środa, 29 grudnia 2010

ci lu peperoncinu

zalecam i dobrze radzę: nie gotować pasty z peperoncino a potem nie próbować zakładać soczewki. osobno można, razem never!
wczoraj, nie bacząc na to, że już powinnam wychodzić na koncert, radośnie ukłoczyłam pastę z peperoncino i boczkiem, a potem w pośpiechu umyłam ręce i poszłam zakładać soczewki. efekt był taki, że oko mi spuchło, przekrwiło się, wyglądałam jak siostra frankensteina. 

na szczęście umiem się dobrze umalować, więc nie było to aż tak widoczne.

wtorek, 21 grudnia 2010

akcja abstrakcja.

to trochę se popiszę, jak już siedzę w chałupie, w piżamie, w szlafroku, z katarem i z kaszlem. garść aktualności. moje silne postanowienie, że już nigdzie nie wychodzę po weekendzie legło w gruzach już w poniedziałek. z zakupami świątecznymi uwinęłam się chybcikiem, natomiast potem objezatelna siatkówka i wigilia z rusycystami. 
...
co do siatkówki - nie żebym była mistrzuniem, nawet nie jestem dobra. ani na średnim poziomie. jestem lamą. jak słusznie stwierdził mój brat, wprowadzam zamęt na boisku. zdarzają mi się akcje w stylu, że już już odbiorę piłkę, ale nagle tchórzę i się chowam. to może brzmi śmiesznie, ale wcale nie jest. szczególnie gdy gra się w drużynie z samymi facetami, gdzie aż kipi od testosteronu i sportowej rywalizacji. jestem kolorową, śmieszną, luzacką i lamowatą przeciwwagą do męskiego świata siatki w poniedziałki o 20:30. choć muszę przyznać, że robię postępy. do formy z sksów z podstawówki jeszcze daleko, ale się nie poddaję. 
...
na wigilię z rusycystami z powodu nalegań i zaproszenia na pierogi zdecydowałam się jechać na koniec świata (czytaj na skarpę w toruniu). po włosku scarpa to but, więc lubię; w toruniu to strasznie daleko, choć google mówią, że tylko 9km, to i tak dla mnie, jako osoby poruszającej się w obrębie starówki i bielan, przeważnie na pieszo, jest to jak wybranie się gdzieś hen hen. tam jest już las, zagajnik i pętla tramwajowa.
rusycyści jak zwykle nie zawiedli, były ruskie świąteczne piosenki, pierogi, sałatka, ciasto, ciasteczka, bro i wódka. i fajeczki. choć niektórzy, tu ukłon w stronę Basi-cieburaszki, mieli pewien problem z wigilią i obecnością alkoholu (bo przecież kolędy lecą, wódki nie pijmy), to i tak większość, jak przystało na wszystkie nieprawdziwe wigilie, radośnie wychylała kolejne bro/kieliszki wody życia. po pewnym czasie, jak na każdej imprezie, która kończy się późno, wszyscy zmulili, porozkładali się jak zwierzęta na podłodze i łóżku i oglądaliśmy filmiki z jutuba. wielką popularnością cieszył się niejaki pan z siłowni, który reklamuje suplementy. swoją drogą, niezłe połączenie: wigilia i hardkor koksu. w pewnym momencie, zorientowaliśmy się, że nie zdążymy na najbliższy nocny, więc z perspektywą czekania godziny dwadzieścia do następnego, jako stara cioteczka, zaanektowałam łóżko współlokatorki i radośnie przysnęłam. podobnie jak pozostałe laski.  jednak nie można tego nazwać pełnowartościowym snem, gdyż chłopcy zafascynowani hardkorem koksu, cały czas oglądali na przemian 2 filmiki. ku przestrodze załączam jeden.
...
wracam do "nieznośnej lekkości bytu". ciao!

niedziela, 19 grudnia 2010

republika marzeń?

wczoraj. jeden z tych dni w roku, na które czeka się z niecierpliwością. koncert pamięci Grzegorza Ciechowskiego w miejscu, w którym Republika stawiała swoje pierwsze kroki. co roku jest to duże wydarzenie artystyczne, występujący goście interpretują utwory obywatela g.c. do tej pory byłam na 3 koncertach, co daje mi pewną możliwość porównania i oceny tego, co działo się wczoraj. zresztą, wolnoć tomku na swoim blogu.
...
zespoły i wykonania, które usłyszałam były inne niż zazwyczaj. bardziej awangardowe, alternatywne, non-konformistyczne. i chwała panu. zauroczył czesław śpiewa, który przy akompaniamencie harfy wykonał "takie tango" i "odchodząc", utwory śpiewane przez gabę kulkę zyskały zupełnie nowe wartości artystyczne poprzez oparcie się na nowych środkach wyrazu (niesamowity wokal, ukulele w duecie z czesławem). kaśka kowalska była bardziej rockowa niż republika, kobiecina dała czadu. jak wspominał piotr stelmach, po trójkowym koncercie promującym nową płytę kowalskiej z coverami republiki, leszek biolik powiedział, że to najlepszy koncert republiki, na którym był. oczywiście dla zagorzałych fanów biało-czarnego zespołu te słowa, to prawie herezja. podobnie jak i inne wykonania, które miałam wczoraj okazję usłyszeć. niestety, wedle łacińskiej sentencji damnant quod non intelligunt, część widowni, która cieszy się mianem "szczególnej i wymagającej" nie zrozumiała. i potępiła. nie chodzi już nawet o laureatów nagrody im. g.c., zespół paristetris, który szokował, wprowadzał muzyczne wariactwa i wymagał wyrozumiałości od słuchacza. rozumiem również skandowanie "republika" podczas niektórych występów. ale, na boga! (religijność w tym poście sięga górnych granic) dlaczego ta wyrafinowana publika nie mogła zachować ciszy podczas występów artystów, którzy przekazywali niesamowite emocje i ubogacali utwory grzegorza o nowe walory dźwiękowe? (wspomniana kulka i czesław). 
po mojemu, niektórzy nie dorośli do pewnego rodzaju odbioru artystycznego. a może po prostu brak im kultury. wczoraj wieczorem podziękowałam w duchu szkole muzycznej za to, że wykształciła u mnie wrażliwość i zrozumienie dla sztuki i szacunek dla artysty. mogę nie rozumieć, może mi się nie podobać, ale na czas występu zamykam buzię na kłódkę i staram się użyć siły intelektu do jak najlepszego percypowania dzieła.
...
nie wspomnę już o dwóch szalonych nastoletnich groupies zespołu no no no, które aż z rzeszowa przyjechały tylko po to, żeby zobaczyć chłopców z gitarami. nie muszę dodawać, że po ich występie od razu wyszły (robiąc nam miejsce tuż przy barierce - może to i lepiej?) skąd wiem, że z rzeszowa? otóż uzbrojone w zeszyt i marker pisały miłosne kartki do gitarzysty zespołu. mogłam również spisać numer telefonu i imię jednej z nich, bo i to było zawarte w tej dziwacznej korespondencji. pewnych rzeczy naprawdę nie zrozumiem. jestem tylko ciekawa, co by powiedzieli na to ich rodzice. (zmiana perspektywy wskazuje na starzenie się autorki, przyp. redakcji)
nie wspomnę też o pani, która rzuciła mi przecudną wiązanką, gdy dołączyłyśmy tuż przed koncertem do znajomych pod sceną.  jestem pacyfistą i człowiekiem dobrze wychowanym (magari!) i nie umiem odpowiadać obcym ludziom po chamsku, więc po prostu zapytałam: "czy jest jakiś problem?", na co ona poinformowała mnie, że chciała robić zdjęcia, a teraz to już wszystko stracone. mogłam jej zapytać, czy ma akredytację, czy musi być taką chamicą, czy chce wyjść na solo, ale w pewnych sytuacjach lepiej dać sobie spokój. co i uczyniłam. oczywiście, koniec końców, nie miała najmniejszego problemu z robieniem zdjęć.
...
jeszcze co do focienia. w epoce, gdy w każdym telefonie mamy aparat o iluśtam zajebistych pikselach, naród jak szalony foci co się da. koncerty, lustrzanki, cyfrówki, komórki. zastanawiam się po co? żeby mieć wspomnienie? sama swego czasu utrwalałam takie eventy, lecz po pewnym czasie, doszłam do wniosku, że bardziej skupiam się na przesłonie, iso, ujęciu, niż na tym, po co tak naprawdę przyszłam, na przeżyciu artystycznym. odkładam więc aparat na półkę i wystawiam się na emocjonalne doznania.

koncert był niezwykły, artyści dopisali, ale czy była to republika marzeń? w takiej republice, przy takiej publice, to ja wolę być apatrydą.
...
z czasów, gdy jeszcze fociłam. rok 2007, pierwsze fotokroki.

























czwartek, 16 grudnia 2010

fenksgiwin

przychodzi taki czas w roku, kiedy podsumowuje się to, co w nim zaszło. niektórzy robią to na fejsie poprzez aplikację "my year in fcb status",  Żydzi mają na to czas pomiędzy Rosz ha Szana i Jom Kippur, za wodą wielką i nie znów taką czystą (szczególnie od eko-katastrofy petroleum brytyjskiego) robi się to wcinając indyka - tak to więc i ja postanowiłam coś na kształt fenksgiwin poczynić hic et nunc - tu i teraz.
...
ogólnie, rok był dobry. (mam nadzieję, że nie wpisze się to w dotychczasowy schemat: rok dobry-rok nieudany i że 2011 będzie jeszcze lepszy). nie mogę narzekać, choć wyrosłam w narodzie, gdzie jest to nadzwyczaj popularne. więc będzie wielkie fenks! nie bójcie się, obędzie się bez nazwisk.

wielkie fenks dla ludzi, dzięki którym ten rok był niezapomniany; tym którzy towarzyszyli mi na codzień, i tym, z którymi spędziłam czas na dzikich wojażach i przygodach. wielkie fenks dla tych, którzy pojawiają się od czasu do czasu, dla ról epizodycznych. dla tych, którzy obdarzyli mnie pozytywnymi emocjami i tych, którzy mnie wkurwiali. (jak widać, póki co żyję i mam się dobrze, a nauczyłam się dzięki nim większego wyjebania, czy jak kto tam woli - odporności psychicznej).

dzięki moim bliskim za szczerość, bycie obok, często też krytykę, przywracanie do pionu. 
dzięki przyjaciołom za w/w plus wspólne przeżycia, insajty, synchrony, dzielenie się przeżyciami i tym, co buduje nasze życia.
dzięki koleżeństwu za towarzyszenie i za przechodzenie niektórych osobników z tej kategorii do kategorii w/w.
dzięki moim uczniom (jeeeee, wiedziałam, że to kiedyś nastąpi) za to, że dzięki nim cały czas mam kontakt z italią, za to, że zmuszają mnie to ciągłej pracy nad sobą, za słuchanie moich włoskich historii i dawanie satysfakcji z takiej prostej rzeczy jaką jest uczenie.
dzięki tym wszystkim, których spotkałam w minionym roku, którzy mają w swoim oku (piękny rym) błysk kumacji życiowej, których ścieżki życia układają się paralelnie lub przecinają się z moimi losami zupełnie randomowo. ach te parki! (w tym miejscu, jako filolog napomknę o uniwersalności mitologii)

to było trochę wynurzeń na dziś. jak mówi Mamma: "wdzięczność to jedna z najpiękniejszych cech". a jak wiadomo, Mamma wie lepiej.

piątek, 10 grudnia 2010

you gotta fight for your right

ktoś kiedyś powiedział, że jeżeli czegoś się bardzo pragnie to cały wszechświat pomaga realizować to marzenie. 
gówno prawda.
czasami trzeba się nachodzić, napisać, nadzwonić.
...
praktykę erasmusową załatwiałam załatwiać sobie już na początku października. maile do koordynatorów, do rozmaitych studio legale w italii, telefony, przypominanie się. trochę z tym było zachodu. w końcu dziś dostałam od avvocato massimo maila z training agreement, pobiegłam na wydział, zdobyłam potrzebne podpisy i włala! ale nie bez komplikacji, bo pan odpowiedzialny za praktyki na wpia powiedział, że nie podpisze mi dokumentu, gdyż nie rozumie po angielsku i nie będzie podpisywał czegoś, czego nie rozumie. na początku myślałam, że żartuje, potem okazało się, że nie. powiedziałam, że na niego naskarżę do dziekana, koordynatora wydziałowego i bpm. (co zresztą zrobiłam). podpisał się za niego dziekan. smash paranoia! ale swoje wychodziłam i uprzejmie donoszę, że jeżeli świat nie runie, nie będzie apokalipsy lub nie umrę, to jadę na praktykę do bari (tak, tak, samo południe). i już w marcu 2011 będę wygrzewać się w południowym słońcu wtedy, gdy w pl będą jeszcze przymrozki, a przy dobrych wiatrach - roztopy. poza tym, jak mówi mój training agreement, będę chodzić do sądu, pisać pisma, robić prawniczy risercz i towarzyszyć prawnikom w ich codziennych zadaniach. mam nadzieję, że będzie to też picie espresso. 
...
z tego to właśnie powodu I can't stop smiling! simply, I CANNOT! jak powiedział mi pewien włoch - "Dai, che ci ritorni in Italia....ne sono convinto..prima o poi ma ci ritorni!" na co odpowiem, jak Misia (jej pierwsze zdanie w języku dantego, o zupełnie uniwersalnym zastosowaniu): e' vero!

czwartek, 9 grudnia 2010

środa, 8 grudnia 2010

kto rano wstaje

ten musi położyć się odrobinę wcześniej (niż o 5 jak zazwyczaj)
ten może zjeść śniadanie o normalnej porze, i o dziwo na czilu, z kaweczką
ten może uczyć włoskiego o 8:30 (danke! jak powiedziała moja uczennica zamiast grazie - ale bądźmy ludźmi, rano może się pomylić)
ten już o 10 dzwoni do Mammy, do avvocato w bari, spółdzielni, biura programów międzynarodowych
ten opłaca rachunki, wysyła maile, pisze na blogu
a jeszcze nie ma 11! mój boże, ileż to można zrobić rzeczy rano
...
chyba zacznę respektować stary porządek. powrót do radici ca tieni.
jestem z siebie dumna i czuję że mogę rozkurwić kosmos. czasem tak mało wystarczy ;]

niedziela, 5 grudnia 2010

bo potenza ma potencjał.

po przeżyciu klimatycznego szoku różnicy 25 stopni między deszczową i wiatrową potenzą, a mroźną warszawą, odtajaniu i obstawieniu paru lokalnych imprez, jestem gotowa by pokrótce zreferować wyjazd do potenzy na projekt youth in action. 
...
jak na mnie zachowywałam się bardzo grzecznie. w miarę punktualnie, bez przypałów, bez fidanzato del giorno. zamiast tego kulturka, dyskusje, integracja. elementu zabawy oczywiście nie zabrakło (nie tak łatwo wyrzec się swej natury), ale dowiedziałam się kilku ciekawych rzeczy (a myślałam już, że posiadłam całą wiedzę), poznałam fajnych ludzi, brałam udział w różnych warsztatach. ciężko jest opisywać takie rzeczy, bo kto nie był ten nie wie, pewnie go to nie interesi, a i mnie nie chce się na ten temat elaborować. może niech zdjęcia przekażą swoje, a ja powiem o ciekawostkach. 
http://www.youtube.com/watch?v=nX4m3Sp7fKY link do mojego pierwszego jutubowego filmiku. enjoy!
...
z Soczi zgadałyśmy się zło-to. podobnie z resztą polskiej grupy, która była, moim skromnym zdaniem, najbardziej zgrana. już w drodze z rzymu do potenzy, ku zdziwieniu reszty uczestników projektu, graliśmy w skojarzenia i "jaka to melodia". z Soczi RAZ nawet ćwiczyłyśmy jogę, ale potem jako niezrównany afterparty team przekwalifikowałyśmy się na inne sporty - tańce, hulanki, rozkminy (ćwiczenia dla mózgu zjadają ponoć dużo energii).
najlepiej integrowało nam się z włochami, którzy byli mili, grzeczni i traktowali nas jak młodsze siostry. uwzględniając w tym wszystkie bonusy bycia młodszą siostrą.
z ciekawostek, nasze afterparty najczęściej odbywało się w radio Red Azione http://www.radioredazione.it/ które serdecznie w tym miejscu pozdrawiamy. wizyty owe były sprawką naszego kolegi Giovanniego, który pracuje w tymże radio. 
ponadto braliśmy udział w okupowaniu uniwersytetu (zdjęć nie posiadam, bo komórką szkoda robić, a poza tym pewne rzeczy lepiej przeżyć zamiast ukraść im duszę fotografując je. wtedy obrastają otoczką legendy. musicie mi wierzyć na słowo). co do owej okupacji, myślę, że w polsce studenci jednak by się cykali, że nie, że nie zdadzą sesji, ktoś ich upupi. włosi natomiast impreza, na auli alkohol, fajki, inne używki, śpiwory i impreza reggae, którą rozkręcał nasz kolega Gio` jako dj. a potem oczywiście afterparty w radio. cieszę się, że do mojego kajeciku doświadczeń dołącza również i to.
historię o elfach i pamiętnikach moleskine opiszę później. jakby co przypomnijcie.
...
teraz uciekam delektować się wybornym sycylijskim winem, włoskimi serami i towarzystwem kogoś specjalnego :)
...
"koniec świata jest tak blisko uciekaj stąd, zostanie hardkor i disko." 

podpisano

Iron Woman















okupowanie teatru przez studentów w walce przeciw reformie edukacji "gelmini".
















afterparty w Red Azione.






















Signora liberta` i signor de andre'