bo wszystko jest bittersweet. szczęście i przyjemność bez bólu i smutku nie byłyby odczuwalne jako takie. bez przygniatającego grudnia, nie byłoby radosnego stycznia.
ostatnio odkryłam też, że bittersweet to nazwa koloru, który bardzo lubię. i na który, nota bene, jest wymalowana moja ściana. pszipadek?
...
ostatnio dużo rozkminiam. począwszy od snów, świadomości, przeżywania teraźniejszości a skończywszy na szczęściu.
z ostatnich doniesień wynika, że to, co często przyjmujemy za cel w naszym życiu jest tak naprawdę tylko środkiem do osiągnięcia tego, co zwiemy szczęściem. chyba wiele osób już o tym mówiło, i na pewno nie jest to oryginalna idea (piękna kalka), ale do pewnych rzeczy trzeba dojść samemu i przetrawić je kilka razy.
więc trawię mentalnie wszystko to, co przychodzi, myślę i rozkminiam.
trzeba przecież znaleźć sobie alternatywę dla nauki, gdy zbliża się sesja.
1 komentarz:
zabrdzmiały mi znajomo słowa wpisu, nawet bardzo;)
;*
Prześlij komentarz