czwartek, 7 kwietnia 2011

La legge è uguale per tutti.

Błondżornoł, jak mawiał Brad Pitt. Właśnie na mojej playliście śpiewa Claudia Mori „chi non lavora, non fa l’amore”, więc zgodnie z zaleceniami piosenki, pracuję jak mróweczka. A jak nie pracuję, to mam wyrzuty sumienia, że się lenię. Nie poznalibyście mnie!
Dziś będzie o włoskim sądzie. Podobnie jak w kraju nad Wisłą i Odrą, Włosi mają dwie podstawowe instancje, rejon i okręg. Sąd rejonowy to giudice di pace (sędzia pokoju), a okręgowy to tribunale. Włoski sąd, szczególnie tu, na Południu, nie przypomina w ogóle tego, do czegośmy przyzwyczajeni. Nie ma ustalonej godziny rozprawy, są ore di rito, czyli godziny urzędowe, podczas których odbywają się rozprawy.  Klienci prawie w ogóle się nie pojawiają, jest za do marea di avvocati (tłum), w każdym wieku, o każdym stylu. Są ci w garniturach, ci w sweterkach, luzaccy w kurteczkach skórzanych, particolari, w różnych dziwnych ubraniach. Ostatnio widziałam adwokata-sobowtóra Stinga i adwokata, który miał lazurową marynarkę, białe spodnie, conversy, okularki-lustrzane niebieskie (occhiali a specchio) i torbę Luis Vuitton. I rozwiany włos. Okularów nie zdejmował nawet na sali rozpraw. Czy wspomniałam już, że na bank był po 40.? Włoski luz. Na salę rozpraw może wejść każdy, prawda jest taka, że zawsze jest tłum adwokatów, rumor, akta walają się po stołach. Procedura polega na tym, że najpierw szuka się swojego fascicolo (akt), potem szuka się adwokata drugiej strony (najczęściej podchodząc i pytając:  „studio x? avvocato x?”), potem siada się i pisze verbale, czyli uzupełnia się akta zaznaczając, że "è presente per … avvocato…" i pisząc co tam się chce. Czasami pisze się zeznania świadków, czasami wnioski. Na moje pytanie, czy nie powinien twego robić sekretarz, Elda odpowiedziała, że tak, ale jak robi się to samemu to jest szybciej. Potem idzie się do sędziego, kładzie się akta na sam spód kupki i czeka w tłumie, aż cancelliere (sekretarz) wywoła sprawę. I czasami czeka się godzinami. Santa pazienza! Więc wtedy czeka się posłusznie, czasem idzie się załatwić coś do sekretariatu, czasem pracuje się nad przygotowaniem jakiegoś dokumentu, czasem prowadzi się small talki; wtedy właśnie dowiaduję się o tajnikach profesji adwokata (na którą składa się tu głównie czekanie i odbieranie telefonów). Byłam zaskoczona, że tak mało się dzieje na tych rozprawach. Sędziowie w garniturach, przyjmują adwokatów jak jacyś administratywiści, wokół miejsca, gdzie urzęduje sobie sędzia jest zawsze dziki tłum, niektórzy odbierają telefony, za co nie zawsze są karceni, a jeżeli już, to sędzia krzyknie: „avvoca’!”. Nie czuje się rispektu i powagi instytucji. Togi nosi się jedynie w sprawach karnych lub w apelacji (widziałam nawet raz, takich ślicznych, przystrojonych sędziów, ale niestety, tylko raz). Ogólnie jest dużo starych adwokatów, ale również dużo młodych, choć jak z Eldą stwierdziłyśmy, że solo paskuda, niente ciacho; tylko pan, który sprzedaje kodeksy jest carino, ale nawet nie bello. Więc sobie plotkujemy i zacieśniamy amicizię.
Wczoraj byłam na rozprawie za zamkniętymi drzwiami. I w końcu poczułam się jak w sądzie. Na sali rozpraw tylko strony, adwokaci, praktykanci. Sekretarz, który pisze na komputerze (jak Bóg przykazał), sędzia, prezes sądu, który wzbudza respekt (choć dalej w garniturze). Na wstępie avvocato Paolo zapytał, czy nasza koleżanka, Polka, która robi riczerkę i jest u nas na praktyce może wziąć udział w rozprawie, sędzia się zgodził. Zapytał czy rozumiem po włosku, na co, zanim jeszcze zdążyłam odpowiedzieć, Elda i avvocato odpowiedzieli chórem „benissimo”. Potem, gdy wszyscy już usiedli, zostało jedno krzesło i 5 praktykantek, na co sędzia zaproponował, że może sobie usiądzie „la nostra collega polacca”. Więc siedziałam i słuchałam, i w końcu poczułam się jak na prawdziwej rozprawie (którą wygraliśmy). 
Postaram się jakoś ukradkiem zrobić zdjęcia tego zwykłego sądowego macello (rozgardiaszu w mogadiszu), bo naprawdę, jest co oglądać. Tymczasem, borem lasem, spadam do roboty. 

Brak komentarzy: