam kolana.
po artresanie pastylka do ssania, na jakieś rozrzedzenie czegoś. (wierzę na słowo, że rozrzedza)
9:30 osłaniająca pastylka z jakimiś spryciarskimi bakteriami, co mi pomogą ochronić żołądek przed zgubnymi i wyniszczającymi skutkami działania antybotyku.
obiadek i kolejny artresan.
i kolejna rozrzedzająca pastylka.
kolacja i antybio. i artresan. i pastylka.
a po godzinie spryciarskie bakterie zamknięte w małym pastylsie.
w międzyczasie jakby mnie naszła ochota to mam jeszcze chlorchinaldin na gardziołko.
i ja się pytam: jak tu wygospodarować czas na naukę skoro ja się leczyć muszę?
4 komentarze:
zaczynam wszystko powoli rozumieć!!! hipotyki zawsze sobie szukają łatwego dostępu do medykamentów ;)
:* ~m
wicze wersa :)medyki gdzieś muszą ćwiczyć :P :*
raz,że ćwiczyć,a dwa,że jak za mało poćwiczą, to ktoś musi ich bronić;P
~m
Prześlij komentarz