Piszę zmarnowana po wczorajszej feście karnawałowej. Właściwie, w poniedziałek też festeggiowałyśmy, więc po dwudniowej feście. Cristina to równa babka (wszystkie Ryśki to fajne chłopy, wszystkie Kryśki - równe babki?), często mamy gości, znam już dużą część jej znajomych. Ponadto, wartością dodaną jest to, że przynoszą jedzenie i wino, i gotują. Dobry włoski dom. W poniedziałek gościłyśmy przyjaciółkę Cristi i 4 kolegów: 2 inżynierów, lekarza i prawnika. Śmiałyśmy się, że z nimi na bezludnej wyspie byśmy nie zginęły. Zabawa była przednia, zostałam ogłoszona arbitrem elegancji i oceniałam Włochów za wygląd, wysławianie się oraz opiniowałam, która para ładnie wygląda razem. Bravi ragazzi bez szemrania przygotowali mi nawet karteczki z ocenami (jak w tańcu z gwiazdami) – bo powiedziałam, że bez nich nie będę oceniać. Oczywiście, najwięcej punktów dostali ci, którzy powiedzieli mi coś miłego, w stylu: „miło było cię poznać”. Czy arbiter musi być obiektywny? Potem moja współlokatorka i jej dwóch kolegów bawili się w randkę w ciemno. Gaetano był Jackiem Kawalcem, chłopcy mieli 60 sekund na zareklamowanie się, Annamaria służyła radą (jak Edyta w randce w ciemno), a Cristi miała wybrać. Wybrała tego, który nie miał dziewczyny J. Ja od razu też byłam swatana i to w dość bezpośredni sposób (fajny ten mój kolega? ładne ma oczy? podoba ci się? – na te wszystkie pytania, kolega który był reklamowany, sam z siebie odpowiedział „3x tak”).
Wczoraj z kolei była prawdziwa festa in maschera. Ja zapewniłam słodycze i wino z enoteki, Giovanni przyniósł maski i po degustacji (kulturka, moi drodzy) wybraliśmy się do Demode, klubu, gdzie pracuje Amleto. Po drodze zgarnęliśmy jeszcze Katię, przyjaciółkę Cristi, z którą mam podobny gust muzyczno-ubraniowo-kosmetykowy. Naszym błędem było to, że nie wzięliśmy ze sobą winiacza, gdyż jak się okazało, przed Demode był dziki tłum (nie przesadzę gdy powiem ok. 500 osób), wszyscy przebrani (a wierzcie mi, inwencja włoska daje radę). Staliśmy na dworze około godziny, na zimnie, w tłumie (co jednak trochę grzało). Były krasnale, blues brothers, kurtyzany, piraci, kaczki, smerfy, gejsze, kotki, a kto nie miał przebrania – zaopatrzył się przynajmniej w maskę lub kolorowe włosy. Tłum dobrze się bawił, w przerwach między ściskaniem się padały okrzyki: „kto nie skacze, ten z Lecce” (lokalne animozje). I wierzcie mi, skakali! Koniec końców, nie weszliśmy do klubu, podobnie jak cały tłum przebranych Włochów (z czego wszyscy cisnęli, że tacy przebrani wrócą do domów i położą się spać). Moi kompani zdecydowali się jechać do innego klubu, H25. Nie przestanie mnie bawić fakt, że na nazwę dyskoteki ktoś wybrał głoskę, której się we włoskim nie wymawia (czyli jak mamy heineken i hamburger, to mówimy eineken i amburger) – więc Włosi nazywają to miejsce AKKA venticinque. I znów dziki tłum, znów wszyscy przebrani, w tym chłopcy ze szpadami z kartonu, którzy na pytanie bramkarki: „chcecie z tym wejść? po co?”, odpowiedzieli: „bo to divertente”. Poczekaliśmy, nie będąc pewni, czy wejdziemy, jednak po tym, jak usłyszałam „barbrę streisand” byłam dobrej myśli. Znak! Weszliśmy, słono płacąc za bilecik. W środku niewyobrażalny tłum. Kotłownia w czasie boju akademików to przy tym nic. Wystrojone i wymalowane ładne Włoszki, wystrojone i wymalowane paskudziary i cały przekrój Włocha. Każdego wzrostu, prawie każdego stylu, każdej maści, jednym słowem. Od wysokiego chudzielca, co deptał mi po stopach jak potupywał obok, typów z solary (dobrze wysmażeni), po Włochów luzaków, Włochów eleganckich, Włochów vintage, Włochów lanserów, Włochów w dziwnych przebraniach.
Jak już weszliśmy do środka, wielkiej hali przystosowanej do potupywań, z włoskim wodzirejem, który śpiewa (kocham ich za to), zagrzewa do tańca, zachęca do „su le mani”, i krzyczy: „sale, sale non fa male”, czyli do rączek w górze i skakania, to w tym dzikim ścisku wcale nie czułam się szczęśliwa i ubawiona. W sukurs przyszło piweczko i było już trochę lepiej, lecz nadal, w ścisku i z kurtką w ręku (szatnia była już zamknięta), nie dawało się tańczyć. Per fortuna, znaleźliśmy sobie odrobinę miejsca i przystąpiliśmy do żegnania karnawału z przytupem. Poczułam klimat imprezy, gdy dj zaczął puszczać hity z wakacji, które towarzyszą mi od powrotu z Gallipoli i przypominają te cudne chwile. I oczywiście, cały tłum Włocha, zagrzewany przez wodzireja, radośnie wył „canto de la sirena”, „maracaibo”, „tanti auguri”, „cacao meravigliao”, „why don’t you”. Było super. W pewnym momencie, jak to na każdej włoskiej potańcówie, klimat się zmienił na italodisko i leciały same hiciory, które raczej klubowe nie są, ale Włosi je kochają i wyśpiewują każde słowo z uśmiechem na buźce. Przykłady? „la notte vola”, „le cicàle”, „sarà perché ti amo”, „nord, sud, ovest est”. Posłuchajcie, to zrozumiecie ten fenomen. W ciągu całej imprezy byłam przedstawiana bliżej nieokreślonej liczbie osób, które pytały się, jak długo jestem w Bari i słysząc, że od tygodnia, bardzo się dziwiły, że jak to możliwe, że tak dobrz mówię po włosku. Odpowiedź, że po zjedzeniu 20kg pasty przyszła iluminacja z nieba, już mi się znudziła, więc mówiłam, że Katia mnie tak dobrze nauczyła. Ogólnie, bardzo się tu mną wszyscy zajmują i troszczą, więc oprócz tego, że się dobrze bawiłam, miałam też świetne towarzystwo. Ale nie ma dolce bez amaro, jak mawiała moja babka w ’48. W pewnym momencie zaczęła się rissa, czyli bijatyka. I to tuż obok nas, tak blisko, że gdyby kolega Katii mnie nie osłonił, to z pewnością dostałabym w główkę bottę, czyli uderzenie. (ukłony w stronę Lu i w stronę jej pierwszej rzymskiej imprezy podczas tirocinio – przypomniało mi się: „sotto casa mia ogni notte mignotte prendono le botte” Fabriego). Wracając do tematu, dzielni towarzyszący nam Włosi osłonili nas przed pijanymi wariatami, którzy uprawiali dyskotekowe MMA. Wariatów było dwóch czy trzech, ale zrobiło się spore zamieszanie i wyglądało to dość nieciekawie; naprawdę się przestraszyłam, bo wszystko zdarzyło się na przestrzeni kilkudziesięciu sekund, z nienacka i było molto violento. Potem, jak wychodziliśmy, okazało się, że przyjechała karetka i carabinieri, czyli dość poważnie się poturbowali.
Całe szczęście, ten incydent nie popsuł nam zabawy, a żeby dopełnić imprezowy puchar ambrozji, powiem, że na koniec przyszedł czas na Fabriego Fibrę, którego tu lubią i wszyscy śpiewali „tranne te”, a jak przyszedł czas na frazę „se tu sei bella bionda/ bella mora grida aoh” to odtańczyłyśmy to w iście teledyskowym stylu z Cristi i Katią. Zmęczeni, ale wybawieni wróciliśmy do domu.
Zgodnie z tym, co śpiewa Caparezza: „vieni a ballare in Puglia”, czyli wpadajcie na potańcówę do A-pulii.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz