poniedziałek, 8 września 2008

mały hipotryk

zacznę od tego, że moja Babcia nie mówiła hipochondryk, tylko hipotryk. bardzo oszczędnie. no bo po co młócić jęzorem po próżnicy?

moje życie toczy się od pigułki do pigułki. po babciowemu.

8:30 antybiotyk - zaraz po rozpoczęciu posiłku, by dobrze się wchłonął. oczywiście zawsze zapominam o tym początku posiłku i jem na koniec.
po śniadanku artresan, na stawy (znów babciowo). co ja poradzę. takie mam kolana.
po artresanie pastylka do ssania, na jakieś rozrzedzenie czegoś. (wierzę na słowo, że rozrzedza)
9:30 osłaniająca pastylka z jakimiś spryciarskimi bakteriami, co mi pomogą ochronić żołądek przed zgubnymi i wyniszczającymi skutkami działania antybotyku.
obiadek i kolejny artresan.
i kolejna rozrzedzająca pastylka.
kolacja i antybio. i artresan. i pastylka.
a po godzinie spryciarskie bakterie zamknięte w małym pastylsie.
w międzyczasie jakby mnie naszła ochota to mam jeszcze chlorchinaldin na gardziołko.

i ja się pytam: jak tu wygospodarować czas na naukę skoro ja się leczyć muszę?

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

zaczynam wszystko powoli rozumieć!!! hipotyki zawsze sobie szukają łatwego dostępu do medykamentów ;)
:* ~m

apru pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
apru pisze...

wicze wersa :)medyki gdzieś muszą ćwiczyć :P :*

Anonimowy pisze...

raz,że ćwiczyć,a dwa,że jak za mało poćwiczą, to ktoś musi ich bronić;P
~m