Przyszedł czas na relację z weekendu w Potenzy. Na wstępie, muszę Was pocieszyć, że pogoda na południu wcale mnie nie rozpieszcza. Każdy, kto myśli, że niebo jest niebieściutkie, słoneczko świeci, a wietrzyk przesuwa białe obłoczki po niebie – jest w błędzie. Piove (pada), tira vento (wieje wiatr) i jest relatywnie zimno (temperatura waha się od 7 do 19 stopni). W Potenzy, jako, że jest to najwyżej położona stolica regionu Włoch (coś około 900 m. n.p.m.) jest zawsze zimniej i bardzo często pada. Ten weekend nie był wyjątkiem. A ja, oczywiście, nie mam ciepłych ubrań, bo przecież przyjechałam cieszyć się wiosną, ciepełkiem i plażą (haha, najwcześniej za miesiąc). Allora, gdy zobaczyli mnie moi koledzy, powiedzieli, że jestem pazza (szalona), że nie wzięłam ciepły ubrań. Na powitanie dostałam więc męskie piumino, czyli włoskie klasyczne ubranie (kurteczka wypełniona pierzem) i ciepłe męskie skarpetki, które nosiłam do balerinek. Na szczęście, „męskie” we Włoszech równie dobrze może być pojmowane jako „unisex”; skarpetki były ciepłe, ale cienkie, a piumino było nie za wielkie i z lekko błyszczącego materiału (a notabene, moi koledzy są dalecy od bycia metro, tak jak polska pizza daleka jest od pizzy włoskiej). W Potenzy gościli mnie Giovanni i Gianluca, których poznałam w listopadzie na projekcie UE. Obaj pracują w radio Redazione, które miałam przyjemność zwiedzać na afterparty (i tak zawarliśmy tę naszą amicizię).
W sobotę, 19 marca, odbywał się marsz przeciwko mafii, był to też dzień upamiętniający jej ofiary. Radio Redazione było zaangażowane w manifestację, organizowali oprawę muzyczną tego wydarzenia i dzięki nim mogłam siedzieć sobie na pozycji polskiego VIPa wśród ponad 40tysięcznego tłumu młodych ludzi, którzy przyjechali z całych Włoch, aby wyjść na ulicę i zaprotestować. Włosi z flagami (produkcji własnej lub otrzymanymi od organizatorów), rewolucyjnymi piosenkami na ustach (odsyłam do yt: „Bella ciao”, „Cento passi” etc.) przeszli się po Potenzy – kolejne odesłanie, tym razem do zdjęć.
Pierwszy raz byłam na tak dużej manifestacji, pierwszy raz we Włoszech. Przeżycie niesamowite –nadzieja, solidarność, niezgoda na to, co dzieje się złego w ich kraju. Warto było zobaczyć to z bliska, uczestniczyć w wydarzeniu, które gloryfikuje aktywną postawę i dążenie do przemian (na pohybel tym, którzy postawili krzyżyk na naszym pokoleniu!).
Trochę padało, jednak na ciężarówce, z parasolką i winem do rozgrzania, wcale nie było mi źle. Poza tym, miałam świetną miejscówę do fotografowania (czyli właściwie wszystko, czego człowiek może chcieć od życia). Po powrocie do domu, zjedliśmy obiad z rodzicami Gianluki, pochwalam w tym miejscu zdolności kulinarne włoskich mam (a jest to kolejna, którą poznaję). Wieczorem przyszła pora na imprezę organizowaną przez chłopców. Grali Southboyz Sound, Briganti Sound i Fido Guido. Jak na prawdziwą groupie przystało, na miejscu byłam już o 19, obserwowałam rozkładanie sprzętu, próby dźwięku etc. - muszę przyznać, że trochę się nudziłam, ale całe szczęście było wifi, więc czekałam sobie spokojnie aż sprawy nabiorą większego tempa (jedna z podstawowych zasad w Italii – nie spieszyć się i nie poganiać innych). W międzyczasie próbował mnie zarywać brzydki pan organizator z klubu, upewniając się przedtem trzykrotnie, że nie jestem dziewczyną żadnego z kolegów. Ale się nie dałam, dość brzydkich Włochów! A poza tym, byłam groupie, a to zobowiązuje. Zjadłam z chłopcami kolację, napiłam się winka, wypaliłam fajeczkę i poszłam zwiedzać pokoje, w których byli zaalloggiowani (zakwaterowani), oglądać największą lunę (akurat przypadała pełnia i ten moment, kiedy księżyc znajduje się najbliżej ziemi – podobno trafia się to raz na 20 lat) i pogadać. A raczej posłuchać. Chłopcy z Potenzy i Neapolu rozmawiali bowiem w dialekcie, lub też niewyraźnie, lub też o tematach, osobach, wydarzeniach, o których słyszałam po raz pierwszy. Więc sobie siedziałam i słuchałam, czasami dorzucając swoje trzy polskie grosze pomiędzy ich miliony euro dyskusji. W końcu, gdy przyszła pora na koncert (a musicie wiedzieć, że we Włoszech imprezy zaczynają się ok północy), zeszliśmy wszyscy, oni zabrali się za granie, ja za tańczenie, popijanie drinków (ze zniżką od pana organizatora) i rozmowy ze znajomymi (których nagle się trochę pojawiło, byłam bowiem przedstawiana tryliardom osób, których imion nie miałam szans zapamiętać). Wybawiłam się, impreza skończyła się o 5, a o 6 byłam już w łóżeczku. A potem szybciutko (magari!) do Bari. To tylko 170km, ale podróż trwała aż 3,5h, bo teren górzysty, autobus wolny, a w międzyczasie przesiadka w Materze i półgodzinna włoska kłótnia w autobusie (bo ludzie się nie pomieścili, a jak już się zmieścili, to nie chcieli schować walizek do luku, tylko trzymali je w autobusie). Tak jak podejrzewałam, wróciłam niewyspana, distrutta (zniszczona), ale zadowolona.
A dziś na obiad przygotowałam południowy klasyk – insalata di riso, czyli ryż, warzywa marynowane i mortadela pokrojona w kosteczki. Wyszło boskie. Przy pierwszym kęsie, przypomniało mi się Gallipoli (jak herbatka u Prousta), gdyż było to jedno z głównych dań przy aperitivo w Buenie Viście. Molto nostalgico. Zaraz wracam do pracy, bo już prawie po pausa pranzo (przerwie obiadowej). Całe szczęście, 15 stopni, słońce świeci i jest przyjemnie. Arrivederci!
1 komentarz:
highlife poprostu! wiesz ze zazdroszcze ;D to pierwszy niemodowy blog jaki odwiedzam regularnie.
<3
Ania
Prześlij komentarz