poniedziałek, 5 lipca 2010

calura.

czyli goronc panie. mieszkanie na czwartym piętrze na styku ma te swoje nieocenione plusy, że zimą jest zimniej, a latem cieplej. i jeszcze nauka. przysięgam, potencjał mi się już wykorzystał. i po drodze jeszcze miljon pińcet rozpraszaczy: mundial, tofifest, opener, zaproszenia na wódkę (które swoją drogą są przeurocze; oto jedno: "jak jesteś w T to wpadaj, napijemy się wódki, a potem idziemy na miasto") aż żal się nie skusić.
ale jestem twarda, siedzę na dupsku, uczę się w przerwach na spanie. 
jedyne zdjęcie z openera (póki nie dostanę zielusiowych, co może być problemem bo żaden komp nie jest kompatybilny z jej kartą). więc tu musi zadziałać wyobraźnia.
















po skunk anansie już chyba nic nie mogło być bardziej czadowego (filologu! pozdrawiam twoje bogate słownictwo - tylko to mi w tej chwili przychodzi do głowy). stage diving, skin na bębnie od perkusji, latanie w tłumie, lizanie gitarzysty. najjjs. potem porzępolili kasabian i hot chip nawet nieźle. novika zamułą, gorillaz sound system może być. muszę niestety zgodzić się z opinią, że oprócz muzyki, to jarmark (chociaż nie mogę narzekać na jakość pasty, którą wsuwałam). ale takie czasy.
liczyłam trochę na większe podeptanie, popychanie, tłum i przede wszystkim na skakanie. chyba po prodigy mam większe wymagania. comunque, zabawa nienajgorsza.
...
teraz wracam do czytania o rosyjskiej ochranie, agentach i tego typu ciekawych rzeczach. nawet jakbym nie czytała tego, to i tak bym wiedziała tyle samo co po przeczytaniu. ale tak dla przyzwoitości się poświęcę.

Brak komentarzy: