sobota, 29 stycznia 2011

law is in the air.

najbliższe (w sensie odległościowym, lecz nie afektywnym) są mi aktualnie kodeksy. siedzę i czytam o spółkach (choć wolałabym leżeć i nic nie robić). co do czytania, to ostatnio czytałam też o samotnych prawniczkach, które to podobno szans nie mają na normalne życie (znalezienie chłopa, rodzenie dzieci i karierę w jednym życiorysie). wiadomo, że nie można mieć w życiu wszystkiego, jak mówią mądrzy włosi: non si puo` avere tutto. fml, a ja myślałam, że się jednak da! a co do stereotypów, to też starałam się im nie ulegać. błąd. i błąd.
...
w jednym z odcinków seksu w wielkim mieście, miranda przedstawiając się jako prawniczka nie mogła umówić się na randkę, lecz tylko gdy skłamała, że jest stewardessą, to od razu chłop się znalazł. wniosek był jasny: prawniczki nie są pociągające dla płci przeciwnej. podobne wnioski można było wyciągnąć czytając na forum wątek o samotnych prawniczkach.
aż nie chce się wierzyć. tak, tak, sama studiuję prawo, znam mnóstwo pięknych i mądrych dziewczyn z tego kierunku, niektórzy nawet mówią, że na prawie to najładniejsze laski. choć jedna z mych uczennic twierdziła, że ładne są, bo mają kasę i czas na dbanie o siebie, a uczą się tylko w sesji (i że wtedy wyglądają jak zombie). prawo jest specyficzne. jak każdy kierunek. filolodzy siedzą w książkach (koniecznie w okularach), geografowie latają na terenówki (koniecznie z mapą w dłoni), fizycy i matematycy objezatielna w koszulach w kratkę i przykrótkich spodniach, prawnicy z teczką, wystrojeni i spryciarze. obalanie stereotypów bawi mnie co najmniej jak rozmowy o polityce, więc obalać nie będę. ale dalej zaskakuje mnie, że mądrzy ludzie (a przynajmniej tak im z oczu patrzy) na moje słowa, że studiuję prawo robią charakterystyczny grymas (ick!) lub znaczące "uuu", nie świadczące bynajmniej o tym, jaki to świetny kierunek. doświadczyłam tego w ciągu dwóch ostatnich dni zarówno od płci żeńskiej, jak i męskiej. najczęściej wtedy, żeby złagodzić tę zapadającą, niezręczną ciszę mówię: "ale studiowałam też filologię", albo "uczę włoskiego" (nie wiem czemu się tłumaczę, przecież do jasnej anielki, nie muszę). i wtedy reakcja jest: "oooo", "wow", "super" ze zdecydowanie pozytywnym wydźwiękiem. nie jestem prawniczym freakiem, choć doceniam to co dają mi prawnicze studia. podobnie jak doceniam to, czego nauczyłam się na filologii. ale niestety, będąc jedną nogą tu, a drugą tam, nie rozumiem wyjątkowości bycia studentem prawa czy też studentem filologii. serio, bez kokieterii, czy to jest aż tak ważne?
...
choć myślę, że teraz dla mnie, hic et nunc, jest ważne, bo mam stertę notatek i 3 kodeksy do egzaminu z handlówki. zaczynając się uczyć, zajrzałam do książki od włochacza, żeby znaleźć jakiś ładny cytat na początek pracy umysłowej. co mi się trafiło?
A tutti i ragazzi auguro comunque di rendersi conto che dall'esame non dipende la loro vita.
(czyli: "wszystkim życzę by zdali sobie sprawę, że od egzaminu nie zależy ich życie")
piękny motywator, innit?

piątek, 28 stycznia 2011

bajka o gąbkach

dziś, dla odmiany, trochę twórczości mojej Mammy. muszę przyznać, że bardzo mnie wzruszyła ta opowieść. zresztą, przeczytajcie sami.
...

Daleko stąd, daleko i głęboko, w odległym zakątku ziemi, w przybrzeżnych, ciepłych wodach wielkiego, niezgłębionego Oceanu, na atolu koralowym, niedaleko pełnej słońca plaży, na skraju morskiej wioski żyła kolonia gąbek. W rozpadlinie skalnej malutkiej zatoczki, w cieplutkim, przejrzystym morzu pełnym rozlicznych kolorowych żyjątek rodzina Pana Gąbki zbudowała sobie przytulny domek tuż obok miłego sąsiada, Pana Ukwiała. Wśród nich była mała Gąbeczka. A że była wyjątkowo mięciutka i delikatna – jak to maluchy bywają - Mama Gąbka i Tata Gąbek postanowili nazwać córeczkę Milusia.
Żyjątka te nie były specjalnie zainteresowane wycieczkami ani podróżami w odległe zakątki zatoczki. Wszystko czego potrzebowały miały na miejscu. A poza tym, były przecież przyrośnięte do skały...
Gąbki choć miały sztywny wapienny szkielecik, na zewnątrz okryte były dość mięciutkim „futerkiem”. Życie upływało im na wylegiwaniu się w słonecznych refleksach, które przebijały się przez niezbyt głęboką w tym miejscu wodę, dając błogie uczucie senności i ciepła. Nie musiały się nawet zbytnio trudzić, bo jedzonko samo napływało  wraz  z każdym falowaniem wody do buzi. Stąd chyba wzięło się takie powiedzenie: „gołąbki same lecą do gąbki”. Ale to chyba z innej bajki...   
Tak więc życie naszej znajomej rodzinki gąbek płynęło spokojnie, leniwie i niczego im do szczęścia nie brakowało. Wokoło leniwie bujały się przepysznie kolorowe ukwiały, srożyły zarozumiałe koralowce, które jako najbardziej okazałe, pyszniły się swoim wyglądem i dlatego nie były zbytnio lubiane w podmorskiej wiosce. Wśród tego leniwego i bajecznie kolorowego świata zwinnie przemykały wesołe rybki, które nasza Milusia bardzo, ale to bardzo lubiła. Rybki były piękne, kolorowe i uwielbiały się bawić. Niektóre z nich, niby to mimochodem, wesoło potrącały Milusię, a potem ze śmiechem odpływały goniąc się zabawnie wśród  koralowców i ukwiałów. Czasami Milusia trochę im tego zazdrościła. Chętnie by z nimi pobaraszkowała  w cieplutkiej i spokojnej wodzie zatoczki, lecz bała się okrutnej mureny, o której Mama Gąbka opowiadała straszne historie. Murena to taka bardzo brzydka i okrutna ryba, która podstępnie napada na małe rybki i żyjątka i pożera je! Ale chyba wstydzi się tego trochę, bo nigdy… Brr...na samą myśl o tym gąbeczka Milusia, dostawała gęsiej, o przepraszam, szorstkiej skórki. I choć jej samej murena nie zagrażała, Milusia mocno przytulała się  do Mamy. Milusia miała dobre i mięciutkie, jak to u gąbek bywa, serduszko. Naprawdę, bardzo żal jej było innych żyjątek, które padały ofiarą żarłocznej i podstępnej mureny. I jak tylko o niej pomyślała, natychmiast mijała jej chęć do zabaw z rybkami.
Tak to sielsko-anielsko mijały godziny, dni i miesiące, i gąbeczka rosła spokojnie, czując się bardzo szczęśliwą u boku Mamy i Taty.
Ale pewnego dnia, na dnie zatoczki dziać zaczęło się coś dziwnego. I gdybyśmy nie opowiadali o wodzie, można by powiedzieć, że „coś wisiało w powietrzu”.  Naprawdę, w wodzie można było wyczuć jakieś nowe prądy. Rybki jakby straciły ochotę do zabawy i śmigały przestraszone, chowając się między wodorostami. Nawet koralowce, zawsze dumne i nadęte, tym razem jakby spuściły z tonu. Pan Ukwiał nachylił się do Taty Gąbki i coś tam mu szepnął do ucha., po czym przylgnął bardziej do wapiennej ściany atolu. Tata z cicha powtórzył to "coś" Mamie i choć Mama Gąbka nic Milusi nie powiedziała, ta jednak czuła, że wydarzyło się coś niedobrego.
Nagle woda wokół koloni Gąbek zaczęła ciemnieć i ciemnieć. Gąbeczka poczuła się trochę nieswojo i mimo obecności Mamy i Taty, mimo pięknego ciepłego dnia  zrobiło jej się zimno.
Cóż takiego wydarzyło się w zatoczce?
Z daleka słychać było jakiś warkot, który z czasem przybliżał się i natężał niepokojąco, aż wreszcie ustał zupełnie. Nie uspokoiło to jednak nikogo z podwodnych mieszkańców atolu. Przeciwnie, ta cisza była złowroga. Nagle wodę przeszył plusk! Czuć było wszechogarniający strach, a woda zaczęła się dziwnie kołysać. Z oddali powoli przybliżały się jakieś dziwne stwory i rosły coraz bardziej, przysłaniając sobą całe światło słoneczne, które przenikało przez wodę do wapiennej skały atolu. Stworzenia zbliżały się nieubłaganie w stronę kolonii gąbek. Milusia wtuliła się jeszcze bardziej w wyrostki Mamy, która tyko cichutko szepnęła:  „to CZŁOWIEK”. Człowiek  płynął wzdłuż  skalnego nawisu atolu rozglądając się wokoło. Chyba nie miał złych zamiarów. Podziwiał niesamowite piękno podwodnej rafy, napawał się feerią kolorów i bogactwem kształtów, śledził wzrokiem za niezliczonymi śmigającymi wokoło rybami. W zachwycie lekko muskał dłonią  kolorowe ukwiały, które dotknięte ręką człowieka, jakby ze strachu, zamykały kielichy i  skłaniały się w stronę wapiennej ściany atolu. Wtem człowiek przybliżył się do kolonii gąbek. Nie były co prawda ani tak kolorowe jak ukwiały, ani tak dostojne jak koralowce. Ale może dlatego zadziwiły człowieka swoim spokojem, lekkim falowaniem, jakąś swoistą łagodnością formy w tym krzyczącym barwami i kształtami podwodnym świecie. Człowiek lekko wysunął rękę i dotknął gąbek. Zdziwiony ich miękkością, z zachwytem przesuwał dłoń po tym dziwnym kobiercu. Niespodziewanie zatrzymał dłoń, jakby się nad czymś zastanawiał. Po niedługiej chwili, nagłym ruchem chwycił kawałek tego kobierca, oderwał od reszty i schował do dużej torby przepasanej wokół bioder.
To była Milusia.
Wokół zrobiło się ciemno.
Nagle znalazła się  w jakimś suchym i nieprzyjaznym świecie. Poczuła strach i niemiły chłód....
                                                     -----------------------------------

Mama z mała Agnieszką czekały na lotnisku na Tatę. Tata miał dziś wrócić z dalekiej podróży do ciepłych krajów. Agusia już nie mogła doczekać się jego powrotu i bardzo za nim tęskniła. Wreszcie w drzwiach sali przylotów ukazała się wysoka sylwetka i uśmiechnięta twarz Taty. Agusia wyrwała się z objęć Mamusi i rzuciła się Tacie na szyję. Po długich serdecznych uściskach, odebraniu bagażu i całej tej ceremonii  już w samochodzie Agusia zapytała:
- Co mi przywiozłeś Tatusiu z tych ciepłych krajów?

Tatuś odpowiedział:

- Mam dla Ciebie zwierzątko.

Agusia bardzo się ucieszyła, bo bardzo lubiła zwierzaki. Jakież jednak było jej zdziwienie, gdy Tata wyjął z torby jakiś bezkształtny kawałek żółtoszarego ni to kamyka, ni to kłębuszka.

-To ma być to zwierzątko? - Agusia była wyraźnie zawiedziona. - To jakiś żart? Tatusiu, nie żartuj ze mnie, gdzie jest to zwierzątko? – pytała niecierpliwie.

-Właśnie je trzymasz w rączce. - Mamusia uśmiechnęła się zagadkowo.

Agusia była zawiedziona, ale nie chciała robić Tacie przykrości - tak długo go nie było, tak za nim tęskniła. Schowała więc to „coś” do plecaczka  i zapomniała o tym.
Wieczorem Mamusia zawołała:
-Agusiu, dość zabawy, chodź do kąpieli! Ale weź ze sobą zwierzątko, które dał ci Tata.

Agusia już o nim zapomniała i niezbyt chciała wracać do tego „czegoś”. Ale Mama nalegała:

-Zobaczysz Agusiu, to będzie twój nieodłączny towarzysz kąpieli! - powiedziała Mama wrzucając gąbeczkę do wanny pełnej pachnącej piany.

Agusia  wyłowiła z piany zwierzątko i z zachwytem krzyknęła:

-Ojej jaka ona jest MILUSIA!

środa, 26 stycznia 2011

out of bed czyli szał niebieskich ciał

ostatnio bywam wierna w moich relacjach damsko-męskich. oczywiście, ktoś mógłby powiedzieć, że jest to wierność relatywna, łżewierność, gdyż w łóżku moim goszczą na przemian włoch i polak. 
sama nie wiem, który jest lepszy. nie umiem wybrać. jednego cenię za subtelność, warsztat i wiedzę w zakresie nauk przyrodniczych; drugi rozbawia mnie swoimi historiami, jest szczery do bólu i bezkompromisowy. intelektualiści, artyści, obaj mają swój świat. ale wiedzą, co lubię i za to ich cenię.

poznajcie się. Italo Calvino i Witkacy.

piacere!

poniedziałek, 24 stycznia 2011

kocham cię, Italo Calvino

"Obawiałem się, czy wieści z innych galaktyk nie okażą się równie mało krzepiące. Ci, którzy mnie widzieli, dostrzegali mnie tylko częściowo, fragmentarycznie, w roztargnieniu, i może tylko do pewnego stopnia zrozumieli, co widzą, nie chwytając istoty rzeczy, nie analizując elementów mojej osobowości, uwydatniających się stopniowo, od przypadku do przypadku."
Opowieści kosmikomiczne. Italo Calvino.
...
Calvino jest moją literacką podnietką. właściwie, jak powiedziała Agata R., starsza italianistka, wszystkie jego utwory są dobre. rozkminy dają do myślenia  i zmuszają do wspięcia się na siódmy poziom kumacji, opisy oczarowują, a poziom wiedzy z zakresu nauk przyrodniczych i humanistycznych rozwala na łopatki. w dodatku całość jest lekka, bezpretensjonalna i pięknie skomponowana. zawsze mnie zastanawiało, ile w wielkich dziełach jest talentu, a ile ciężkiej pracy? czyli znów problem dualizmu: lekkość-ciężar, o którym zresztą Calvino pisał.
boże, czemu ja tak nie umiem? pocieszam się tym, że wielkim pisarzem zostaje się (według moich obliczeń) po trzydziestce. uf, mam jeszcze trochę czasu. i książek do przeczytania.

niedziela, 16 stycznia 2011

sobota, 15 stycznia 2011

memento mori, spiesz się powoli

w ramach tej zasady, powolny weekend. nie to, że mam egzamin z euro w poniedziałek. jak to się mawia w naszej rodzinie: "podchorąży zawsze zdąży". bo to nie zdążyłam kiedyś? teraz wcześniejsza nauka mogłaby być wręcz uznana za beszczeszczenie (strasznie szeleszczące) tradycji robienia wszystkiego na ostatnią chwilę. poza tym, idealna wymówka - sprzątanie weekendowe (gruntowne - w tym układanie książek, ubrań), przyjechali Rodzice, kino, wino etc.
no, powolutku, powolutku, bez pośpiechu.
...
sprawy z praktyką w Bari idą z kopyta. oczywiście, jeszcze się boję czy wszystko pójdzie ok i nie cieszę się na zapas, póki Włosi nie przyślą podpisanej umowy, natomiast nic nie wskazuje na to, aby nie chcieli jej wysłać. rozmawiałam dziś z avvocato Massimo, ucieszył się, że dzwonię, pochwalił temat magisterki (culpa in contrahendo w prawie pl i it), przyobiecał pomoc i powiedział, że ma dużo materiałów. ponadto dostałam już zadanie domowe czytania książki z prawa prywatnego włoskiego. jaram się tym, ale też boję, czy dam radę. no ale bilet na 23 lutego już zabukowany, niedługo pora zająć się szukaniem mieszkania, więc na "banie się" nie mam za bardzo czasu.
...
ponadto na horyzoncie pojawia się dużo planów postudiowych. czeka mnie dokonanie wyboru, co zawsze wprawiało mnie w nerwowy nastrój i jak to określano w literaturze XIX-wiecznej "dostawałam globusa", czyli bólu głowy. lubię "keep my options open". niestety nie da się tak wiecznie, czasem trzeba obrać jakiś kierunek. niemniej, rysujące się przede mną perspektywy są raczej pogodne, różne plany i propozycje na przyszłość w doborowym towarzystwie przyprawiają mnie o mały zawrót głowy. z drugiej strony, czuję, że trzymam świat za jaja i teraz jest moment na zrobienie czegoś. czego, to jeszcze nie jestem pewna, ale czuję, że odpowiedź już zagnieżdża się, rośnie i rozwija w moich trzewiach.
...
in generale, I'm optimistic. 
to cieszy redakcję.

środa, 12 stycznia 2011

rudymentarne pytanie.

czemu tak to jest, że zawsze w sesji chce mi się bardziej gotować, bardziej sprzątać, bardziej prać?
właśnie na kolację upiekłam na cieście francuskim ciastka z twarogiem, miodem i pokruszonymi migdałami. były megadobre, ekskłizit!
czy w związku z tym, kobiety, które więcej się uczą są lepszymi kandydatkami na żony i matki? bo dla  odskoczni od nauki zrobią wiele i to bez marudzenia?

co do zamążpójścia, moja Mamma dziś podesłała mi piosenkę
"ja mam wolę być panienką, nie wydawać się za prędko" - tak mi śpiewała przez telefon. cóż, Mamma wie.

wtorek, 11 stycznia 2011

zamglony.















poranki ze spółkami osobowymi.

wtorek, 4 stycznia 2011

noworoczne delicje w czekoladzie

w nowy rok weszłam z przytupem. jak w tańcach ludowych. właściwie to jeszcze świętuję powitanie 2011. właśnie w ramach 5. dnia wielkich dionizji popijam białe cabernet sauvignon. wiecie, za co dionizos trafił na olimp? ten bękart zeusa załapał się na siedzenie w gronie bogów, gdyż wymyślił wino. vinco winko. czyli wygrywam winko.
czy mam jakieś postanowienia noworoczne? ogólnie, czas na podsumowania i postanowienia jest potrzebny, ale nie będę postanawiać, gdyż w każdym momencie formatujemy rzeczywistość do naszych potrzeb i nie jest mi potrzebny nowy rok na rozpoczęcie rewolucji.
postanowiłam natomiast czytać. dużo więcej. książkę na 1-2 tygodnie. aktualnie czytam italo calvino "opowieści kosmikomiczne", które są piękne, łączą naukę i literaturę. polecam. w kolejce czekają "wykłady amerykańskie", "ręka fatimy", "100 years of solitude", "pociągi pod specjalnym nadzorem", "una notte d'inverno un viaggiatore" oraz "una giornata nella roma antica". mam nadzieję, że zdążę do końca lutego. jeżeli macie coś do polecenia, to czekam na wszelkie sugestie.
...
zimowy odpoczynek na łonie rodziny i przyjaciół dał mi nowe siły. nie rozmyślam za dużo, planuję krótkoterminowo, dobra zabawa sylwestrowa i dobry dwudniowy after wybawiły mnie jak za starych czasów. z czystą głową mogę zabrać się za zdawanie egzaminów i zamykanie rozdziału pt. studia. co czeka mnie w 2011? nie wiem. nie boję się, nie oczekuję, zobaczymy co przyjdzie. nie planuję wielkich podróży, nie szukam wielkiej miłości, nie rozmyślam o wielkiej karierze. jedyne na co czekam, to urok zaskoczenia.
lascia stare, lascia andare.