poniedziałek, 5 grudnia 2011

nocne pociągi z myślami pod specjalnym nadzorem

Dawno już nie pisałam. Myśli kłębią się, układają, siadają w ławkach, a potem, jak na zawołanie, znów biegają, są ich miriady. Zastanawiam się, czy się dzielić tym, co myślę, czy nie jest to głupie, trywialne i mało odkrywcze, czy zostanę zrozumiana, czy kogokolwiek obchodzi co myślę. Czasem wydaje mi się, że już mam wszystko poukładane, a potem nadchodzi taki dzień, że widzę jednak, że wcale nie. To się chyba nazywa chwiejność i niestabilność. I im więcej czytam, tym bardziej widzę, jak mało wiem. A mówi się, że czytanie rozwija. To w sumie wyjaśnia fakt, że ludzie, którzy nie czytają i są megaignorantami mają najwięcej do powiedzenia. Ale znów łamię się błędnym kołem własnej pomylonej logiki. Muszę się pogodzić z tym, że nie odkryję literackiej Ameryki. Nie wiem, czy zostały w ogóle jeszcze jakieś Ameryki do odkrycia. Chciałabym coś odkryć, ale to już chyba możliwe jest jedynie w naukach przyrodniczych. Basta! znów zaczynam robić meta-rozkminę, a jak to mówi Mamma, nie ma się czym martwić, bo życie rozkminia się przez całe życie i na tym polega jego urok. Zaufam jej. Zaryzykuję. Popiszę. Się. Wracam. TA-DAM!
...
Tęsknię za bezrefleksyjnością, bezmyślnością, za rozgrzanym białym piaskiem, błękitną, przezroczystą wodą. Za tym piaskiem, który parzy stopy, wodą, która nie daje ochłody, rowerem na lungomare, ostatnimi promieniami słońca, które zatapia się w morzu. Zamiast tego mam późną jesień, opadłe liście, wypchane tramwaje, które co jakiś czas rozbłyskują niebieskim światłem, wieczorną pracę, nocne rozmowy ze współlokatorami, niedzielne obiady. I miliardy myśli, które mogłabym przesłać streamingiem na jakiś duży serwer. Może trochę by mi ulżyło. 
Tęsknię za moimi książkami, marzę też o dużym fotelu, w którym mogłabym się ułożyć, przykryć kocem, napić się herbaty z cytryną i czytać godzinami. Szukam ukojenia w muzyce. Wsłuchuję się, śpiewam na całe gardło. 
...
To już postanowione. Będę was zaśmiecać megabajtami moich myśli.

i zdjęciami też.

sobota, 22 października 2011

emigracja inteligencka

apru: bo wiesz, kru, my jesteśmy tak jak słowacki i szopen, taka emigracja....
kru&apru: ... inteligencka!
apru: sprowadzimy tu swoich znajomych i będziemy pisać wiersze... ty już piszesz przecież...
kru: sprowadzimy swoich znajomych i będziemy robić.... NIC. ale będziemy inteligentni.

tak więc otwieramy kasting na emigrację inteligencką. kandydatury prosimy zgłaszać do Kwatery Głównej Centrum Zarządzania Kosmosem przy ulicy Choragłowa, Rzym. prosimy dołączać zdjęcia, plan pierwszy, półplan, amerykański, negliż.

piątek, 21 października 2011

Roma dajje dobrze

Allora, moje newsy z drugiego tygodnia w Rzymie. Na pierwszy ogień: praca. Więc ślę curricula jak wariatka – do ambitnych prac, do kancelarii, na asystentki, sekretarki, przewodników, kelnerki, recepcjonistki, nawet do obsługi włoskich kondominio. Słowem, nie wybrzydzam, bo za coś będę musiała zapłacić czynsz, a potem zawsze mogę szukać ambitniejszej pracy (właściwie to już teraz szukam na dwa fronty, rejestruję się na różnych manpowerach i pagepersonelach). Mam więc dwie wersje CV: mądrą i głupią (bo wiadomo, że nikt nie chce za mądrej kelnerki, więc nic tam nie ma o prawie, a jest za to o Gallipoli i jest też o VIRNIE SUMMER :D )
Byłam też już na 2 rozmowach kwalifikacyjnych, obie przeszłam pozytywnie, w jednej praca ma polegać na koordynowaniu wewnętrznym takiego groupona (ale jednak trochę pachnie hochsztaplerką, choć spotkanie w 5 gwiazdkowym hotelu ze złotymi lwami), a w drugim to jakaś firma logistyczno-energetyczna boh (właśnie sprawdziłam w internecie i ma zajebibi stronę PO ANGIELSKU, jeżeli to oczywiście ta spółka) i szukają personelu do logistyki i obsługi klienta. W poniedziałek mam tam dzień próbny, będzie mi towarzyszył pracownik Paolo, 24 letni (mam nadzieję, że będzie śliczny ahhaha) i będę obserwować jak się pracuje, a jak mi się spodoba i jak oni też będą mnie chcieli, to się mnie zatrudni. Minus taki, że muszę być tam o 8:25, a jedzie się godzinę, o ile środki lokomocji nie zawiodą, a dziś np. zawiodły, ale o tym później, więc widzę się w poniedziałek rano rano wsiadającą do metra w niepokoju, czy dotrę.
Jutro z kolei mam rozmowę w sklepie operatora telefonii komórkowej i na przewodnika i zajdę jeszcze do sklepu z ciuchami, gdzie szukają ekspedientki. Jak widzicie nie obijam się.
W ogóle niektóre ogłoszenia to biją rekordy. Np. kierowca dla niewidomego - Kru mi w tym momencie puścił fragment z „Zapachu kobiety”, gdzie grający niewidomego Al Pacino szaleje za kierownicą ferrari ku rozpaczy jego opiekuna – tak właśnie sobie to wyobraziłam. Albo też ogłoszenia: „samotny, kulturalny, dyskretny szuka młodej kobiety, może być straniera do sprzątania z noclegiem”. No toć to na kilometr śmierdzi eskort, czy też accompagnatrice, czyli panią do towarzystwa. Nie nie, uprzedzając Wasze pytania – na eskort się nie piszę.
Dziś wracając z rozmowy, wysiadłam z metra i czekałam na autobus pod dom. To ok. 3 km od nas, ale relatywnie daleko, więc zawsze jeżdżę tam autobusem. No i czekam 5 min, 10, 15, 20 doszłam do 40 minut i już zaczęłam jawnie kląć po polsku i po włosku, na przystanku zły tłum, wszyscy niezadowoleni, sapią, wzruszają ramionami, przewracają oczami. Byłam tak zła, że omal się nie rozryczałam (jakbym znalazła jakieś szkło to też bym zdrowo rozbiła o ziemię) No i wkurzona stwierdziłam PIERPAPIER IDĘ!!!!!!!!!! No i przeszłam z 20 m a tam podjeżdżają 2 autobusy GRRRRRRR więc zawracam i myślę NIENAWIDZĘ TEGO GŁUPIEGO ATAC (czyli przewoźnika)!!! a pierwszy autobus bez pasażerów i tablica zgaszona, więc aaa muszę iść do następnego! Wtem, otwierają się drzwi pierwszego, i kierowca pyta mnie: „ti serve passaggio?” czyli: „czy potrzebujesz podwózki?”, ja z początku nieufna, ale sobie myślę, no przecież nic mi nie zrobi, co mi szkodzi. Kierowca młody, całkiem ładny i mówi mi: „ugość się, masz do dyspozycji cały autobus, gdzie cię podwieźć?” no to mu powiedziałam gdzie, ogólnie potem mi mówi „lepiej chyba jechać samej niż w takim dzikim tłumie”, na co ja mówię, że tak, no raczej , potem sobie pogadaliśmy o emigrantach, zapytałam go, czy na tej linii często jeżdżą kanarzy (całe szczęście rzadko, więc biletów nie trzeba kasować), potem on ubolewał, że pewnie się już nie spotkamy, na co ja powiedziałam, że już teraz będę zwracać uwagę, kto prowadzi autobus. No i nie muszę chyba mówić, że humor mi się poprawił znacznie. No bo heloł. Stopa łapałam, ale stop i to autobusowy, żeby łapał mnie? :)
W domu wszystko ok., mieszkamy z Eduardo, który studiuje architekturę, pracuje też przy projektach, a tak poza tym, to dobrze gotuje, pływa i gra na gitarze elektrycznej (więc wczoraj np. mieliśmy koncert z „whole lotta love” led zeppelinów i „enter of sandman” metalliki). I jest RUDY (czyli daleki kuzyn Barbarossy). Mieszkamy też z Clarą, która studiuje lettere, chce być nauczycielką (historii, geografii i włoskiego), jest mała, chudziutka, ładna i ma chłopaka, który studiuje geografię i opowiadał nam wczoraj o wulkanach i Uralu (pozdrawiam tu Misię!). Wczoraj pierwszy raz wyszliśmy z Eduardo, poszliśmy na amaro do Fanfulli (Lu, Szakirka, byłyście tam?), klub wygląda jak toruńskie NRD, muzyka elektroniczna, trochę hipstera w sweterku z Porta Portese (takiego wielkiego targowiska), trochę Włocha alternatywnego, jeden pan, przypominający Jovanottiego z 5 letnią córką (co o wieczornej porze dzieci robią w klubach? Tańczą) i dwóch Polakków z rudym.
Tak poza tym, to widziałam dziś sobowtóra Gnarlsa Barkleya w metrze, Rumuni grali na skrzypkach i harmoszce, w centrum jakaś moda na żebranie na niepełnosprawnego z krzywą nogą (jedna nawet siedziała na deskorolce i jedną ręką napędzała, a w drugiej trzymała kubek z maca w geście proszącym o parę centów).
Ogólnie Włochy, jak Włochy, niewiele się zmieniło, dalej puszczają oczka i mówią: „sei bella”, powódź nas nie dosięgła, demonstracja również nie, współlokatorzy są bardzo spoko, Krużycki, jak zawsze, daje radę (ostatnio oglądamy dla rozrywki głupie filmiki, robimy sobie tematyczne wieczory muzyczne – bałkańska, soul/r’n’b/żydowska, żremy razem po nocy). Tylko ja wcześniej wstaję i nawiązuję więzi z współlokatorami, podczas gdy on śpi. Nie kłócimy się, mamy synchrona i kradniemy sobie myśli, mamy również stanowisko komputerowe, co najmniej jak telefonistki w mad manie (nasze centrum zarządzania kosmosem).
Myślę, że ten post najlepiej będzie skończyć krótkim opisem tego, co za ścianą. A mianowicie leci podkład NESSUN DORMA a współlokator gra linię melodyczną na gitarze elektrycznej. Ejmen.

piątek, 30 września 2011

wielki post powakacyjny

No i moi drodzy, pora na zaktywizowanie się na blogu, zupdateowanie życia wirtualnego z tym realnym. Tak sobie snułam ambitne plany opisania przygód wakacyjnych, ale po głębokich przemyśleniach, stwierdziłam, że primo: nie ma to sensu, bo nie da się tego opisać w jednym poście, a wg klasyka (czyli mojej mało inteligentnej koleżanki z liceum): „Robienie czegoś czemu zdołać nie podołam jest asensowne”, secondo: takie opowieści  to raczej przy piwie/ grzanym winie/herbacie na jesienne wieczory (albo na sentymentalne listopadowe posty). Krótką (magari!) wakacyjną litanię w zdaniach prostych (i nie za bardzo złożonych) mogę Wam jednak zaserwować.

Obroniłam się. Sama w to jeszcze nie wierzę. Przez wakacje pracowałam w Gallipoli w  buenie viście. Kryzys dawał się w tym roku we znaki. Pogoda była słabsza. Ergo – szef miał spinę. Jednak słońce i 35 stopni oraz błękitne morze nie zawiodły. Za swoją gnojkową asertywność (jak nazywa to Mama Pru) omal nie zostałam wyrzucona z roboty. Którą jednak sama chętnie bym rzuciła, bo miałam już dość debili i pawianów za didżejką i za barem. Ale jednak zostałam. Dlaczego? Bo słodka polska ekipa była odskocznią od kwasów pracowych. W tym miejscu pozdrawiamy: Lu, Werkę, Kru i gościnnie Apolontas oraz Rycha. Gasiłam pożar w buenie viście. Ocierałam łzy wytatuowanego szefa. Robiłam przekąski i okazjonalnie przygotowywałam coś za barem (nie zapomnę wspólnej paniki, gdy w dzikim tłumie, barmanka wyszła sobie na pół godziny pogadać z fidanzato i wszyscy kelnerzy włazili za bar w panice szukając napojów po lodówkach i Lu, która z dzikim szałem w oczach i kurwą na ustach pyta: „do bitter bianco cytryna czy pomarańcza? aaaaaaaa!!!!”). Włoscy stronzi, którzy wyrywali na chama i którym udzieliłam swej uwagi w postaci plaskacza. Włoscy słodcy chłopcy, którzy jednak okazywali trochę kultury. Easy rider sopra un harley. Volantinaggio i drinki w godzinach pracy, na które wykradałyśmy się z Lu i Werką (sex on the beach i mary pikford za 3 eur). Stefano Gabbana i Antonella Clerici, czyli włoskie celebrities, które u nas gościły. Tancerki z Praji, które się paskudnie porobiły i jedna w mojej zonie privee rzygała przez 40min wychylona przez mury bastionu. Idiotyczne pytania klientów o smaki lodów, wg przykładu – „czym jest coco ripieno?” – „to lód o smaku kokosowym” – a „limone riepieno?” – „to lód o smaku cytrynowym”. Cornetto o smaku nocciola, które leczyło mi zapalenie spojówek. Regularne zniżki w cornetterii i w disko. Niezapomniane powroty rowerowe do domu, cały czas pod górkę. Komuna, w której mieszkaliśmy, gotowaliśmy, praliśmy i nie-sprzątaliśmy razem. Właściwie oprócz sprzątania, to robiliśmy wszystko razem. Dmuchany materac. Stara raszpla o wyglądzie i prezencji młodej laski (gdyby jednak nie była starą raszplą), która nas pokochała. Transwestyta, który bał się przyznać swemu ojcu, że pali fajki, a zupełnie na legalu przechodził terapię hormonalną i codzienne przystrajał się w kobiece ciuchy. Stary pawian i morze. I pawiany za barem. Poranne chodzenie na plażę. I popołudniowe też. I parę dni wolnych, w czasie których porządnie zniszczyliśmy się w swoim doborowym towarzystwie (podrawiam Werę!). Tartaruga. Sukah. Katerinaaaaa! Madonna che figo! Come va? Popołudnia w Samsarze i tańczenie na plaży do włoskiego hymnu i ostrego bita. Mina alla Cristina (eeeh?). Sesje foto na plaży.
Neapol i nowa włoska rodzina, kochany Vincenzo, który ugościł Kru i mnie jak króli. I przepiękne gej disko. Madryt, marznięcie w klimatyzowanych Prado i Reina Sofia, całodniowe podniecanie się malarstwem, piwo w parku i regularne wylegiwanie się na każdym znalezionym skrawku zieleni, tropienie street artu, nocne podróże metrem. Pamplona, paella dla 40 osób, afrykańskie tańce na ulicy, kąpiel w oceanie i silne postanowienie rozpoczęcia surfingu. Francja, reunion z Wenką w Bordeaux, samotny autostop z przezabawnym kierowcą i wielogodzinne konwersacje w języku angielsko-francusko-migowym. Paryż, samotne zwiedzanie podobnież najbardziej romantycznego miasta na świecie i pyszna tartaletka na Montmartre. Przyjazd do Polski z dwoma Brazylijczykami, a nie z jednym, jak to było zaplanowane. Toruń, reunion z Rodziną, jak nie ma zasad to są kwasy, prorok ma najciężej we własnym kraju, ale jednak LOWE i tutti si vogliono bene. Sopot, kolejne reunion i kolejne imprezy, i kolejna rodzinka; spóźnione wakacje nad polskim zimnym morzem, wspinanie się na Wieżę Mariacką, polska impreza ze sztandarem, ogórem kiszonym, smalcem i śledzikiem. I czerwony dywan i sztuczne kwiaty. I wywalanie paneli pod osłoną nocy. Poznań, miasto doznań, krużycka pasta (yummy!!) oraz zdrowa, doskonała impreza z Kleopatrą i srebrną Apolontas, a potem poranny nieogar, peron 4b i rekonwalescencja w pociągu relacji Poznań-Słupsk. I wreszcie Słupsk, czill, pyszne obiadki, sen, wypoczynek, centro benessere da Mamma, leniwe poranki, leniwe popołudnia. Powrót do czytania poezji, robienia kolaży, beztroskiego szopingu, za który nie muszę płacić, home sweet home.
Ten chaos informacji, tryliard kilometrów i milion przewijających się bohaterów złożyły się na trzy piękne miesiące mojego wolnego, bezuczelnianego, bezzobowiązaniowego, luzackiego i spontanicznego życia. Bo na ogół jak wiadomo to jest poważne i wypełnione pracą i nauką. Prawdopodobnie nie jest to najczytelniejszy post na świecie, ale żeby nie zapomnieć, żeby choć hasłowo pamiętać, co, jak, kiedy i z kim.
Wszelka zbieżność postaci i sytuacji przypadkowa.

wtorek, 5 lipca 2011

post o kolorowych zakupach i kurwikach w oczach.

siedzę jedną giczołą w Polsce, a drugą w Hitalii, w superrozkroku - jak każda tego typu akrobacja, nie jest to najwygodniejsze, ale cóż począć - nagotowała sobie baba bigosu, nawarzyła piwa...
...
jutro obrona. dziś więc na dodanie sobie odwagi, poprawienie humoru i oczywiście, z obiektywnych względów niezbędności poniższych dóbr, kupiłam śliczny różowy błyszczyk, cienie do oczu w odcieniach niebieskiego,  lakier do paznokci w kolorze pomiędzy cyklamenem a karminem (biskupi fiolet?) oraz dwie pary kolczyków - i to dokładnie takich, jakich szukałam - złotych i niebieskich.
ponadto zamówiłam też kwiaty dla promotora i recenzentów w stonowanych, klasycznych kolorach - białym, kremowym i bladym różu - wiedzieliście o tym, że istnieje "męski bukiet"? więc 2 męskie i jeden damski. zrobiłam też sobie zdjęcia do dyplomu; poranne przygotowania, wybór ubrania, makijaż, prostowanie i układanie włosów zajęło mi ponad godzinę, a i tak efekt końcowy Mamma oceniła jako: -"za głęboki dekolt i masz te, no... to co Begerowa w oczach"
-"kurwiki, Mamo?"
-"ja tego nie powiedziałam"
fakt faktem, z roku na rok, ze zdjęcia na zdjęcie furbowatość przemawia mi z oczu. zresztą oceńcie sami.


















sesesesese......

czwartek, 30 czerwca 2011

curati, czyli lecz się na głowę

tak sobie czasami myślę, kiedy patrzę, co miałam zrobić, kiedy miałam zrobić, dlaczego... deadliny majaczą na horyzoncie, a ja dalej beztrosko hulam sobie w te i wewte. godzina 3:02, pisząc magisterkę, finisz finiszów. 
...
w jednej rzeczy utwierdziłam się na południu Włoch - wszystko trzeba robić con calma. tranquillamente. senza fretta.
tą pozytywną myślą zakańczam i wracam do odpowiedzialności z winy w kontraktowaniu. hell yeah!

ciau

sobota, 11 czerwca 2011

bari after midnight conversation

Ludzkość od wieków nurtują pytania: Jak żyć? Być czy mieć? Gdzie szukać inspiracji i wzorów? Jak pisać magisterkę?  Na te pytania odpowie dziś Fryderyk Chopin (z mojej playlisty)
apru: Fryderyku, czy mamy traktować sprawę poważnie?
Frycek: To nie jest SCHERZO (b-moll).
apru: Kiedy najlepiej zabrać się do roboty, rano czy wieczorem?
Frycek (zasępiony, enigmatycznie odpowiada): NOKTURN.
apru: Jaką dietę polecasz, mój drogi, aby mózg dobrze pracował?
Frycek:  MAZURKI.
apru: Czego należy unikać aby nie zasnąć nad książkami?
Frycek (z zimną logiką): KOŁYSANKI, a już na pewno tonacji Des-dur, tak jak PRELUDIUM DESZCZOWEGO, bo w taką pogodę to człowiekowi samemu powieki się kleją.
apru: Fryderyku, z twoich własnych doświadczeń, co mógłbyś nam doradzić gdy przed nami deadline, terminy gonią, stres zjada i czujemy się jak gdyby cały świat walił nam się na głowę?
Frycek: Czasem możesz czuć się MOLTO AGITATO, tak jak byłbyś w RONDO, które przemienia się w vicious circle, praca pisze się LENTO ASSAI, ale żeby nie martwić rodziny mówisz, że to wcale nie tak, że to tylko ANDANTINO. Weź się w garść, a już po paru chwilach poczujesz się ALLEGRO MAESTOSO, które w ciągu 48 godzin powinno przemienić się w ALLEGRO APPASSIONATO i choć będziesz chciał zakończyć PRESTO CON FUOCO, moją radą na koniec będzie: FINALE. PRESTO NON TANTO.
apru: Dziękujemy za rozmowę i słowa otuchy.
Frycek (z manierą Brada Pitta z „Inglorious Basterds”): Arriwedełczi!
Inspiracja przyszła sama (o 1:32), zapukała, przeprosiła: „scusami per l’orario”, usiadła tuż obok góry prawniczych ksiąg, uśmiechnęła się zaczepnie i wyszeptała: „a nie mówiłam?”.

czwartek, 9 czerwca 2011

pozdrowienia znad książek

Znad książek, manuali do diritto privato, ton kserówek i notatek pozdrawiamy!
Ella Fizgerald, Diane Reeves, Sinead o’Connor, Pustki, Joni Mitchell, Smolik, Coldplay, the Cure, xiu xiu, Patrice, John Scofield, Afterhours, Sia, Moby, Miles Davis, Bob Marley, Marlene Kuntz, Lizz Wright, Fryderyk Chopin i Claude Debussy.
W tym doborowym towarzystwie spędzam ostatnie dni w BariBari. AHOJ!


poniedziałek, 6 czerwca 2011

piszac magisterke, myslac o zyciu...

Kiedyś, z kolegą Samuelem, mieszkającym długo poza domem, rozmawiałam o samotności. Powiedział mi, że jest to jedno z piękniejszych doświadczeń, i choć trudne, to można się z niego wiele nauczyć.


Dobiega końca mój pobyt we Włoszech. Jeszcze trzy tygodnie i będę znów w domu (sensu largo, w PL, i sensu stretto, wśród moich Pruszeczków). Przyjechałam do miasta, w którym znałam tylko jedną osobę, do pracy w studio legale - nie znając włoskiego prawa i będąc po raz pierwszy na praktyce w kancelarii (i pierwszy raz w poważnej pracy we Włoszech). Nie miałam domu, nie miałam przyjaciół (nie byłam też opalona…). I muszę powiedzieć, że miałam bardzo dużo szczęścia – trafiłam na wspaniałe osoby, które pomogły mi się tu zadomowić, z którymi spędziłam piękne chwile i które na pewno zostaną w moim życiu. Koniec końców, to ludzie, którzy mnie otaczają, definiują moje doświadczenia i mają wpływ na to, jak przeżywam to, co dzieje się wokół mnie. Moje kochane współlokatorki, z którymi mieszkam jak w rodzinie, Cristi i Katty, które są jak włoskie siostry, z którymi bawiłam się, opalałam, malowałam paznokcie, wysyłałam zdjęcia z „cinque” na fejsie, pocieszałam i rozmawiałam o ważnych życiowych kwestiach. Elda, która jest moją wierną towarzyszką w studio legale, tłumaczy mi wszystkie prawne zawiłości i wprowadziła mnie w krąg swoich przyjaciół, którzy teraz stali się i moimi amici . I która jest trzecią włoską siostrą (a z siostrami, notabene witamy się „ciao scarbie” ewentualnie: „ciao pienkna”). Avvokaci w kancelarii, którzy mówią o mnie jako „nostra collega polacca”, „’sta polacca”, „gioia”, „bionda”; którzy traktują mnie na serio, profesjonalnie, jako polską dottoressę, ale przy tym z sympatią. Przyjaciele z Potenzy, dzięki którym brałam udział w marszu przeciwko mafii i z którymi świetnie bawiłam się na imprezach. Osoby, które spotkałam przypadkiem, znajomi znajomych, którzy epizodycznie pojawili się przez te kilka miesięcy. Będę tęsknić za tym, co tu zostaje i za tym, co tu zbudowałam. Ale jak powiedział avvocato Paolo, zostaną co najmniej piękne wspomnienia.

Wyjazd uświadomił mi też, jak wiele jest osób, które zostały w PL, a za którymi bardzo tęsknię. Przede wszystkim moi Rodzice, których braku nie odczuwłam tak bardzo, gdy byłam w Toruniu. Mama, która pisze maile, której rad słucham o wiele chętniej niż kiedyś (a nawet sama proszę ją o radę), Tata, który dzwoni i mówi, że jestem jego „marzeniem” i że jestem śliczna (a mówi się, że ojcowie nie okazują uczuć – to z pewnością nie jest przypadek Jasia). Kubuś – który przejmuje się losami mojej magisterki bardziej niż ja, wysyła mi zawsze najlepsze utwory muzyki klasycznej i chóralnej; za którym tęsknię bardziej niż podejrzewałam i z którego jestem strasznie dumna z powodów naukowych i chóralnych (napisał już mgr, śpiewał solo na konkursie chóralnym w Legnicy i zajęli 2. miejsce). No i oczywiście Misia, o której można by wiele napisać a to i tak będzie mało. Jak np. o 7-stronicowym mailu, który pisała przez 2 tygodnie, albo o tym, jak przyjechała na Wielkanoc, żebym świąt nie spędzała sama.

Pobyt w Bari będzie też niezapomniany ze względu na wyjątkowych gości. Misię, z którą spędziłam jedne z lepszych świąt (niezapomniana parmigiana na plaży, kamulce w Materze i colomba, którą jadłyśmy przez tydzień). Ania i Jakub, z którymi spędziłam zwariowany (choć przymiotnik ten jest pretensjonalny, to lepszego określenia nie znajdę) weekend św. Mikołaja (quante risate!). Di nuovo, Ania, która w dwa dni zdecydowała się przylecieć ze Szkocji i z którą odnowiłyśmy przyjaźń ze studiów; Jakub, z którym wymieniamy włoskie doświadczenia (east side vs. west side) i który jest ostoją polskości w dzikiej napuletańskiej dżungli.

Oczywiście nie mogę nie wspomnieć o moich drogich AMICI, którzy w Toruniu, Wrocławiu, Warszawie, Szwecji czy Indiach, są moim punktem odniesienia do życia i do samej siebie, są moimi połówkami pomarańczy, a może lepiej – winogronami z jednej kiści?

Zrobiło się sentymentalnie. Tak czasem bywa, człowiek się starzeje, wokół śluby, dzieci się rodzą, już niebawem 25. urodziny (ćwierć wieku, to daje dziewczynie do myślenia…), magisterka do napisania… To był tylko pretekst. Palce rozgrzewam! (a ktoś pitoli na gitarze piętro niżej)

Ciao!


 

poniedziałek, 23 maja 2011

Guidare all'italiana.

Dziś opowieść o włoskim parkowaniu i prowadzeniu samochodu. Moje podróżowe przygody mówią – im dalej na południe, jak również, im dalej na wschód (vide: Ukraina), tym większa swoboda w interpretacji przepisów kodeksu drogowego. Czyli tzw. wolna amerykanka. Włosi jeżdżą dobrze, parkują wyśmienicie (królowie parkowania równoległego z precyzją do 2 cm), lecz robią to „all’italiana” czyli na swój włoski sposób. Oto dziesięć przykazań włoskiego kierowcy.
1. Nie zapinaj pasów, bo po co. Chyba, że ci pika czujnik, to zapnij - albo za plecami, albo tylko utnij od pasa metalową końcówkę zapięcia i włóż ją do tej drugiej części (oba rozwiązania widziałam na własne oczy). Albo poczekaj aż przestanie pikać.
2. Nie musisz używać kierunkowskazów. Naprawdę, na luzie, w ogóle się tym nie przejmuj.
3. Gdy dojeżdżasz do skrzyżowania – kto ma pierwszeństwo?  Teoretycznie wiadomo – ten, który jest po prawej, lub tak, jak wskazują znaki. W praktyce, ten, kto jest pierwszy, szybszy i bardziej zdecydowany. Więc taki bądź!
4. Używaj klaksonu – nie tylko gdy jesteś wkurzony, lecz również, gdy chcesz zasygnalizować np. pieszemu, że jedziesz i nie masz zamiaru się zatrzymać i go przepuścić, albo że zapaliło się już zielone światło.
5. Używaj również swojej paszczy, bądź głośny i groźny – w razie jakiejkolwiek stłuczki, nigdy nie przyznawaj racji tylko krzycz: „jak jeździsz, baranie”.
6. Nie musisz przepuszczać pieszych, ani zatrzymywać się na pasach. Ale jeżeli chce przejść jakaś ładna pani przechodzień to, oczywiście, możesz się zatrzymać, uśmiechnąć się, zagadać, komplementować bellezzę ragazzy.
7. Nie przejmuj się przepisami – zakaz zawracania? Ograniczenie prędkości? Nie można przecież przyjmować za dogmat takich przepisów!
8. Przykazanie opcjonalne (a może nie?)– słuchaj głośno muzyki, miej firmowe okulary, bujaj się jak prawdziwy ziom.
9. Jeżeli chcesz zaparkować w doppia fila (podwójnym rzędzie), na środku skrzyżowania – nie przejmuj się. Jeżeli musisz tylko na chwilę (jaasne) wyskoczyć do sklepu i zaparkować wbrew wszystkim regułom na środku pasa – nie przejmuj się. Parkuj jak chcesz, byleby zaparkować.
10. Jeżeli zarysujesz czyjś samochód, pod żadnym pozorem nie zostawiaj swojego numeru telefonu, tylko czym prędzej oddal się z miejsca zdarzenia. Prawdopodobnie ktoś zarysował, lub zarysuje twój samochód w przyszłości i też zwieje bez śladu.
Dla zobrazowania parkowania w doppia fila – zdjęcia poniżej.

wtorek, 3 maja 2011

Carciofi alla romana.

Dziś przepis na karczochy po rzymsku. Przepis dostałam od Włocha, Michele (GRAZIE!) trochę go zmodyfikowałam. Co jest potrzebne? Karczochy, bułka tarta, oliwa, pietruszka, czosnek (ja dodałam jeszcze jajka i pieprz). Nie miałam pietruszki, mam nadzieję, że to nie wpłynie istotnie na smak karczocha. Najsamprzód, czyścimy karczochy. I tu dwie uwagi: karczochy nie są zbyt przyjazne – brudzą i mają kolce. Najlepiej uzbroić się w gumowe rękawiczki i uważać na kolce, inaczej (vide mój przypadek), ręce przypominają ręce rolnika i w międzyczasie trzeba zrobić pranie (bo mądra, założyłam jasną bluzkę). Allora, obcinamy nóżki (zostawiając ze 2 cm), usuwamy zewnętrzne liście, otwieramy karczocha, dokopujemy się do środka, i wycinamy tzw. bródkę, która jest w samym środku warzywa. Najlepiej to zrobić najpierw nożem,  a potem wyskrobać łyżeczką. Nie wiem, czy ta broda karczocha ma jakiś niedobry smak, jest trująca, czy co, comunque, trzeba się jej pozbyć. W międzyczasie rozdrabniamy czosnek, i łączymy go z bułką tartą, jajkami, pietruszką i doprawiamy solą i pieprzem (tym potem wypełniamy karczocha w środku). Potem wrzucamy warzywa na głęboką patelnię teflonową, solimy z wierzchu, polewamy oliwą i podsmażamy parę minut. Na koniec dolewamy wody do połowy główek karczochów, przykrywamy i gotujemy pół godziny na średnim ogniu co jakiś czas kontrolując i przekręcając warzywa (i dolewając wody, ale nie za dużo). Tak przyrządzone carciofi alla romana można jeść na ciepło lub na zimno z sosikiem, który się nam wytworzył. Ha, właśnie proces gotowania dobiega końca, więc zaraz się dowiem, czy wyszły buoni. Potwierdzam, wyszly buoni.

wtorek, 26 kwietnia 2011

Paschalne wieści.


Przygotowania świąteczne minęły mi jak z bicza trzasnął. Dzięki skrupulatnie obmyślonej strategii nie straciłam ani sekundy i w sobotę o godzinie 12 miałam już chałupę sprzątniętą (generalne wiosenne porządki – reminiscencja mycia okien i pastowania podłóg w domu rodzinnym), mazurki upieczone, w tym jeden dostarczony do Eldy, zakupy zrobione i nuuudaaaa. Wtedy zdałam sobie sprawę, że spędzanie świąt samemu nie jest najlepszym pomysłem na świecie. Bo jednak dzielenie się z kimś czasem, dobrym jedzeniem, praktykowanie tradycji – czyż nie o to chodzi w świętach? I chociaż moje towarzystwo jest wyborne i sama z sobą się nie nudzę, to niesamowicie się ucieszyłam z przyjazdu Misi (tak, że godzinę czekałam na nią z kartką „Misia LOWE”; btw nie ma chyba nic nudniejszego do roboty niż bezmyślne łażenie po dworcu). Menu przygotowałam iście królewskie – cozze al sugo di pomodoro, insalata di riso, parmigiana, zucchine e gamberetti. I kupiłam pyszną kolombę (tradycyjne wielkanocne ciasto, typu drożdżowe, w kształcie gołębia). Oł je, bejbi, ju gonna ingrassare! W sobotę wybrałyśmy się na mszę – veglia – która, mannaggia, trwała trzy godziny. Była, jak to na Włochy przystało, msza malownicza, pulijsko-folklorystyczna,  iście rozrywkowa. Babcie gadały głośniej niż my, komentując każdą część liturgii. Był chrzest, po którym kapłan podnosił dzieciaczka jak ta małpa z „Króla lwa” Simbę, na co cały kościół bił brawo. Oprócz tego, chór, tamburyny, rytmiczne klaskanie do piosenek paschalnych (można się obudzić), przysypiające włoskie rodziny, jednym słowem, particolare!
Tradycyjnie, po powrocie, o 2 w nocy, zjadłyśmy pasztet, mięsa, mazurki, kolombę (którą jemy już 4 dzień mamma mia, ona waży kilogram!), odśpiewałyśmy „alleluja” i poszłyśmy spać. Tatuś byłby dumny, gdyż następnego dnia wstałyśmy przed dziewiątą, śniadanie wielkanocne zjadłyśmy w siedem minut i pobiegłyśmy na dworzec. Pobiegłyśmy to odpowiednie słowo, wystrojone, w balerinkach, z wypakowanymi torbami na piknik nad morzem popylałyśmy ile wlezie (bo był to jedyny dostępny środek transportu do Polignano). Ledwo co zdążyłyśmy (przebiegając przez tory), ale zdążyłyśmy. Allora, w Polignano przespacerowałyśmy się po pięknej starówce i poszłyśmy opalać się na kamienistą plażę (zdjęcia Wam dopowiedzą co i jak). Oczywiście, leżąc  4 godziny na słońcu spaliłyśmy sobie każdą część ciała i wyglądałyśmy jak prosiaki z rożna (i powtarzałyśmy tylko: „będzie płacz, będzie płacz”). Ale nad opalenizną trzeba pracować, nie mamy włoskiego genotypu, który zagwarantuje nam złoty brąz w styczniu. Chi non lavora non si abbronza?
W poniedziałek wielkanocny (pasquetta) wybraliśmy się ze znajomymi na kemping, pogoda nie dopisała by kąpać się w morzu (chyba trzeba będzie poczekać do 1 maja). Spędziłyśmy cudny dzień, wcinając włoskie smakołyki (insalata di riso – nasza była lepsza niż koleżanki Włoszki, oł jee, najdżella może nam lizać stopy, lasagna, parmigiana, rustico, stuzzichini, ciasto z nutellą, czizkejk, pastiera napoletana), popijając wineczko, dyskutując i grając we włoskie gry i zabawy, czyli cazzegiując (cazzeggiare-opindalać się). Włoscy przyjaciele są mili, słodcy, kulturalni i się nami dobrze zajmują, Mama byłaby zadowolona!
Poniżej załączamy parę zdjęć, siedzimy aktualnie w domu, bo PADA DESZCZ. A czekają nas jeszcze dwie wycieczki, mannaggia, porco demonio! Ślemy buziaki i ściskamy mocno!

czwartek, 21 kwietnia 2011

lezioni di polacco

Niestrudzenie uczę Włochów polskiego. Podobno bycie nauczycielem to powolanie, nie zawod. 
Moja współlokatorka, Cristi mówi perfekcyjnie, dziś wzruszyłam się, gdy leżąc na balkonie i opalając się powiedziałam jej: „gatta polacca, gatta italiana”, a ona sama z siebie odpowiedziała: „kotki”. Bello, no? Lori znalazła sobie technikę pamięciową do słowa „kawa” – to jak „waka”. Waka waka. Titti w sądzie mówił: „che nuda”, Elda co jakiś czas wzdycha: „o mamusiu” i żegna się ze mną: „do widzenia, piękna”. I kto powiedział, że polski język jest trudny?

wtorek, 12 kwietnia 2011

Życie jak w Madrycie, tylko że w Bari.















Najsamprzód, jak mawiał klasyk (mój matematyk z liceum), przepis na faszerowane cukinie (moze nie wygladaja najpiekniej, ale sa pyszne!)
2 małe cukinie, 10 dkg mielonego, ¼ cebulki, trochę bułki tartej, tymianek, sól, oliwa.
Cukinie myjemy, kroimy na pół, wyjmujemy środek (najlepiej nożem, a potem skrobiemy łyżeczką). Środkową część cukini kroimy na małe kawałki; na oliwę wrzucamy drobno posiekaną cebulę i mięso mielone, gdy się podsmaży, dodajemy cukinię, przyprawy. Zdjemujemy z patelni, dodajemy bułkę tartą. Farszem wypełniamy cukinie (teraz wiem, że najlepiej jeszcze przeciwległe boki połączyć wykałaczkami, żeby się cukinia nie rozeszła na boki). Pieczemy w średnio nagrzanym piekarniku (na folii aluminiowej lub podlewamy oliwą) 15 minut. Podajemy z chlebem. Szybkie, smaczne i co najważniejsze, z cukinią!
Nadejszła wiekopomna chwiła!

W sądzie. Elda miała zajęcia na kursie na aplikacji, więc do Giudice di Pace pojechałam sama z Tittim. Znów pogadaliśmy sobie o piłce nożnej (wiadomo!) i o prawie (haha moje ulubione konwersacje!). Potem, po raz pierwszy, sama poszłam szukać fascicolo, znalazłam go od razu, Titti go wypełnił, przeczytał mi, co tam napisał (bo z jego pisma, to za wiele bym się nie dowiedziała) i zapytał, czy następny protokół będę chciała napisać sama. Oczywiście, że tak! Więc następną causę i następny protokół wypełniałam ja! Może się wydawać, że to nic, ale dla mnie to nic, to COŚ. Zostałam dopuszczona do pisania w aktach. Ponadto w studio trzeba będzie prawdopodobnie coś wyskrobać po angielsku, i też już wiadomo, kto to będzie pisał, bo na pytanie avvocato Paolo: „kto tu umie pisać po angielsku?”, ja podniosłam palec do góry, a inne dwa włoskie palce wskazały na mnie. Z ciekawostek, w sądzie znów przepędziłam poranek na czekaniu i rozmowach o sporcie, rodzinie, świętach etc. Przed obliczem sędziego może z 5 minut. Inne radosne wieści? Mój rower przyjeżdża dziś do Bari, będzie aggiustowany (nasmarowany i sprawdzony pod kątem prawidłowego funkcjonowania). Moja jedyna troska w tym temacie, to paura, żeby nikt mi go nie zachachmęcił. Poza tym, pogoda ładna, temperatura nie spada poniżej 20 stopni, bezchmurne niebo, słońce.

Z weekendowych zdarzeń, krótka relacja z konceru Subsoniki.

Na początek powiem, że był bardzo udany. Subsonikę znałam i lubiłam już wcześniej i jak dowiedziałam się, że Cristi i Katty idą na koncert, pomyślałam, że wybiorę się z nimi. Parę dni wcześniej ściągnęłam najnowszą płytę, przesłuchałam ją parę razy i ho fatto bene, ponieważ na koncercie większość utworów było z nowego albumu. Cristi nie znała żadnych piosenek, no może jedną, i gdy zapytałam ją, po co w takim razie idzie na koncert zespołu, powiedziała, że ot tak. Katty też nie była jakimś wielkim fanem, choć jej koledzy byli wariatami na punkcie tej grupy, znali wszystkie słowa piosenek, ale o tym za chwilę. Cristi została na trybunach, a my z Katty zeszłyśmy na płytę, w tłum, bo wiadomo, że lepsza zabawa. Tam poznałam jej kolegów, którzy, zanim zdążyłam się przedstawić, zaczęli się zachwycać tatuażem - potem nie musiałam za wiele robić, bo tatuaż sam zrobił pierwsze dobre wrażenie, więc je podtrzymywałam przez small talki. Subsonica wie jak rozgrzać publiczność, wszyscy się świetnie bawili, tłum Włocha śpiewał wszystkie piosenki, skakał, bawił się (odwołuję się tu po raz kolejny do Waszej wyobraźni). Do tego obrazka dodajcie sobie 3 facetów, kolegów Katty, kompletnych subsonikowych frików, którzy śpiewali i tańczyli jakby od tego zależało ich życie. I pogowali (po włosku pogare). Subsonika gra elektroniczny rock, no ale tego się nie spodziewałam - było to jak na koncercie prodigy na 80% (czyli mały hardkor). Wybawiłam się, spociłam się jak szczur (canottiera tutta bagnata i niewyschnięta jeszcze w domu 1,5 h po koncercie), właściwie wszyscy się spocili jak szczury, radosny włoski spocony tłum. Skaczący i pogujący. E poi, una cosa importante! Włoski zazwyczaj niski wzrost ma swoje wymierne plusy. O il e w PL muszę zawsze podskakiwać i przepychać się i stać na palcach, żeby coś zobaczyć, tak tu, w IT nie miałam takiego problemu. Wysokich chłopców i dziewczyn mało, ja z moimi 167cm byłam wyżej niż niżej i cały koncert widziałam bezproblemowo (co cieszy redakcję).

Historia na do widzenia.

W sprawie street harassmentu postanowiłam przyjąć postwę aktywną. Co rozumiem przez postawę aktywną? Odpyskiwanie włoskim natarczycielom. Jak do tej pory, zastosowałam już polskie „spadówa” i włoskie „vaffanculo”, muszę jeszcze podszkolić dialektowe „dasci te u’velen” – czyli „idź się otruj”. Gdy w ramach riczerki, zapytałam Cristi, czy istnieje odpowiednik „nie dla psa kiełbasa” lub „za wysokie progi na twe chamskie nogi”, powiedziała mi, że niestety nic o tym nie wie (chociaż ubawiły ją te polskie powiedzonka). Zaczynam już rozumieć, ten naród jest wychowywany bezkompleksowo. Aczkolwiek, będę dalej niestrudzenie pracować nad znalezieniem jakiś mocnych słów na Włochów, co im się wydaje, że mogą cmokać, mamrotać i składać niemoralne propozycje na ulicy. Tak mi dopomóż słowniku garzanti, włoska koleżanko i riczerko w internecie. Ameno!

czwartek, 7 kwietnia 2011

La legge è uguale per tutti.

Błondżornoł, jak mawiał Brad Pitt. Właśnie na mojej playliście śpiewa Claudia Mori „chi non lavora, non fa l’amore”, więc zgodnie z zaleceniami piosenki, pracuję jak mróweczka. A jak nie pracuję, to mam wyrzuty sumienia, że się lenię. Nie poznalibyście mnie!
Dziś będzie o włoskim sądzie. Podobnie jak w kraju nad Wisłą i Odrą, Włosi mają dwie podstawowe instancje, rejon i okręg. Sąd rejonowy to giudice di pace (sędzia pokoju), a okręgowy to tribunale. Włoski sąd, szczególnie tu, na Południu, nie przypomina w ogóle tego, do czegośmy przyzwyczajeni. Nie ma ustalonej godziny rozprawy, są ore di rito, czyli godziny urzędowe, podczas których odbywają się rozprawy.  Klienci prawie w ogóle się nie pojawiają, jest za do marea di avvocati (tłum), w każdym wieku, o każdym stylu. Są ci w garniturach, ci w sweterkach, luzaccy w kurteczkach skórzanych, particolari, w różnych dziwnych ubraniach. Ostatnio widziałam adwokata-sobowtóra Stinga i adwokata, który miał lazurową marynarkę, białe spodnie, conversy, okularki-lustrzane niebieskie (occhiali a specchio) i torbę Luis Vuitton. I rozwiany włos. Okularów nie zdejmował nawet na sali rozpraw. Czy wspomniałam już, że na bank był po 40.? Włoski luz. Na salę rozpraw może wejść każdy, prawda jest taka, że zawsze jest tłum adwokatów, rumor, akta walają się po stołach. Procedura polega na tym, że najpierw szuka się swojego fascicolo (akt), potem szuka się adwokata drugiej strony (najczęściej podchodząc i pytając:  „studio x? avvocato x?”), potem siada się i pisze verbale, czyli uzupełnia się akta zaznaczając, że "è presente per … avvocato…" i pisząc co tam się chce. Czasami pisze się zeznania świadków, czasami wnioski. Na moje pytanie, czy nie powinien twego robić sekretarz, Elda odpowiedziała, że tak, ale jak robi się to samemu to jest szybciej. Potem idzie się do sędziego, kładzie się akta na sam spód kupki i czeka w tłumie, aż cancelliere (sekretarz) wywoła sprawę. I czasami czeka się godzinami. Santa pazienza! Więc wtedy czeka się posłusznie, czasem idzie się załatwić coś do sekretariatu, czasem pracuje się nad przygotowaniem jakiegoś dokumentu, czasem prowadzi się small talki; wtedy właśnie dowiaduję się o tajnikach profesji adwokata (na którą składa się tu głównie czekanie i odbieranie telefonów). Byłam zaskoczona, że tak mało się dzieje na tych rozprawach. Sędziowie w garniturach, przyjmują adwokatów jak jacyś administratywiści, wokół miejsca, gdzie urzęduje sobie sędzia jest zawsze dziki tłum, niektórzy odbierają telefony, za co nie zawsze są karceni, a jeżeli już, to sędzia krzyknie: „avvoca’!”. Nie czuje się rispektu i powagi instytucji. Togi nosi się jedynie w sprawach karnych lub w apelacji (widziałam nawet raz, takich ślicznych, przystrojonych sędziów, ale niestety, tylko raz). Ogólnie jest dużo starych adwokatów, ale również dużo młodych, choć jak z Eldą stwierdziłyśmy, że solo paskuda, niente ciacho; tylko pan, który sprzedaje kodeksy jest carino, ale nawet nie bello. Więc sobie plotkujemy i zacieśniamy amicizię.
Wczoraj byłam na rozprawie za zamkniętymi drzwiami. I w końcu poczułam się jak w sądzie. Na sali rozpraw tylko strony, adwokaci, praktykanci. Sekretarz, który pisze na komputerze (jak Bóg przykazał), sędzia, prezes sądu, który wzbudza respekt (choć dalej w garniturze). Na wstępie avvocato Paolo zapytał, czy nasza koleżanka, Polka, która robi riczerkę i jest u nas na praktyce może wziąć udział w rozprawie, sędzia się zgodził. Zapytał czy rozumiem po włosku, na co, zanim jeszcze zdążyłam odpowiedzieć, Elda i avvocato odpowiedzieli chórem „benissimo”. Potem, gdy wszyscy już usiedli, zostało jedno krzesło i 5 praktykantek, na co sędzia zaproponował, że może sobie usiądzie „la nostra collega polacca”. Więc siedziałam i słuchałam, i w końcu poczułam się jak na prawdziwej rozprawie (którą wygraliśmy). 
Postaram się jakoś ukradkiem zrobić zdjęcia tego zwykłego sądowego macello (rozgardiaszu w mogadiszu), bo naprawdę, jest co oglądać. Tymczasem, borem lasem, spadam do roboty. 

poniedziałek, 28 marca 2011

Prendere due piccioni con una fava.

Czyli złapać dwa gołębie przy pomocy jednego bobu (boba? sorry kojarzy mi się) - dziś kulinarnie. W sobotę, jak każda porządna casalinga (housewife) poszłam na zakupy. Chociaż Mamma ostrzegała, że ma nadejść chmura radioaktywna znad Japonii, to nie mogłam się oprzeć pokusie zobaczenia mitycznego mercato di frutta e verdura. Wiedziałam, mniej więcej, gdzie się znajduje, więc poszłam na oślep, bez pytania o drogę. Gdy zobaczyłam ludzi z siatkami pełnymi świeżego warzywa, zrozumiałam, że to już niedaleko. Podążałam więc szlakiem siatek wypełnionych dobrami południa i w końcu trafiłam na mercato. I nie mogłam przestać się śmiać (choć starałam się jak mogłam, aby nie dać po sobie poznać, żem straniera). Już kiedyś byłam na takim mercato – rok temu na Sycylii. Sprzedawcy wydzierający się na całe gardło: „śliczne melanzany, świeżutkie, kupujcie!”, „kupujcie, kupujcie, jutro mnie tu nie będzie!”, „signora, co dla pani?”. I musicie wiedzieć, że to było włoskie wydzieranie, czyli głośno, wesoło i przekonująco. Przepychałam się wśród włoskiego tłumu babć, dziadków, dzieciaczków i dorosłych, którzy, tak jak ja, wybrali się na targ. Współlokatorka uprzedziła mnie, że najlepiej jest przejść się, zobaczyć gdzie ładny towar, gdzie korzystne ceny, a dopiero potem zrobić zakupy. Tak też uczyniłam. Obkupiłam się w truskaweczki, pomarańcze na spremutę (świeżo wyciskany sok), cykorie, jabłuszka, bób, pietruszkę, orzechy, marcheweczki, cukinie, pomidorki, cebulkę i czosnek oraz vongole, i to za jedyne 10 euracza. Sprzedawcy wszystko zaokrąglają do pełnych sum, więc nawet jak coś kosztuje 65 centów za kg, to mówią: „hej, hej, weź za euro, weź za euro” – jeszcze nie nauczyłam się mówić „nie”, tym bardziej jeżeli chodzi o świeże warzywa i owoce, więc mniej więcej kontrolując, ile czego dostaję i za ile, kupowałam z radością dziecka. Dwa razy dostałam opr za opieranie się swoimi zakupami o wyłożony towar – nie cackają się; w końcu, im głośniej sprzedawca krzyczy i im ładniej towar wygląda, tym lepiej się sprzeda. Zdjęć mercato nie zrobiłam, ale nadrobię to; tymczasem moje owocowo-warzywne łupy - poniżej.














Drugą część posta zajmie przepis, którego nauczyłam się od Roby, mojej współlokatorki z Bolonii. Roby pochodzi z Salerno, nadmorskiej miejscowości koło Neapolu, i jak domniemanie każe domniemać, umie gotować ryby (il pesce – czyli włoskie określenie na wszystko, co w morzu pływa, włączając w to owoce morza – po prostu mówi się pesce). Przepis oryginalnie jest na vongole (czyli takie mniejsze, jaśniejsze i bardziej okrągłe muszle), ja natomiast na targu kupiłam cozze (czyli muszle czarne, podłużne i większe) – jak ktoś zna polskie nazwy, to proszę mnie poprawić. Oczywiście zorientowałam się dopiero w domu, że pół kilo kupionych małż, to nie to, co gotowałam wcześniej, ale pomyślałam sobie, że jedno i drugie pochodzi z morza, ma muszlę, w środku jest mięsko, więc na pewno przygotowuje się  tak samo. I się nie pomyliłam. Choć muszę przyznać, że miałam trochę cykora, czy mi wyjdą, bo jednak robiłam je tylko 2 razy w życiu, w rocznych odstępach czasu. Allora, pora na przepis i na zdjęcia.
Jak każde owoce morza, również i cozze, na początku nie wyglądają zbyt apetycznie. Przeważnie są brudne, w piaseczku i z bóg wie czym poprzyczepianym do muszelek. Trzeba je umyć, obczyścić i wrzucić do miski pełnej chłodnej wody (w ten sposób pozbędziemy się piaseczku, który skrył się w muszlach). Najlepiej zostawić je na godzinę i zająć się czymś przyjemnym, lub pożytecznym (ja poszłam do supermarketu, była akurat pausa pranzo, ergo, nie było tłumów, bo Włosi wcinają o tej porze pastę; wszystko jest pozamykane, a ulice opustoszałe).
Wracając do tematu - następnie trzeba naszykować garnek, nalać ociupinkę wody na dno, wstawić na gaz i bezlitośnie wrzucić muszle do garnka. Przykryć przykrywką. Muszle zaczną się otwierać, należy je trochę poprzerzucać, żeby wszystkie miały okazję powiedzieć nam „buongiorno”. W tym momencie wstawiamy wodę na makaron. Muszle odstawiamy aby przestygły, woda się gotuje, a my zabieramy się za sos. Jak sztuka kulinarna każe, przygotowanie sosu powinno trwać tyle, ile gotowanie się makaronu. Nie ma więc czasu do stracenia. Na patelnię, na zimną jeszcze oliwę, wrzucamy czosnek (ja kroję w plasterki) i pilnujemy, żeby się nie przypalił, bo wtedy paskudnie capi i jest niejadowity. Zmniejszamy ogień, wrzucamy półtora garści pomidorków koktajlowych poprzekrajanych na połówki (można też wrzucić dwa pomidory bez skórki, pokrojone w kosteczkę; odradzam passatę, czyli przecier pomidorowy, cały urok potrawy polega na tym, że produkty mają być świeże). Przykrywamy, aby pomidorki zrobiły się miękkie, odrobinę solimy i zabieramy się za vongole. Bodajże Nigella mówiła, że muszle, które się nie otworzyły należy wyrzucić, ale z kolei Roby twierdziła, że wcale nie. Bardziej wierzę Włoszce, w końcu jak kupiliśmy świeże owoce morza, to są świeże i basta. Zawsze też można skontrolować, jak się cozze miewają i wtedy, w razie czego, pozbyć się tych nieświeżych. Możemy wrzucać całe muszle do sosu lub też wyjąć mięsko małżowe i tylko je wrzucić. Ja wybrałam parę ładnych muszli i wrzuciłam je w całości, resztę obrałam (wygodniej w jedzeniu, a te parę muszli to na ozdobę). Gdzieś w międzyczasie, na bank, zawrzała nam woda, wrzucamy makaron i pilnujemy, mi raccomando, aby się nie rozgotował i był al dente. Ja wybrałam bucatini, czyli makaron podobny do spaghetti, tylko że z dziurką w środku. Sos gotujemy pod przykryciem, aby smaki się przegryzły, pilnujemy makaronu; w międzyczasie (jeżeli zostaliśmy obdarzeni podzielnością uwagi), nakrywamy stół, myjemy gary, ogarniamy kuchnię. Na koniec odlewamy makaron, wrzucamy z powrotem do garnka i dodajemy sos. Możemy gotować makaron minutę krócej i ostatnią minutę pogotować makaron i sos razem; w ten sposób makaron przejdzie nam smakiem sosu. Podajemy z białym winem, nie sypiemy żadnym parmezanem (boże broń!), jeżeli lubimy posypujemy pietruszką.
Jeszcze parę uwag.
Sos powinien złapać pomarańczowy odcień (w reakcji z czosnkiem) – nie wiem, czemu tak się dzieje, ale tak jest (dogmat).
Do pasty warto jest podać chleb, aby można było fare la scarpetta, czyli wybrać z talerza resztki sosu.
Na koniec podajemy espresso (najlepiej z cukrem trzcinowym).
I parę uwag nt. owoców morza in generale.
Oprócz pierwszego złego wrażenia, które robią, są pyszne. Najlepsze świeże, z targu rybnego, te supermarketowe odradzam. Aby nie zepsuć ich naturalnego smaku, nie należy używać za dużo przypraw. Wystarczy czosnek, pietruszka i sok z cytryny. Ogólnie, Włosi nie przesadzają z przyprawami, gdyż liczy się prawdziwy, naturalny smak składników, a przyprawy mają go jedynie podkreślić, a nie zabić (co u nas, niestety, często się zdarza, np. przy sosie bolońskim z kilogramami oregano, bazylii, pieprzu etc.)
Na koniec najlepsza notizia.
Oprócz tego, że jest to danie szybkie, smaczne i wyszukane, to koszt wykonania całej potrawy zamknął się w 3 euro. Najdroższe były cozze, 1 euro za pół kilo. Porcja wyszła dwuosobowa, ale zjadłam ją sama!
Poniżej zdjęcia z poszczególnych etapów przygotowywania potrawy.

wtorek, 22 marca 2011

raport potentino, czyli weekend w Potenzy

Przyszedł czas na relację z weekendu w Potenzy. Na wstępie, muszę Was pocieszyć, że pogoda na południu wcale mnie nie rozpieszcza. Każdy, kto myśli, że niebo jest niebieściutkie, słoneczko świeci, a wietrzyk przesuwa białe obłoczki po niebie – jest w błędzie. Piove (pada), tira vento (wieje wiatr) i jest relatywnie zimno (temperatura waha się od 7 do 19 stopni). W Potenzy, jako, że jest to najwyżej położona stolica regionu Włoch (coś około 900 m. n.p.m.) jest zawsze zimniej i bardzo często pada. Ten weekend nie był wyjątkiem. A ja, oczywiście, nie mam ciepłych ubrań, bo przecież przyjechałam cieszyć się wiosną, ciepełkiem i plażą (haha, najwcześniej za miesiąc). Allora, gdy zobaczyli mnie moi koledzy, powiedzieli, że jestem pazza (szalona), że nie wzięłam ciepły ubrań. Na powitanie dostałam więc męskie piumino, czyli włoskie klasyczne ubranie (kurteczka wypełniona pierzem) i ciepłe męskie skarpetki, które nosiłam do balerinek. Na szczęście, „męskie” we Włoszech równie dobrze może być pojmowane jako „unisex”; skarpetki były ciepłe, ale cienkie, a piumino było nie za wielkie i z lekko błyszczącego materiału (a notabene, moi koledzy są dalecy od bycia metro, tak jak polska pizza daleka jest od pizzy włoskiej). W Potenzy gościli mnie Giovanni i Gianluca, których poznałam w listopadzie na projekcie UE. Obaj pracują w radio Redazione, które miałam przyjemność zwiedzać na afterparty (i tak zawarliśmy tę naszą amicizię).
W sobotę, 19 marca, odbywał się marsz przeciwko mafii, był to też dzień upamiętniający jej ofiary. Radio Redazione było zaangażowane w manifestację, organizowali oprawę muzyczną tego wydarzenia i dzięki nim mogłam siedzieć sobie na pozycji polskiego VIPa wśród ponad 40tysięcznego tłumu młodych ludzi, którzy przyjechali z całych Włoch, aby wyjść na ulicę i zaprotestować. Włosi z flagami (produkcji własnej lub otrzymanymi od organizatorów), rewolucyjnymi piosenkami na ustach (odsyłam do yt: „Bella ciao”, „Cento passi” etc.) przeszli się po Potenzy – kolejne odesłanie, tym razem do zdjęć.
Pierwszy raz byłam na tak dużej manifestacji, pierwszy raz we Włoszech. Przeżycie niesamowite –nadzieja, solidarność, niezgoda na to, co dzieje się złego w ich kraju. Warto było zobaczyć to z bliska, uczestniczyć w wydarzeniu, które gloryfikuje aktywną postawę i dążenie do przemian (na pohybel tym, którzy postawili krzyżyk na naszym pokoleniu!).
Trochę padało, jednak na ciężarówce, z parasolką i winem do rozgrzania, wcale nie było mi źle. Poza tym, miałam świetną miejscówę do fotografowania (czyli właściwie wszystko, czego człowiek może chcieć od życia). Po powrocie do domu, zjedliśmy obiad z rodzicami Gianluki, pochwalam w tym miejscu zdolności kulinarne włoskich mam (a jest to kolejna, którą poznaję). Wieczorem przyszła pora na imprezę organizowaną przez chłopców. Grali Southboyz Sound, Briganti Sound i Fido Guido. Jak na prawdziwą groupie przystało, na miejscu byłam już o 19, obserwowałam rozkładanie sprzętu, próby dźwięku etc. - muszę przyznać, że trochę się nudziłam, ale całe szczęście było wifi, więc czekałam sobie spokojnie aż sprawy nabiorą większego tempa (jedna z podstawowych zasad w Italii – nie spieszyć się i nie poganiać innych). W międzyczasie próbował mnie zarywać brzydki pan organizator z klubu, upewniając się przedtem trzykrotnie, że nie jestem dziewczyną żadnego z kolegów. Ale się nie dałam, dość brzydkich Włochów! A poza tym, byłam groupie, a to zobowiązuje. Zjadłam z chłopcami kolację, napiłam się winka, wypaliłam fajeczkę i poszłam zwiedzać pokoje, w których byli zaalloggiowani (zakwaterowani), oglądać największą lunę (akurat przypadała pełnia i ten moment, kiedy księżyc znajduje się najbliżej ziemi – podobno trafia się to raz  na 20 lat) i pogadać. A raczej posłuchać. Chłopcy z Potenzy i Neapolu rozmawiali bowiem w dialekcie, lub też niewyraźnie, lub też o tematach, osobach, wydarzeniach, o których słyszałam po raz pierwszy. Więc sobie siedziałam i słuchałam, czasami dorzucając swoje trzy polskie grosze pomiędzy ich miliony euro dyskusji. W końcu, gdy przyszła pora na koncert (a musicie wiedzieć, że we Włoszech imprezy zaczynają się ok północy), zeszliśmy wszyscy, oni zabrali się za granie, ja za tańczenie, popijanie drinków (ze zniżką od pana organizatora) i rozmowy ze znajomymi (których nagle się trochę pojawiło, byłam bowiem przedstawiana tryliardom osób, których imion nie miałam szans zapamiętać). Wybawiłam się, impreza skończyła się o 5, a o 6 byłam już w łóżeczku. A potem szybciutko (magari!) do Bari. To tylko 170km, ale podróż trwała aż 3,5h, bo teren górzysty, autobus wolny, a w międzyczasie przesiadka w Materze i półgodzinna włoska kłótnia w autobusie (bo ludzie się nie pomieścili, a jak już się zmieścili, to nie chcieli schować walizek do luku, tylko trzymali je w autobusie). Tak jak podejrzewałam, wróciłam niewyspana, distrutta (zniszczona), ale zadowolona.
A dziś na obiad przygotowałam południowy klasyk – insalata di riso, czyli ryż, warzywa marynowane i mortadela pokrojona w kosteczki. Wyszło boskie. Przy pierwszym kęsie, przypomniało mi się Gallipoli (jak herbatka u Prousta), gdyż było to jedno z głównych dań przy aperitivo w Buenie Viście. Molto nostalgico. Zaraz wracam do pracy, bo już prawie po pausa pranzo (przerwie obiadowej). Całe szczęście, 15 stopni, słońce świeci i jest przyjemnie. Arrivederci!

piątek, 18 marca 2011