niedziela, 6 marca 2011

podsumowanie tygodnia.

Koniec pierwszego tygodnia pracy. Piątek wieczorem, współlokatorki pojechały do domu; z jednej strony się cieszę, bo mam całe mieszkanie dla siebie i mogę robić, co mi się podoba, lecz z drugiej – cały weekend przesiedzę sama, i do nikogo gęby nie otworzę, nawet po włosku.
Dziś byłam w studio w Mola, niedaleko Bari. Jest to druga kancelaria, otworzona w ramach poszerzania działalności. Cały dzień siedziałam sobie z avvocato Massimo w jednym pokoju ucząc się pilnie. Studio w Mola jest przeznaczone dla jednej osoby, ale za to wyposażenie ma wypaśne. Wnętrze wygląda jak kościół zaadaptowany na biuro, a w środku wszystko to, co prawnikowi może być potrzebne: kodeksy, komentarze, książki, biurko, wszelkie możliwe sprzęty (włącznie z zestawem do skype, z którego oczywiście mogę korzystać) plus telewizor i najwygodniejsza na świecie skórzana kanapa, na której spędziłam pół popołudnia (Massimo powiedział, że nieraz mu się na niej przysnęło-w ogóle się nie dziwię!). Dowiedziałam się dziś trochę o włoskim rejestrze dłużników, asystowałam przy rozmowach z klientami (bardzo mi się podoba, gdy mnie przedstawiają jako „la nostra nuova collega”, czyli „nasza nowa koleżanka”), dostałam też pierwsze akta, bo we wtorek idę na rozprawę z Tittim. Czyli sprawy idą do przodu.
Z kulinarnych nowości – jadłam dziś zeppole, typowe wypieki karnawałowe i poszłam na aperitivo obiadowe (bello abbondante). Ceny tu są nieziemskie – za kawę i słodycze dla 2 osób 2,5 eur, za wypaśne aperitivo x2 8 euracza. Chyba, że to zniżka dla avvocatów.
Co do ciekawostek, avvocato Massimo, choć adwokat w kwiecie wieku i u szczytu kariery, opiekuje się swoją nowonarodzoną córeczką dwa razy w tygodniu (i to tym liczonym od poniedziałku do piątku). No i widać, że jest w niej zakochany, podobnie jak papa` Paolo, który też już zdążył mi pokazać zdjęcie wnuczki. Rozmawiałam też z Eldą, aplikantką, jak to u nich zostaje się avvocatem – i dowiedziałam się, że mają po studiach tylko praktykę dwuletnią i potem egzamin na adwokata. Są płatne kursy przygotowawcze, ale nie trzeba w nich uczestniczyć. I za aplikację się nie płaci, ale raczej też nie jest się opłacanym. Poza tym, wiem, że Elda nie ma chłopaka. Jak widać, mój risercz prawniczy, jak i personalny jest całkiem skuteczny.
Jeszcze jedna ciekawostka, tym razem o Bari. Patronem tego miasta jest św. Mikołaj, jego święto obchodzi się 8 maja, robi się olbrzymią festę, są fuochi d’artificio (sztuczne ognie), tłumy na ulicach i ogólna radość. Nie mogę się już doczekać.
I ciekawostka lingwistczna: baresi używają „l” palatalnego i „e”, które przypomina rosyjskie „e” i zmiękcza spółgłoski.
Jutro idę porobić zdjęcia Bari, wrzucę je na bloga, co by można było oczy nacieszyć tym jakże urokliwym miastem.
Update z soboty. Wcale nie jest mi smutno, że siedzę sama na chacie. Zrobiłam sobie  długi spacer po Bari, przeszłam się po starówce, obfotografowałam, co mogłam. Niestety, w drodze powrotnej złapał mnie deszcz i przemokłam do suchej nitki.
Pisanie maili, obrabianie zdjęć i raportowanie, co się u mnie dzieje, powoduje, że myślę o wszystkich cieplutko i zapominam, że jestem sama na tym dzikim południu. 

Brak komentarzy: