piątek, 18 marca 2011

È stata veramente una bella giornata

17 marca. Dziś rocznica zjednoczenia Włoch. Okrąglutka, 150 lat. Z tej to okazji nie pracowałam, tylko wzorowo przeświętowałam cały dzień. Najpierw wstałam rano (circa 11), ogarnęłam pokój i wzięłam prysznic. Jak świętować, to na czysto! Potem zabrałam się za robienie piadin na obiad. Przepis dostałam od Lu, więc nie powinno być źle (bo to brava cuoca), ale Włoszki zaczęły dziwnie patrzeć na drożdże - że to drożdże do pizzy, że inne drożdże są do dolci, a inne do salati – i bądź tu mądry, nie zwariuj. Notabene, myślę, że te ich „drożdże” do dolci to zwykły proszek do pieczenia. Whatever. Poza tym, poczułam się urażona, gdy zapytały mnie czy pierwszy raz robię ciasto (phi!), a na moją propozycję, że może zjedzą piadiny odpowiedziały, że przygotują coś bezpieczniejszego. PL-IT 0:1. Spadówa makaroniary, pomyślałam, i żwawo zabrałam się za wyrabianie ciasta. W pewnym momencie trochę spanikowałam, nie będąc pewna, jaka ma być konsystencja końcowa i z jedną ręką w misce, a w drugiej trzymając telefon, skonsultowałam się z Lu. Upewniwszy się co do charakterystyki ciasta piadinowego, zaczęłam je wałkować i smażyć na patelni. I wyszły! Hahaha, PL-IT 1:1. Przyszła Katty, przybyła też Elda (aplikantka z kancelarii) z winem i słodyczami. Chryste, były boskie (cukierniczy kunszt wywołuje u mnie zwiększoną religijność i akty strzeliste). Cristi postanowiła nie jeść słodyczy w poście (fioretto – postanowienie), więc na czas ich konsumpcji poszła umyć włosy. Poverina! Potem, jak porządne casalinghi (housewives) wypiłyśmy kaweczkę, posprzątałyśmy wszystko, wypaliłyśmy po fajeczce, dziewczyny rozpoczęły przygotowania do festy (festa di laurea, koleżanka się obroniła, organizuje bibę w restauracji i wszyscy się cieszą), a my z Eldą poszłyśmy na spacer. Offtop – właśnie przeleciał mi komar przed nosem – wow. Przeszłyśmy się po mieście, robiłam zdjęcia domów i witryn sklepowych, które przybrane są w tricolore – włoskie barwy (pokłon w stronę włoskiej kreatywności), a potem przypadkiem trafiłyśmy na paradę wojskową. Oprócz parmiggiano, wina, ciepłego morza i pięknych zabytków kocham Włochy za to, że mają Włochów. Exhibition A – zdjęcie włoskiego szyku bojowego (pytanie-zagadka: znajdź mi Włocha, który patrzy we właściwym kierunku). Odpowiadam: każdy patrzy w najwłaściwszym dla niego kierunku! Pierwsi z brzegu to tzw. bersaglieri (strzelcy), potem va marina (marynarka), później carabinieri (mają kapelusze jak Nelson) i na koniec guardia di finanza. Ale tak szczerze, niestety, nie było żadnych pięknych militari (wojskowych). Ale była orkiestra, dużo flag, przemarsz w/w formacji, i jako dziecko wychowane na paradach 11 listopada (dzięki Mamo!) zaciesza miałam niemałego.
Wracając do domu, spotkałam Katty, z którą jak się okazało, oprócz wszystkich innych gustów, dzielimy także ten muzyczny. Ostatnia próba, próba ognia to ta, w której sprawdzimy, czy podobają nam się ci sami chłopcy.  Meglio di no. Chociaż ona ma jeszcze  czkawkę po swoim byłym. Podobnie jak Cristi.
W domu małe tensione (napięcie), bo dziewczyny czekają na Donato. Uwaga, ploteczka. Donato ma dziewczynę, ale bardzo podoba mu się Cristi. I on się jej też podoba (z wyglądu i z charakteru). I jest problem. Cri się denerwuje, on do niej wydzwania, rozmawiają godzinami, odwiedza ją wieczorami, a dziś zawozi obie moje współlokatorki na festę (sam nie jest na nią zaproszony, to dość daleko, jego dziewczyna o niczym nie wie). Cri umiera z nerwów, łazi ze smutną miną i widać, że ma się nienajlepiej. Na pocieszenie, jako dobra koinkłilina, przytulam, skręcam jej fajeczkę, pokazuję zdjęcia, narzekamy na chłopców (perdonatemi wszyscy bravi ragazzi!) i opowiadam ostatnią żenującą historię, która miała miejsce tuż przed moim wyjazdem z Patatlandii (zrobiłam z siebie koncertową idiotkę, jeszcze dziś pozdrawiam siebie z góry pozdrawiania. I Misię też, ona wie o co chodzi!), Lori opowiada swoją (jak  rzuciła starającego się chłopca butem). Ucałowałyśmy się, uściskałyśmy i ragazze pojechały. Dostałam jeszcze smsa, że dotarły na miejsce; odpisując zakazałam Cristi myśleć o chłopcach, a jako dobra cioteczka, nakazałam porządnie się wybawić (divertitevi bene, mi raccomando!). Tymczasem, leżę na wygodnej kanapie i po raz kolejny delektuję się swoim wyborowym towarzystwem. Wieczór jeszcze nie dobiegł końca. Zdjęcia do owego posta w poście następnym. Polecam waszej uwadze przeanalizowanie włoskiego szyku bojowego, czy tam reprezentacyjnego, chissenefrega. Jutro jadę do Potenzy na manifestację przeciwko mafii i koncert organizowany przez moich kolegów. Relacja wkrótce.

1 komentarz:

Unknown pisze...

Che bella giornata, veramente! U nas padało i w ogóle, kręgosłup mi nawala, ale przynajmniej na Twoim blogu mogę sobie poczytać jakie to Włochy są piękne :D A propos guarda di finanza - tydzień temu zgarnęli nam autko za "niewłaściwie parkowanie" i 120 euro za odbiór od prywiaciarzy poszło się paść. Mamy nauczkę, w piątkowy wieczór auto zostaje w domu, albowiem licho nie śpi ;)
Pozdroooo