niedziela, 31 stycznia 2010

sobota, 30 stycznia 2010

północne biegi przez śniegi, czyli nowe wydanie kopciuszka.

nie byłabym sobą, gdybym o 23:15 nie zorientowała się, że dziś upływa termin złożenia ważnych dokumentów. drukowanie wniosku, ksero załączników, double-check i kurwiąc biegłam na ile obcasy z lat 80 pozwoliły. pozwoliły w 10min. na pocztę. zdążyłam. co za karma włoska mnie ściga.
tu piękna airys śpiewa piękne elctro.
http://www.youtube.com/watch?v=VU0tgyFpU08
a od jutra akceleracja. luty będzie szybkim miesiącem. uffa uffa.

czwartek, 28 stycznia 2010

mój włoch to LUBI.

ostatnio wzięło mnie na pastę. i na robienie zdjęć albo moim notatkom albo moim obiadom. no cóż, albo się uczę albo się nie uczę albo gotuję :D
przepis na małą italię: tagliatelle, pomidory w cząstkach z bazylią, oliwki, parmezan i świeża bazylia.

 

środa, 27 stycznia 2010

italiano dentro di me.

Wenka mnie tu puściła parę filmików z enriczkiem iglesiasem, który na każdym koncercie bierze sobie laskę z widowni, hipnotyzuje, dopada i całuje. tak o. włoch w hiszpanie.
dziś jest dzień pielęgnowania swojego wewnętrznego włocha. kim jest owo stworzenie? jest to niezależna cząstka, rzekłabym molekuła szaleństwa, którą niektórzy otrzymali z kosmosu, inni przez iluminację, jeszcze inni przez pobyt we Włoszech. można to nazwać skażeniem, można lubić lub nie (facebook nie daje opcji nie lubić, ale ja jak najbardziej tak). wewnętrzny włoch domaga się pasty. wewnętrzny włoch lubi espresso, a brzydzi się i deprecjonuje kafe lungo. wewnętrzny włoch ma wewnętrznego lenia, który ma taką moc, że może przeżreć cię od środka jak pasożyt, który zawładnął ciałem żywiciela. wewnętrzny włoch nie lęka się niczego, przed niczym się nie powstrzyma i będzie czerpał radość z chwili obecnej.
...
jak pielęgnować to cudo?
dobrze karmić, słuchać włoskich canzoni, dużo odpoczywać, być sempre pronto (zawsze gotowym - niektórzy są nawet gotowsi - sono nato pronto, czyli urodziłem się gotów)
a jeżeli już naprawdę nie wiesz, co robić, usiądź w fotelu, wypij espresso, zanurz się w głębie swojej jaźni i zapytaj (najlepiej po włosku)
what would my inner italian do?/ che cosa avrebbe fatto il mio italiano interno? i just do it./ e lo fai.

wtorek, 26 stycznia 2010

lost in translation.


moje ostatnie zajęcie - tłumaczenie instrukcji obsługi maszyny vendingowej. dużo, dużo pracy. and I mean it. a przede wszystkim rozkminiania w słownikach: włosko-włoskim, włosko-polskim technicznym, włosko-angielskim, angielsko-angielskim, angielsko-polskim o co może chodzić. pewnych rzeczy po prostu nie ma. jak na przykład taka spina volante. w końcu trzeba sięgnąć do google  grafika i znaleźć wspólny mianownik dla tego ustrojstwa. pisałam już o bezpiecznikach, wyświetlaczach LCD, lampie bakteriobójczej, elektromagnesie i innych dziwnych rzeczach.  następny krok to będzie po prostu zatrudnienie się jako serwisant maszyny. w końcu będę ją znała od podszewki. i będę wiedziała co tłumacz miał na myśli. a tak na serio 12 stron w 9 godzin to niezły wynik.
w końcu skończył się tydzień lenia. hurra! cieszmy się wszyscy, sesja tuż tuż.

niedziela, 24 stycznia 2010

bittersweet.

bo wszystko jest bittersweet. szczęście i przyjemność bez bólu i smutku nie byłyby odczuwalne jako takie. bez przygniatającego grudnia, nie byłoby radosnego stycznia.
ostatnio odkryłam też, że bittersweet to nazwa koloru, który bardzo lubię. i na który, nota bene, jest wymalowana moja ściana. pszipadek?
...
ostatnio dużo rozkminiam. począwszy od snów, świadomości, przeżywania teraźniejszości a skończywszy na szczęściu.
z ostatnich doniesień wynika, że to, co często przyjmujemy za cel w naszym życiu jest tak naprawdę tylko środkiem do osiągnięcia tego, co zwiemy szczęściem. chyba wiele osób już o tym mówiło, i na pewno nie jest to oryginalna idea (piękna kalka), ale do pewnych rzeczy trzeba dojść samemu i przetrawić je kilka razy.
więc trawię mentalnie wszystko to, co przychodzi, myślę i rozkminiam.
trzeba przecież znaleźć sobie alternatywę dla nauki, gdy zbliża się sesja.

środa, 20 stycznia 2010

szpan na klawiaturze.


dorobiłam się cyrylicy na klawiaturze. będę mogła w końcu bez problemu szpanować swoim ubogim ruskaczem w opisach :)
oczywiście nie byłabym sobą gdybym czarodziejsko nie wyłączyła połowy literek w wordzie. na szczęście they`re back.
szpan fiłołoga.

poniedziałek, 18 stycznia 2010

cyryl i jego metody.


skutek niezaliczenia koła ze słówek? a raczej dwóch kół? trzeba przepisać odsłuch. dziś zajęło mi to kilka godzin i 6 stron drobną cyrylicą. a może cyryliczką?
a jak widać na załączonym obrazku numer dwa, troszku (jak mawiają wrocławscy policjanci) to ryje banię, ponieważ zamiast łacinki gdy piszę po polsku, wrzucam cyrylicę. tak jak uwieczniony na powyższym obrazku wyraz "kozaki".
złota myśl na dziś? mannaggia! czyli dammit :D

sobota, 16 stycznia 2010

głąb.

oczywiście będzie o mnie. męczę się przez 3 piosenki (nowa jednostka czasu) nad ułożeniem sobie szpanerskiego opisu na gg w cyrylicy. jak się męczę? byłam na tyle sprytna aby zrobić sobie skrót klawiaturowy do cyrylicy, ale jeszcze nie kupiłam naklejek na klawiaturę, więc była to metoda prób i błędów. i co się okazuje? że wyszło mi piękne "K?????????????????????????????????????" zamiast "Как Новый год встретишь так его и проведёшь!". geniusz w czystej postaci, klękajcie narody i bijcie pokłony.
to rosyjskie powiedzenie można przetłumaczyć - jak Nowy Rok przywitasz, tak go spędzisz. przynajmniej na razie to prawda. mam szaloną włosko-rosyjską karmę i nawet milion spraw do załatwienia i nałożonych na mnie obligacji tego nie zmienia :)
podobno też życzenia wypowiedziane w momencie kiedy kremlowskie kuranty wybijają Nowy Rok spełniają się na 100%, więc przezornie zażyczyłam sobie jednej rosyjskiej rzeczy w rosyjski Новый год, czyli o 22 czasu polskiego. hmm może nie dokładnie, ale w przybliżeniu полчаса. ahahaha jaki mistrz! widzę jednak, że teraz z moją klawiaturką pamięciową idzie mi lepiej. po prostu g to п, h to р, j to о, a k to л. a c to с. proste!
a teraz wracam do moich miljona obligacji.

piątek, 15 stycznia 2010

mistrzynie.





talenty mojej włoskiej koleżanki Szakiry ujawniły się. oto nasze włoskie trio: Ludwika, Szakira i ja.
już szykujemy się na naszą wyprawę.
Sono nata pronta!

środa, 13 stycznia 2010

tzw. godzuki


myśl na dziś. jeżeli jeszcze trzymasz misie na łóżku, to znaczy, że jesteś studentem I roku. albo IV. hahha
tzw. godzuki, to nazwa domowa różnych misiów i maskotek. wymyślił ją Tata Pruszek, po obejrzeniu z nami bajki godzilla i godzuki.
zdjęcie ilustruje zbiór godzuków Misi :)

poniedziałek, 11 stycznia 2010

zima.

 
znów zaskoczyła drogowców? kto by się spodziewał śniegu w styczniu, mamy przecież globalne ocieplenie.

niedziela, 10 stycznia 2010

nasze kaktusy.


w ramach zastosowania porad z digital photography school postanowiłam robić i publikować zdjęcia częściej.
na dziś kaktusy z naszego parapetu.

sobota, 9 stycznia 2010

maraton po kostki w śniegu.

uffa uffa jakby to powiedzieli nasi starsi bracia w sztuce parzenia kawy i przygotowywania pasty. dwa dni w biegu. zaczęło się od obudzenia mnie w środku nocy w piątek (ok 9:30) przez Wenkę, która powiedziała, że mam przeczytać smsa od Misi. oczywiście mój mądry telefon się wyłączył, a Misia wysłała smsa o treści "Aga! Ratunku!" blabla  więc musiałam się zebrać... i zadzwonić po Kubę po samochód, który przywitał mnie swoim porannym "kurwaaa", ponieważ odsypiał nocne uczenie się minerałów i liczenie całek. a potem było już tylko szybciej. na binoz, na wpia (gdzie w ksero pan "kwiatuszku" zmolestował mi rękę 1 groszem, ujmując ją w dłonie, dociskając grosza i głęboko patrząc w oczy), załatwianie spraw bleble. w końcu też odebrałam zasilacz od lapa, po raz trzeci reperowany przez tę samą firmę (tym razem dodali boski gadżet, tzw. wzmocnienie - czyli okleili go taśmą izolacyjną). chyba po raz 4 go tam nie zaniosę, bo mi sznurkiem obwiążą czy co.
okej, potem akcji zniszczenia dokonały na mnie korki z włochacza. nie podniosłam się aż do momentu malowania pazurów w ramach domowego spa.
w ramach zacnego rozpoczęcia weekendu poszłyśmy z Anią do nrd i pod anioła. o ile jeszcze w nrd przyzwoicie, choć bez szału, to pod aniołem była jakaś totalna porażka. gdzie się podziało elektro? zamiast tego amy winehouse, abba i pitbull. świat dąży ku zagładzie. i panowie w sportowych strojach, i o marchewkowym kolorze skóry. mrrr. czekam na electromoustache 2.
niedospana, rano przedarłam się przez zaspy do okręgowej rady adwokackiej, gdzie Juli miała ślubowanie. oczywiście pentax zrobił swoje i ku niezadowoleniu pani sekretarki-bazyliszka robiłam foty i wymieniałam się mailami z narybkiem adwokackim. też umiem robić bazyliszka. ot co.
a potem mistrz dnia, łyżwy z Danielle, która krótko ujmując, jest przechujem. trenowała hokej i po prostu niszczy. najlepsze było to jak się rozpędzała, rzucała się na brzuch i potem migiem się podnosiła i jechała dalej. oczywiście patrzyłam na to z zazdrością, podobnie jak na 80% pozostałej wiary na łyżwach (ja mieściłam się w 20% dzieci i tych, co zostali przez kogoś wyciągnięci)
jeszcze tylko limoncello i tortellini roboty Juliani i tak to wyglądało. wielkie grazione :)
...
bo my jesteśmy jak 3 siostry u Czechowa: siostra disco, siostra r`n`b i siostra electro

środa, 6 stycznia 2010

сегодня в Бетлеем

wczoraj przeglądając stare zdjęcia zebrało mi się na wspomnienia.
wypady nad morze. w 2klasie LO z Zielancikiem na rowerach, kiedy cała klasa pojechała go Gniezna na jakieś archeologiczne festiwale, a my o 7 rano pod koniec września wyruszyłyśmy do Orzechowa, zrobiłyśmy sobie piknik na plaży a potem jadąc na Poddąbie (robiąc wielkie nadmorskie koło) wróciłyśmy do domu z bolącymi tyłkami, ale szczęśliwe.
W ogóle historia początków przyjaźni z Zielantem jest ciekawa. Sprawdzałyśmy wyniki rekrutacji do liceum, okazało się, że jesteśmy w tej samej klasie, chwilę pogadałyśmy i tyle. Nawet się nie przedstawiłyśmy, co okazało się potem, na wycieczce integracyjnej. Nie przeszkadzało nam to za bardzo, od 1 września usiadłyśmy razem w ławce (soo romantic:P)i tak już zostało. milion wspomnień:)
wyjazdy w góry. głównie z Maćkiem, chociaż często zdarzało się, że w tym samym czasie magicznie pojawiały się Mama i Misia, na szlaku podrzucając kanapki albo szoko - bo nigdy nie docenialiśmy naszych szamowych możliwości. zawsze wychodziliśmy na całe dnie robiąc długaśne trasy. nigdy nie zapomnę jak umierałam ze strachu wchodząc na Kościelec, a potem omal nie zasnęłam na szczycie (pomimo megawiatru), mnóstwa dziwnych ludzi spotykanych na trasie, zapieprzania na Czerwone Wierchy w tempie ekspresowym, padania na twarz zaraz po powrocie.
szkoła muzyczna. godziny spędzone na ćwiczeniu. miejsce, w którym poznałam, czym jest uczenie się i pokonywanie swoich słabości, prawdziwe poświęcenie. Pani Luzak, Tidu Didu, Pani W, Irenka - moje mistrzowskie nauczycielki. śpiewanie solfeża, dyktanda (w których zawsze z Woszczem dawałyśmy ciała), harmonia, historia muzyki (godzina W, paraboliks - czy ktoś to jeszcze pamięta?), egzaminy, przesłuchania, koncerty, konkursy i nasz zajerzysty kwartet fletowy:)chodzenie na 7 rano, żeby ćwiczyć gamy, etiudy i trudne utwory na fortepianie (Irenka twierdziła, żem utalentowana - nigdy nie zapomnę menueta gis-moll, nie pytajcie ile ma #:P ani preludium e-moll Chopina, które grałam na dyplomie). Pani Motyl w bibliotece, wieczorek poezji Gałczyńskiego:) a potem udowadnianie wszystkiego na nowo w Toruniu, gdzie kończyłam muzyczną. praca nad sobą.
...
сегодня в Бетлеем, czas wracać do teraźniejszości.

piątek, 1 stycznia 2010

but the heart feels free

płyta Tori "under the pink" nastraja mnie bardzo zimowo i pokojowo. za oknem śnieg.
po raz kolejny uwierzyłam w to magiczne sylwestrowe odliczanie i witanie nowego roku, który można dowolnie zapisać. kolejny rok mojego życia. 365 dni na zagospodarowanie ich z pasją. w głowie roją się myśli i postanowienia - co robić, jak to sobie wszystko ułożyć. gdzieś schowany głęboko siedzi lęk, że się nie uda, że postanowienia noworoczne są przereklamowane i nigdy się nie ich nie trzymałam. ale jest też nadzieja i wiara w to, że będzie dobrze.
...
"Chcę żyć pełnią życia, chcę wyssać wszystkie soki życia. Żeby zgromić wszystko to, co życiem nie jest. Żeby nie odkryć tuż przed śmiercią, że nie umiałem żyć."