środa, 29 grudnia 2010

ci lu peperoncinu

zalecam i dobrze radzę: nie gotować pasty z peperoncino a potem nie próbować zakładać soczewki. osobno można, razem never!
wczoraj, nie bacząc na to, że już powinnam wychodzić na koncert, radośnie ukłoczyłam pastę z peperoncino i boczkiem, a potem w pośpiechu umyłam ręce i poszłam zakładać soczewki. efekt był taki, że oko mi spuchło, przekrwiło się, wyglądałam jak siostra frankensteina. 

na szczęście umiem się dobrze umalować, więc nie było to aż tak widoczne.

wtorek, 21 grudnia 2010

akcja abstrakcja.

to trochę se popiszę, jak już siedzę w chałupie, w piżamie, w szlafroku, z katarem i z kaszlem. garść aktualności. moje silne postanowienie, że już nigdzie nie wychodzę po weekendzie legło w gruzach już w poniedziałek. z zakupami świątecznymi uwinęłam się chybcikiem, natomiast potem objezatelna siatkówka i wigilia z rusycystami. 
...
co do siatkówki - nie żebym była mistrzuniem, nawet nie jestem dobra. ani na średnim poziomie. jestem lamą. jak słusznie stwierdził mój brat, wprowadzam zamęt na boisku. zdarzają mi się akcje w stylu, że już już odbiorę piłkę, ale nagle tchórzę i się chowam. to może brzmi śmiesznie, ale wcale nie jest. szczególnie gdy gra się w drużynie z samymi facetami, gdzie aż kipi od testosteronu i sportowej rywalizacji. jestem kolorową, śmieszną, luzacką i lamowatą przeciwwagą do męskiego świata siatki w poniedziałki o 20:30. choć muszę przyznać, że robię postępy. do formy z sksów z podstawówki jeszcze daleko, ale się nie poddaję. 
...
na wigilię z rusycystami z powodu nalegań i zaproszenia na pierogi zdecydowałam się jechać na koniec świata (czytaj na skarpę w toruniu). po włosku scarpa to but, więc lubię; w toruniu to strasznie daleko, choć google mówią, że tylko 9km, to i tak dla mnie, jako osoby poruszającej się w obrębie starówki i bielan, przeważnie na pieszo, jest to jak wybranie się gdzieś hen hen. tam jest już las, zagajnik i pętla tramwajowa.
rusycyści jak zwykle nie zawiedli, były ruskie świąteczne piosenki, pierogi, sałatka, ciasto, ciasteczka, bro i wódka. i fajeczki. choć niektórzy, tu ukłon w stronę Basi-cieburaszki, mieli pewien problem z wigilią i obecnością alkoholu (bo przecież kolędy lecą, wódki nie pijmy), to i tak większość, jak przystało na wszystkie nieprawdziwe wigilie, radośnie wychylała kolejne bro/kieliszki wody życia. po pewnym czasie, jak na każdej imprezie, która kończy się późno, wszyscy zmulili, porozkładali się jak zwierzęta na podłodze i łóżku i oglądaliśmy filmiki z jutuba. wielką popularnością cieszył się niejaki pan z siłowni, który reklamuje suplementy. swoją drogą, niezłe połączenie: wigilia i hardkor koksu. w pewnym momencie, zorientowaliśmy się, że nie zdążymy na najbliższy nocny, więc z perspektywą czekania godziny dwadzieścia do następnego, jako stara cioteczka, zaanektowałam łóżko współlokatorki i radośnie przysnęłam. podobnie jak pozostałe laski.  jednak nie można tego nazwać pełnowartościowym snem, gdyż chłopcy zafascynowani hardkorem koksu, cały czas oglądali na przemian 2 filmiki. ku przestrodze załączam jeden.
...
wracam do "nieznośnej lekkości bytu". ciao!

niedziela, 19 grudnia 2010

republika marzeń?

wczoraj. jeden z tych dni w roku, na które czeka się z niecierpliwością. koncert pamięci Grzegorza Ciechowskiego w miejscu, w którym Republika stawiała swoje pierwsze kroki. co roku jest to duże wydarzenie artystyczne, występujący goście interpretują utwory obywatela g.c. do tej pory byłam na 3 koncertach, co daje mi pewną możliwość porównania i oceny tego, co działo się wczoraj. zresztą, wolnoć tomku na swoim blogu.
...
zespoły i wykonania, które usłyszałam były inne niż zazwyczaj. bardziej awangardowe, alternatywne, non-konformistyczne. i chwała panu. zauroczył czesław śpiewa, który przy akompaniamencie harfy wykonał "takie tango" i "odchodząc", utwory śpiewane przez gabę kulkę zyskały zupełnie nowe wartości artystyczne poprzez oparcie się na nowych środkach wyrazu (niesamowity wokal, ukulele w duecie z czesławem). kaśka kowalska była bardziej rockowa niż republika, kobiecina dała czadu. jak wspominał piotr stelmach, po trójkowym koncercie promującym nową płytę kowalskiej z coverami republiki, leszek biolik powiedział, że to najlepszy koncert republiki, na którym był. oczywiście dla zagorzałych fanów biało-czarnego zespołu te słowa, to prawie herezja. podobnie jak i inne wykonania, które miałam wczoraj okazję usłyszeć. niestety, wedle łacińskiej sentencji damnant quod non intelligunt, część widowni, która cieszy się mianem "szczególnej i wymagającej" nie zrozumiała. i potępiła. nie chodzi już nawet o laureatów nagrody im. g.c., zespół paristetris, który szokował, wprowadzał muzyczne wariactwa i wymagał wyrozumiałości od słuchacza. rozumiem również skandowanie "republika" podczas niektórych występów. ale, na boga! (religijność w tym poście sięga górnych granic) dlaczego ta wyrafinowana publika nie mogła zachować ciszy podczas występów artystów, którzy przekazywali niesamowite emocje i ubogacali utwory grzegorza o nowe walory dźwiękowe? (wspomniana kulka i czesław). 
po mojemu, niektórzy nie dorośli do pewnego rodzaju odbioru artystycznego. a może po prostu brak im kultury. wczoraj wieczorem podziękowałam w duchu szkole muzycznej za to, że wykształciła u mnie wrażliwość i zrozumienie dla sztuki i szacunek dla artysty. mogę nie rozumieć, może mi się nie podobać, ale na czas występu zamykam buzię na kłódkę i staram się użyć siły intelektu do jak najlepszego percypowania dzieła.
...
nie wspomnę już o dwóch szalonych nastoletnich groupies zespołu no no no, które aż z rzeszowa przyjechały tylko po to, żeby zobaczyć chłopców z gitarami. nie muszę dodawać, że po ich występie od razu wyszły (robiąc nam miejsce tuż przy barierce - może to i lepiej?) skąd wiem, że z rzeszowa? otóż uzbrojone w zeszyt i marker pisały miłosne kartki do gitarzysty zespołu. mogłam również spisać numer telefonu i imię jednej z nich, bo i to było zawarte w tej dziwacznej korespondencji. pewnych rzeczy naprawdę nie zrozumiem. jestem tylko ciekawa, co by powiedzieli na to ich rodzice. (zmiana perspektywy wskazuje na starzenie się autorki, przyp. redakcji)
nie wspomnę też o pani, która rzuciła mi przecudną wiązanką, gdy dołączyłyśmy tuż przed koncertem do znajomych pod sceną.  jestem pacyfistą i człowiekiem dobrze wychowanym (magari!) i nie umiem odpowiadać obcym ludziom po chamsku, więc po prostu zapytałam: "czy jest jakiś problem?", na co ona poinformowała mnie, że chciała robić zdjęcia, a teraz to już wszystko stracone. mogłam jej zapytać, czy ma akredytację, czy musi być taką chamicą, czy chce wyjść na solo, ale w pewnych sytuacjach lepiej dać sobie spokój. co i uczyniłam. oczywiście, koniec końców, nie miała najmniejszego problemu z robieniem zdjęć.
...
jeszcze co do focienia. w epoce, gdy w każdym telefonie mamy aparat o iluśtam zajebistych pikselach, naród jak szalony foci co się da. koncerty, lustrzanki, cyfrówki, komórki. zastanawiam się po co? żeby mieć wspomnienie? sama swego czasu utrwalałam takie eventy, lecz po pewnym czasie, doszłam do wniosku, że bardziej skupiam się na przesłonie, iso, ujęciu, niż na tym, po co tak naprawdę przyszłam, na przeżyciu artystycznym. odkładam więc aparat na półkę i wystawiam się na emocjonalne doznania.

koncert był niezwykły, artyści dopisali, ale czy była to republika marzeń? w takiej republice, przy takiej publice, to ja wolę być apatrydą.
...
z czasów, gdy jeszcze fociłam. rok 2007, pierwsze fotokroki.

























czwartek, 16 grudnia 2010

fenksgiwin

przychodzi taki czas w roku, kiedy podsumowuje się to, co w nim zaszło. niektórzy robią to na fejsie poprzez aplikację "my year in fcb status",  Żydzi mają na to czas pomiędzy Rosz ha Szana i Jom Kippur, za wodą wielką i nie znów taką czystą (szczególnie od eko-katastrofy petroleum brytyjskiego) robi się to wcinając indyka - tak to więc i ja postanowiłam coś na kształt fenksgiwin poczynić hic et nunc - tu i teraz.
...
ogólnie, rok był dobry. (mam nadzieję, że nie wpisze się to w dotychczasowy schemat: rok dobry-rok nieudany i że 2011 będzie jeszcze lepszy). nie mogę narzekać, choć wyrosłam w narodzie, gdzie jest to nadzwyczaj popularne. więc będzie wielkie fenks! nie bójcie się, obędzie się bez nazwisk.

wielkie fenks dla ludzi, dzięki którym ten rok był niezapomniany; tym którzy towarzyszyli mi na codzień, i tym, z którymi spędziłam czas na dzikich wojażach i przygodach. wielkie fenks dla tych, którzy pojawiają się od czasu do czasu, dla ról epizodycznych. dla tych, którzy obdarzyli mnie pozytywnymi emocjami i tych, którzy mnie wkurwiali. (jak widać, póki co żyję i mam się dobrze, a nauczyłam się dzięki nim większego wyjebania, czy jak kto tam woli - odporności psychicznej).

dzięki moim bliskim za szczerość, bycie obok, często też krytykę, przywracanie do pionu. 
dzięki przyjaciołom za w/w plus wspólne przeżycia, insajty, synchrony, dzielenie się przeżyciami i tym, co buduje nasze życia.
dzięki koleżeństwu za towarzyszenie i za przechodzenie niektórych osobników z tej kategorii do kategorii w/w.
dzięki moim uczniom (jeeeee, wiedziałam, że to kiedyś nastąpi) za to, że dzięki nim cały czas mam kontakt z italią, za to, że zmuszają mnie to ciągłej pracy nad sobą, za słuchanie moich włoskich historii i dawanie satysfakcji z takiej prostej rzeczy jaką jest uczenie.
dzięki tym wszystkim, których spotkałam w minionym roku, którzy mają w swoim oku (piękny rym) błysk kumacji życiowej, których ścieżki życia układają się paralelnie lub przecinają się z moimi losami zupełnie randomowo. ach te parki! (w tym miejscu, jako filolog napomknę o uniwersalności mitologii)

to było trochę wynurzeń na dziś. jak mówi Mamma: "wdzięczność to jedna z najpiękniejszych cech". a jak wiadomo, Mamma wie lepiej.

piątek, 10 grudnia 2010

you gotta fight for your right

ktoś kiedyś powiedział, że jeżeli czegoś się bardzo pragnie to cały wszechświat pomaga realizować to marzenie. 
gówno prawda.
czasami trzeba się nachodzić, napisać, nadzwonić.
...
praktykę erasmusową załatwiałam załatwiać sobie już na początku października. maile do koordynatorów, do rozmaitych studio legale w italii, telefony, przypominanie się. trochę z tym było zachodu. w końcu dziś dostałam od avvocato massimo maila z training agreement, pobiegłam na wydział, zdobyłam potrzebne podpisy i włala! ale nie bez komplikacji, bo pan odpowiedzialny za praktyki na wpia powiedział, że nie podpisze mi dokumentu, gdyż nie rozumie po angielsku i nie będzie podpisywał czegoś, czego nie rozumie. na początku myślałam, że żartuje, potem okazało się, że nie. powiedziałam, że na niego naskarżę do dziekana, koordynatora wydziałowego i bpm. (co zresztą zrobiłam). podpisał się za niego dziekan. smash paranoia! ale swoje wychodziłam i uprzejmie donoszę, że jeżeli świat nie runie, nie będzie apokalipsy lub nie umrę, to jadę na praktykę do bari (tak, tak, samo południe). i już w marcu 2011 będę wygrzewać się w południowym słońcu wtedy, gdy w pl będą jeszcze przymrozki, a przy dobrych wiatrach - roztopy. poza tym, jak mówi mój training agreement, będę chodzić do sądu, pisać pisma, robić prawniczy risercz i towarzyszyć prawnikom w ich codziennych zadaniach. mam nadzieję, że będzie to też picie espresso. 
...
z tego to właśnie powodu I can't stop smiling! simply, I CANNOT! jak powiedział mi pewien włoch - "Dai, che ci ritorni in Italia....ne sono convinto..prima o poi ma ci ritorni!" na co odpowiem, jak Misia (jej pierwsze zdanie w języku dantego, o zupełnie uniwersalnym zastosowaniu): e' vero!

czwartek, 9 grudnia 2010

środa, 8 grudnia 2010

kto rano wstaje

ten musi położyć się odrobinę wcześniej (niż o 5 jak zazwyczaj)
ten może zjeść śniadanie o normalnej porze, i o dziwo na czilu, z kaweczką
ten może uczyć włoskiego o 8:30 (danke! jak powiedziała moja uczennica zamiast grazie - ale bądźmy ludźmi, rano może się pomylić)
ten już o 10 dzwoni do Mammy, do avvocato w bari, spółdzielni, biura programów międzynarodowych
ten opłaca rachunki, wysyła maile, pisze na blogu
a jeszcze nie ma 11! mój boże, ileż to można zrobić rzeczy rano
...
chyba zacznę respektować stary porządek. powrót do radici ca tieni.
jestem z siebie dumna i czuję że mogę rozkurwić kosmos. czasem tak mało wystarczy ;]

niedziela, 5 grudnia 2010

bo potenza ma potencjał.

po przeżyciu klimatycznego szoku różnicy 25 stopni między deszczową i wiatrową potenzą, a mroźną warszawą, odtajaniu i obstawieniu paru lokalnych imprez, jestem gotowa by pokrótce zreferować wyjazd do potenzy na projekt youth in action. 
...
jak na mnie zachowywałam się bardzo grzecznie. w miarę punktualnie, bez przypałów, bez fidanzato del giorno. zamiast tego kulturka, dyskusje, integracja. elementu zabawy oczywiście nie zabrakło (nie tak łatwo wyrzec się swej natury), ale dowiedziałam się kilku ciekawych rzeczy (a myślałam już, że posiadłam całą wiedzę), poznałam fajnych ludzi, brałam udział w różnych warsztatach. ciężko jest opisywać takie rzeczy, bo kto nie był ten nie wie, pewnie go to nie interesi, a i mnie nie chce się na ten temat elaborować. może niech zdjęcia przekażą swoje, a ja powiem o ciekawostkach. 
http://www.youtube.com/watch?v=nX4m3Sp7fKY link do mojego pierwszego jutubowego filmiku. enjoy!
...
z Soczi zgadałyśmy się zło-to. podobnie z resztą polskiej grupy, która była, moim skromnym zdaniem, najbardziej zgrana. już w drodze z rzymu do potenzy, ku zdziwieniu reszty uczestników projektu, graliśmy w skojarzenia i "jaka to melodia". z Soczi RAZ nawet ćwiczyłyśmy jogę, ale potem jako niezrównany afterparty team przekwalifikowałyśmy się na inne sporty - tańce, hulanki, rozkminy (ćwiczenia dla mózgu zjadają ponoć dużo energii).
najlepiej integrowało nam się z włochami, którzy byli mili, grzeczni i traktowali nas jak młodsze siostry. uwzględniając w tym wszystkie bonusy bycia młodszą siostrą.
z ciekawostek, nasze afterparty najczęściej odbywało się w radio Red Azione http://www.radioredazione.it/ które serdecznie w tym miejscu pozdrawiamy. wizyty owe były sprawką naszego kolegi Giovanniego, który pracuje w tymże radio. 
ponadto braliśmy udział w okupowaniu uniwersytetu (zdjęć nie posiadam, bo komórką szkoda robić, a poza tym pewne rzeczy lepiej przeżyć zamiast ukraść im duszę fotografując je. wtedy obrastają otoczką legendy. musicie mi wierzyć na słowo). co do owej okupacji, myślę, że w polsce studenci jednak by się cykali, że nie, że nie zdadzą sesji, ktoś ich upupi. włosi natomiast impreza, na auli alkohol, fajki, inne używki, śpiwory i impreza reggae, którą rozkręcał nasz kolega Gio` jako dj. a potem oczywiście afterparty w radio. cieszę się, że do mojego kajeciku doświadczeń dołącza również i to.
historię o elfach i pamiętnikach moleskine opiszę później. jakby co przypomnijcie.
...
teraz uciekam delektować się wybornym sycylijskim winem, włoskimi serami i towarzystwem kogoś specjalnego :)
...
"koniec świata jest tak blisko uciekaj stąd, zostanie hardkor i disko." 

podpisano

Iron Woman















okupowanie teatru przez studentów w walce przeciw reformie edukacji "gelmini".
















afterparty w Red Azione.






















Signora liberta` i signor de andre'

poniedziałek, 22 listopada 2010

w zawieszeniu.

gram w mahjonga, słucham marlene kuntz i skin http://www.youtube.com/watch?v=DMrYez93pEQ i chyba dopadła mnie jesień. zdążyła na ostatnich metrach.
...
zmarzłam setnie na bezdomnym kinie. popijając piwo, okręcona w koc po raz kolejny poczułam się jak pani żul. ale trochę taki junk de luxe, bo przecież oglądałam dobre kino na ekskluzywnym evencie. niech mnie! taka karma. jean luc godard jest skomplikowany. chyba wrócę do książki o kamieniach milowych kina, którą miałam studiować do egzaminu na erasmusie, w sensie, do głębokiej rozkminy. wtedy wczytując się w wersy o nosferatu i koncepcji świata jako łona - poległam i zdecydowałam się uczyć z youtuba i wikipedii (co by nie gadać, włoska wiki ma dobrze opracowane kino).
...
właściwie mogłabym się położyć spać, ale mi się nie chce. jutro mogłabym pójść na wykłady, ale też mi się nie chce. najlepiej zwalić na pogodę. 3/4 doby jest ciemno a 1/4 szaro, nie dziwota, że człowiek ma ponure myśli. mogłabym się zacząć na coś uskarżać, ale znów - nie chce mi się.

pisać już w sumie też mi się odechciało. allora, aufwiedersehen!

poniedziałek, 15 listopada 2010

fino a qui tutto bene.

jak śpiewa fabri fibra, czyli jak dotąd wszystko ok. właśnie robię referat na seminarium (jak widać). na jutro. myślę, że studia nie nauczą mnie już systematyczności. został 1 referat, 1 koło, 3 egzaminy i mgr. chyba już pozostanie tak beztrosko jak zawsze. czyli wszystko na ostatni wieczór.
..
miałam nie mówić, ale powiem. załatwiam sobie praktykę we Włoszech. jak wypali to pojadę, a jak nie wypali, to pojadę gdzie indziej - zrywać banany, roznosić driny czy też robić co innego, byle w cieplejszym klimacie.
póki co, jest trochę ciekawostek związanych z moim cv i listem motywacyjnym oraz procesem rekrutacji. Włosi ogólnie piszą, że moje cv jest "validissimo" (po naszemu gitez), ale że nie mają miejsca, że mają, ale od maja czy też, żebym się odezwała po obronie. są też oczywiście odpowiedzi pozytywne. głównie z Bari. przeznaczenia nie oszukasz. z jednym panem adwokatem już byliśmy po słowie, ale nie wysyła dokumentów (mówi, że mu skan się zepsuł). dzwoniłam już nawet do niego, bo bez przesady, na maile się odpowiada nawet jak się jest na południu Włoch. obiecał, że wyśle, ale nie wysłał. więc się trochę zasmuciłam, może mnie nie chce, może ma kłopot z tłumaczeniem na angielski? mamma mówi, żeby dać sobie spokój, bo jak kancelaria takich rzeczy nie załatwia w terminie to jakaś licha jest. mamma zna życie. biorę tylko poprawkę, że to południe. 
można by stracić nadzieję, ale... zaglądam dziś na maila, a tam "buonasera Agnieska" (wszyscy pomijają "z" w moim imieniu, a ja powiem "c'e` z in Agnieszka" parafrazując reklamę wyborowej "non c'e` v in wodka") i że seriamente rozważają moją kandydaturę. nie spodziewałam się tego, gdyż maila to im z 3 tygodnie temu wysyłałam. albo naprawdę długo myślą, albo to rzeczywiście urok południa.
ostatecznie jest jeszcze jeden avvocato, co mi napisał, że miło by było spotkać się i podyskutować o tym tirocinio (praktyce) i dał mi swój numer pisząc coś w stylu: "proszę dzwonić kiedy pani chce". ze zrozumiałych względów, na razie nie dzwonię, choć może znów, to tylko gościnność i urok południa?
odpowiem włoskim BOH, czyli niewiadomo.
poczekam. chi va piano, va sano e va lontano... oppure... arriva dopo!

czwartek, 11 listopada 2010

co tam panie u mnie słychać

narodziło się w mojej głowie parę refleksji. pierwsza z nich to refleksja nt. klimatu. latem jeżdżę tam, gdzie gorąco, zimą siedzę w zimnej Polszy. zastanawiam się, czy to normalne? daleko temu do aurea mediocritas. powinnam wyjechać do majami. tam podobno istnieje tylko jedna pora roku i to akurat taka, która mi odpowiada. co do tego zimna i ciemna, to naprawdę, chyba tylko obywateli można produkować, spać lub oglądać filmy. ja akurat wybrałam to trzecie rozwiązanie. 
...
w ramach sporej ilości czasu (czyli tyle ile zazwyczaj mają zwykli ludzie, a ja się go dotychczas pozbawiałam studiując filologie) mogę oglądać filmy. skolko ugodna. ostatnio na tapetę poszły bondy i almodovar. moje ulubione bondy to te z seanem connerym. eleganckie, zabawne, szowinistyczne i przede wszystkim z connerym. sama już nie wiem, sean lepszy młodszy czy starszy? moje ulubione fragmenty to jego seksistowskie zagrywki (czego w nowszych bondach już zdecydowanie mniej), cięte riposty, pościgi i sceny walki, które są bardzo dżentelmeńskie, gdyż bohaterowie w ogóle na nich się nie biją, tylko udają. kwintesencja dobrego smaku.
... 
Misia zabawiła się dziś w mamę. zrobiła obiad świąteczny, nakarmiła rodzeństwo. pochwalam i dokumentuję.
ave mamma!
















moja mina mówi sama za siebie.
















i już po.

czuję się dobrze zaimpregnowana na zimę.
...
z ostatniej chwili.
(Misia była dziś w kościele. rozmowa na koniec dnia)
ja: za ojczyznę się modliłaś?
Misia: za własną dupę też.

wtorek, 2 listopada 2010

sam jesteś helołyn!















najpierw chwalimy się, że tele  powróciło do rąk mamusi, więc mogę strzelać z bliska i z daleka!





















pogoda w słupsku dopisała, więc mogłam trochę pokombinować z rekwizytami i modelami wśród falujących (nieskoszonych) traw ogrodu.





















archetyp gospodarza.





















i uroczej gospodarki.

sobota, 16 października 2010

domino.


Domi-no effect


























elegancja francja

poniedziałek, 11 października 2010

niedziela, 10 października 2010

kura kura.

jednak o wiele lepiej mieć dużo czasu wolnego niż mało. ot taka oczywistość. mam czas aby:
-kłaść się późno bez perspektywy niewyspania
-wstawać późno, ciesząc się słońcem już w pełni na niebie
-powoli przygotowywać sobie posiłki i powoli je konsumować
-wymyślać sobie nowe potrawy (wczoraj zupa-krem z dyni)
-czekać z obiadem na Misię
-robić pranie w środku dnia
-czytać dla przyjemności
-oglądać filmy
-chodzić po mieście bez większego celu
-spotykać się ze znajomymi
-chodzić na wykłady w celach towarzyskich
w sumie, takie życie kury kury; odkrywam czerpanie przyjemności z codzienności. codzienności na slow motion.


czwartek, 7 października 2010

krakowskie impresje.



























zupełnie przypadkowo odkryte piękne murale.




















na kazimierzu.














no comment.
































w oparach absurdu w jednej z knajpek na kazimierzu.



























wróżę karierę copywriterską.










sztuka uczy.

poniedziałek, 4 października 2010

siedem dziewcząt z albatrosu.


albo i dwie. w ostatnich promieniach jesiennego już słońca posmażyły se cycki na plażach barcelonety, napawały się architekturą gaudiego, dziełami picasso, miro', pojeździły na rowerach. pozwiedzały, poodpoczywały. 
...
nie wiem, czemu barceloneta pierwsza, może za sugestią kuby, który powiedział, że barcelonę czuje się dopiero na plaży, gdy wylegujesz się na piaseczku, a lokalni sprzedawcy legalnych i nielegalnych substancji wołają: "cerveza, bieeerrra, cooolaaa, fanta.... aszisz, mariuana", a chinka propnuje "masaje, masaje". albo gdy wydepilowani i muskularni hiszpanie biegają wzdłuż plaży/jeżdżą na rowerach/ rolkach (tak jak na amerykańskich filmach o miami albo los angeles). lub też gdy pakują na plaży w prowizorycznej pakerni.
o walorach artystycznych, architektonicznych i pejzażowych dużo by pisać. dlatego napiszę o czymś innym.
o rowerach wypożyczonych od włocha z neapolu, o przejażdżkach po mieście na pięciopasmowym rondzie między samochodami, motorami i autobusami (anforgietabul), o ostrym podjeździe do Park Guell (płuca można wypluć, ale zjazd och i ach), o wpakowaniu rowerków na schody ruchome, do kolejki linowej. o świetnej infrastrukturze rowerowej, odrębnych pasach, milionach ludzi na rowerach. po prostu, mi raccomando, w barcy rower!
polecam również szukanie miejsc do jedzenia z dziadulcem (lokalny dziadulec gwarantuje niską cenę i swojskość) oraz pewien organiczny bar w bocznych zakamarkach od la rambli, gdzie można zjeść przedobrze i przezdrowo.
polecam również winko na plaży (na nielegalu, lecz smakuje wybornie), masaż od chinki, kolacje nad morzem, katalońskie sery, mojito na plaży, piadinę przy sagrada familia, szlajanie się po gotyckiej dzielnicy. wszystko, in generale, polecam.
...
przestrzegam jedynie przed tym, żeby sprawdzić godzinę odjazdu busu na lotnisko, co nie jest tak proste jakby się wydawało (by nie koczować za długo na dworcu, bo pan z psem nie pozwala spać, a potem inny pan myje wszystko szlauchem i spać niepodobna) oraz przed tym, by dokonywać check-outu w hostelu w umówionym terminie (w innym wypadku wszystkie rzeczy bardziej lub mniej prywatne pakuje niebrzydki pan z hostelu. a potem w nienajlepszym, czytaj moim przypadku, szuka się zaginionych gaci i wie o tym pół hostelu)
...
koniec końców, barca daje radę. a gaudi jest boski.





















































































sobota, 18 września 2010

playing games.

dla zaznajomienia się, zabicia czasu, często też zupełnie bezsensownie i bezcelowo grałyśmy sobie z włochami w grę typu pytania-odpowiedzi, ewentualnie uzupełnioną o wyzwania. mi raccomando: trzeba uważać w co się gra, bo można się nasłuchać tzw. kocopołów (a to w pewnym momencie już naprawdę boli, uszy krwawią w sensie figuratywnym), a poza tym grając całe wakacje w jedną grę, można się zanudzić. allora, grę trzeba dawkować w rozsądnych ilościach. chyba lepiej zainwestować czas i uwagę w naukę gry kartami neapolitańskimi (to drugi rodzaj kart, oprócz francuskich, bardzo popularny w Italii).
gra polega na tym, że jedna osoba zadaje pytanie, a wszyscy odpowiadają. i tak bez końca (nikt nie wie kiedy gra się kończy, czasem wyzwaniem, że leżymy na podłodze i się nie odzywamy i kto dłużej wytrzyma, a czasem... boh....? moja babka w czterdziestym ósmym zakończyła tę grę zupełnie inaczej). przy czym nasze pytania zazwyczaj są nudne i już znamy swoje odpowiedzi. włosi natomiast wg schematu seks-kto ci się z nas podoba-seks. więc również nuda, panie, na kilometr. no chyba, że są studentami biologii. poważnymi. no to są poważne gadki. podczas gry z biologami padło pytanie "co cię najbardziej obrzydza?". jakoś nie potrafiłam nic wymyślić, choć może teraz powiedziałabym, dłubanie w nosie? jeden z włochów na to pytanie odpowiedział "wojna", co wywołało ogólną wesołość (jakie kalkowe zdanie!), że nie jest na konkursie miss world i musi coś innego wymyślić. więc włoch sprytnie odpowiedział "gdy ktoś rzyga", co Ludwika bosko podsumowała, że schifo schifów to "soldato che vomita".
...
druga historia związana z grami. padło pytanie związane z seksem i gadka przeszła na dziwne zwyczaje seksualne. na co jeden z italiańców mówi: "mój kolega lubił jeść ze swojej dziewczyny pastę z sosem". my z niedowierzaniem dopytujemy: "no co ty, pastę, ale co? pastę taką ugotowaną? spaghetti?". włoch na to rezolutnie: "nie... RIGATONI"
...
jak widać, nasza gra choć particolare, bywa również divertente. tymi ludycznymi historyjkami pożegnam się, zawieszam się na haku na 2 tygodnie. 
ci sentiamo d'inverno!


czwartek, 16 września 2010

beztytularnie.

choć mam nadzieję, że nie beztreściowo. na jeden dzień pracy, niech przypada jeden dzień odpoczynku. mój odkładany na później backup musi poczekać do jutra. albo i do października. dziś w planie mam pracę nad bałaganem w pokoju i inwestowanie w kapitał społeczny (wyrafinowana nazwa dla zobaczenia się na piwie ze znajomymi). może przejdę się do csw?
póki co akumuluję siły.
....
do wesela kuzyna postanowiłyśmy przejść na dietę. niestety, jeżeli Wenka wyciąga na obiad, kupuje czekoladę i wino, nie można jej odmówić. a wieczorem dzwoni mama skontrolować teren.

mama: i co, trzymasz się diety?
ja: nie.
mama: a co z moimi odchudzającymi babeczkami?
ja: zjadłyśmy je z nutellą.

cacao meravigliao!

środa, 8 września 2010

esaurita. gia`.

studiując ruski, włoski, ucząc się głupiej historii, gramy, opisówki czułam się zadowolona i spełniona. pomimo wontów, foszków, książęcych i księżniczkowych zapędów wykładowców wracałam do domu uśmiechnięta. nauczyłam się czegoś i pozytywnie zmieniło to moje życie, pozwoliło mi odkryć nowe horyzonty i przeżyć wiele przygód, umożliwiło mi podróżowanie na innym poziomie, wtapianie się we włoski świat i odkrywanie ruskiej duszy.
...
po 5 latach studiowania prawa czuję się tylko zmęczona. wykończona. mam wrażenie, że studiowanie prawa obnaża tylko to, jak mało umiem, ile jest rzeczy, których nie wiem. ponadto frustracja, że spędzając czas na uczeniu się języków poświęcałam mniej czasu na zgłębianie kodeksów. i że wszystko, czego się nauczyłam wypada z mojej pamięci. 
a jak to dziś stwierdziłyśmy z koleżanką (notabene również studiuje filologię) "mogłybyśmy karmić żółwie na Madagaskarze".

kiedyś pewnie zatęsknię do siedzenia po nocach i studiowania do egzaminów. o forse no?

środa, 1 września 2010

bentornata.

powróciłam. żyję. nie miałam dostępu do Internetu (błogosławienie). nie wiem jeszcze co opisać, co streścić, może jakieś cykliczne wpisy?
podsumowanie.
prawie 2 miesiące w Italii. Rzym i Galiipoli. 2 prace. dużo morza i słońca. cztery brave, belle i buone ragazze. Lu, Szakira, Misia i ja. 3 poturbowane, w tym 2 w wypadkach komunikacyjnych. jeden przedwczesny powrót, jeden ambasador, który wraca we wrześniu. dużo przygód. wakacje all'avventura. casa-casino, mieszkanie najpierw w domu przypominającym kościół, a potem w opuszczonym barze. rowery. dużo nowych znajomych, z których znów nikt nie ma normalnej profesji. zona privee`. abbronzatura da paura. mało zdjęć, które nadają się do publikacji.
koniec końców, było bosko. grazie ragazze!














na naszej ulubionej plaży.

środa, 7 lipca 2010

patrzcie go!

jaki spryciarz! przemyca się na wakacje.

poniedziałek, 5 lipca 2010

calura.

czyli goronc panie. mieszkanie na czwartym piętrze na styku ma te swoje nieocenione plusy, że zimą jest zimniej, a latem cieplej. i jeszcze nauka. przysięgam, potencjał mi się już wykorzystał. i po drodze jeszcze miljon pińcet rozpraszaczy: mundial, tofifest, opener, zaproszenia na wódkę (które swoją drogą są przeurocze; oto jedno: "jak jesteś w T to wpadaj, napijemy się wódki, a potem idziemy na miasto") aż żal się nie skusić.
ale jestem twarda, siedzę na dupsku, uczę się w przerwach na spanie. 
jedyne zdjęcie z openera (póki nie dostanę zielusiowych, co może być problemem bo żaden komp nie jest kompatybilny z jej kartą). więc tu musi zadziałać wyobraźnia.
















po skunk anansie już chyba nic nie mogło być bardziej czadowego (filologu! pozdrawiam twoje bogate słownictwo - tylko to mi w tej chwili przychodzi do głowy). stage diving, skin na bębnie od perkusji, latanie w tłumie, lizanie gitarzysty. najjjs. potem porzępolili kasabian i hot chip nawet nieźle. novika zamułą, gorillaz sound system może być. muszę niestety zgodzić się z opinią, że oprócz muzyki, to jarmark (chociaż nie mogę narzekać na jakość pasty, którą wsuwałam). ale takie czasy.
liczyłam trochę na większe podeptanie, popychanie, tłum i przede wszystkim na skakanie. chyba po prodigy mam większe wymagania. comunque, zabawa nienajgorsza.
...
teraz wracam do czytania o rosyjskiej ochranie, agentach i tego typu ciekawych rzeczach. nawet jakbym nie czytała tego, to i tak bym wiedziała tyle samo co po przeczytaniu. ale tak dla przyzwoitości się poświęcę.

wtorek, 29 czerwca 2010

pomarańczowy post.

kolor, który mnie fascynuje.













wtorek, 22 czerwca 2010

z głową w chmurach


środek sesji, a ja z głową w chmurach. dobry nastrój, dobre towarzystwo, dobre jedzenie.













ostatnio podczas rozmowy z Kubą, przypomnieliśmy sobie, jak to w wakacje leżeliśmy w trójkę na kanapie na tarasie, gapiliśmy się w chmury i zastanawialiśmy się jakie kształty nam przypominają. poza tym bawiliśmy się w bazy na podwórku, jeździliśmy na rowerach, a naszym największym zmartwieniem było to, czy mama pozwoli wyjść na dwór. kiedyś wystarczyło tak niewiele by być szczęśliwym. tęsknię za taką beztroską.

dziś pierwszy raz ugotowałam sobie szparagi. w sumie usmażyłam na oliwie z czosnkiem. dodałam szynę i włala! (dawno już nie chwaliłam się jedzeniem, co?)














oczywiście nie obyło się bez kulinarnego faila. znów mikrofala mnie pokonała. tym razem chodziło o podgrzanie półbułki, a dziwnym sposobem zrobiło się półkuchni dymu. i pomimo wietrzenia śmierdzi od 3 godzin. kto by pomyślał, że jedna mała bułka może narobić tyle dymu?
...
nauka z rusofilami przed egzaminem z historii literatury. godzina 3 nad ranem. rozkminy, kto z pisarzy miał ksywę "arabski bies", a kto jeździł z babcią na Kaukaz. pojawia się wyraz "knutowładny" (chodzi o przymiotnik określający Piotra I). z ciekawości, googluję, lecz żadnej rozsądnej odpowiedzi znaleźć nie potrafię. zaczynam czytać artykuł Marii Janion, coś mi tam zaczyna świtać. wpisuję w google knut. co mi wyskakuje?

niedźwiadek. zaczynam się śmiać.
Adi z miną znawcy (nie widząc co się wyświetliło), próbując dalej rozkminić problem, mówi z wielką powagą i przekonaniem: knut to moneta, więc pewnie chodzi tu o Piotra I "rządzącego kasą"
Drzasta (zaglądając dalej w kompa widzi definicję na wikipedii- i zaczyna się śmiać). czyta: knut - jednostka płatnicza w cyklu powieści o Harrym Potterze.
...
the more the merrier.


poniedziałek, 14 czerwca 2010

zakaszlała ekhm ekhm i powiedziała

z Weną piją 7 piwo, wypaliły miljon fajek i teraz siedzą na komputer party.
no cóż, Włosi nie za bardzo się popisali, dobrze, że chociaż remis. cannavaro mógłby lepiej, za to simone pepe dajje dobrze. kandydat na nowego wyimaginowanego męża.
mój główny problem: jak tu się uczyć do egzaminu po tylu piwach?
wracając do futbolu, Włosi zostali zaatakowani własnym catenaccio (dla tych, co nie wiedzą, odsyłam do wikipedii). mimo to mam nadzieję, a raczej żywię pewność, że przejdą do 1/8. no ba! ścisną poślady i z moim wsparciem w postaci "kuuuuurrrrrrrwa" i flagi na ramionach polecą prosto do finałów. MAGARI! daj boże!
...
poza tym, stare porzekadło, "miej wyjebane,  a będzie ci dane" spełnia się. dziś dwie zalki, do przodu literatura, gdzie pani "nie chcę pani więcej męczyć" i bezczel na opisówce, że "idę się uczyć na inne egzaminy" zaowocowały bdb i db. cóż więcej dodać?
...
złote myśl Wenki: "ty czaisz, że te 6 browarów, które dziś kupiłam dziś obalimy?"
tą pozytywną myślą kończę dzisiejszy post
na deser drużyna Włoch















na to czekamy













z dzisiejszego meczu




















finito




niedziela, 13 czerwca 2010

urodziny już niebawem















jestem mistrzem painta. próbowałam co prawda obczaić trudniejsze programy graficzne, ale za dużo to czasu zajmowało, więc stworzyłam ten oto boski plakat w najprostszy sposób :)
...
na urodziny mamy już wynajęty tramwaj, będzie sangria (wg tajnie strzeżonej hiszpańskiej procedury), zaproszenia będziemy wręczać już niebawem! :)
oby do piątku!