najbliższe (w sensie odległościowym, lecz nie afektywnym) są mi aktualnie kodeksy. siedzę i czytam o spółkach (choć wolałabym leżeć i nic nie robić). co do czytania, to ostatnio czytałam też o samotnych prawniczkach, które to podobno szans nie mają na normalne życie (znalezienie chłopa, rodzenie dzieci i karierę w jednym życiorysie). wiadomo, że nie można mieć w życiu wszystkiego, jak mówią mądrzy włosi: non si puo` avere tutto. fml, a ja myślałam, że się jednak da! a co do stereotypów, to też starałam się im nie ulegać. błąd. i błąd.
...
w jednym z odcinków seksu w wielkim mieście, miranda przedstawiając się jako prawniczka nie mogła umówić się na randkę, lecz tylko gdy skłamała, że jest stewardessą, to od razu chłop się znalazł. wniosek był jasny: prawniczki nie są pociągające dla płci przeciwnej. podobne wnioski można było wyciągnąć czytając na forum wątek o samotnych prawniczkach.
aż nie chce się wierzyć. tak, tak, sama studiuję prawo, znam mnóstwo pięknych i mądrych dziewczyn z tego kierunku, niektórzy nawet mówią, że na prawie to najładniejsze laski. choć jedna z mych uczennic twierdziła, że ładne są, bo mają kasę i czas na dbanie o siebie, a uczą się tylko w sesji (i że wtedy wyglądają jak zombie). prawo jest specyficzne. jak każdy kierunek. filolodzy siedzą w książkach (koniecznie w okularach), geografowie latają na terenówki (koniecznie z mapą w dłoni), fizycy i matematycy objezatielna w koszulach w kratkę i przykrótkich spodniach, prawnicy z teczką, wystrojeni i spryciarze. obalanie stereotypów bawi mnie co najmniej jak rozmowy o polityce, więc obalać nie będę. ale dalej zaskakuje mnie, że mądrzy ludzie (a przynajmniej tak im z oczu patrzy) na moje słowa, że studiuję prawo robią charakterystyczny grymas (ick!) lub znaczące "uuu", nie świadczące bynajmniej o tym, jaki to świetny kierunek. doświadczyłam tego w ciągu dwóch ostatnich dni zarówno od płci żeńskiej, jak i męskiej. najczęściej wtedy, żeby złagodzić tę zapadającą, niezręczną ciszę mówię: "ale studiowałam też filologię", albo "uczę włoskiego" (nie wiem czemu się tłumaczę, przecież do jasnej anielki, nie muszę). i wtedy reakcja jest: "oooo", "wow", "super" ze zdecydowanie pozytywnym wydźwiękiem. nie jestem prawniczym freakiem, choć doceniam to co dają mi prawnicze studia. podobnie jak doceniam to, czego nauczyłam się na filologii. ale niestety, będąc jedną nogą tu, a drugą tam, nie rozumiem wyjątkowości bycia studentem prawa czy też studentem filologii. serio, bez kokieterii, czy to jest aż tak ważne?
...
choć myślę, że teraz dla mnie, hic et nunc, jest ważne, bo mam stertę notatek i 3 kodeksy do egzaminu z handlówki. zaczynając się uczyć, zajrzałam do książki od włochacza, żeby znaleźć jakiś ładny cytat na początek pracy umysłowej. co mi się trafiło?
A tutti i ragazzi auguro comunque di rendersi conto che dall'esame non dipende la loro vita.
(czyli: "wszystkim życzę by zdali sobie sprawę, że od egzaminu nie zależy ich życie")
piękny motywator, innit?
aż nie chce się wierzyć. tak, tak, sama studiuję prawo, znam mnóstwo pięknych i mądrych dziewczyn z tego kierunku, niektórzy nawet mówią, że na prawie to najładniejsze laski. choć jedna z mych uczennic twierdziła, że ładne są, bo mają kasę i czas na dbanie o siebie, a uczą się tylko w sesji (i że wtedy wyglądają jak zombie). prawo jest specyficzne. jak każdy kierunek. filolodzy siedzą w książkach (koniecznie w okularach), geografowie latają na terenówki (koniecznie z mapą w dłoni), fizycy i matematycy objezatielna w koszulach w kratkę i przykrótkich spodniach, prawnicy z teczką, wystrojeni i spryciarze. obalanie stereotypów bawi mnie co najmniej jak rozmowy o polityce, więc obalać nie będę. ale dalej zaskakuje mnie, że mądrzy ludzie (a przynajmniej tak im z oczu patrzy) na moje słowa, że studiuję prawo robią charakterystyczny grymas (ick!) lub znaczące "uuu", nie świadczące bynajmniej o tym, jaki to świetny kierunek. doświadczyłam tego w ciągu dwóch ostatnich dni zarówno od płci żeńskiej, jak i męskiej. najczęściej wtedy, żeby złagodzić tę zapadającą, niezręczną ciszę mówię: "ale studiowałam też filologię", albo "uczę włoskiego" (nie wiem czemu się tłumaczę, przecież do jasnej anielki, nie muszę). i wtedy reakcja jest: "oooo", "wow", "super" ze zdecydowanie pozytywnym wydźwiękiem. nie jestem prawniczym freakiem, choć doceniam to co dają mi prawnicze studia. podobnie jak doceniam to, czego nauczyłam się na filologii. ale niestety, będąc jedną nogą tu, a drugą tam, nie rozumiem wyjątkowości bycia studentem prawa czy też studentem filologii. serio, bez kokieterii, czy to jest aż tak ważne?
...
choć myślę, że teraz dla mnie, hic et nunc, jest ważne, bo mam stertę notatek i 3 kodeksy do egzaminu z handlówki. zaczynając się uczyć, zajrzałam do książki od włochacza, żeby znaleźć jakiś ładny cytat na początek pracy umysłowej. co mi się trafiło?
A tutti i ragazzi auguro comunque di rendersi conto che dall'esame non dipende la loro vita.
(czyli: "wszystkim życzę by zdali sobie sprawę, że od egzaminu nie zależy ich życie")
piękny motywator, innit?

