nawet nie wiem dlaczego wakacje... przecież zamiast uczciwie uczyć się do egzaminów, uczciwie odsypiałam niedospane rumuńsko-włoskie imprezy. coś tu nie kali. może to brak żelaza? nawet wakacyjny-relaksacyjny rejs mnie zmęczył. chociaż z męczących rzeczy to zrobiliśmy z Kucielkiem jeden obiad i ja jemu może z półtora słodkiej chwili.
...
ale jak się pysznie najadłam sałatkami greckimi, ośmiorniczkami, krewetkami, kalmarami, nadziewanymi pomidorami, wszystkimi greckimi specjałami. ślizgałam się po marmurowych schodach na akropol (bo padał deszcz-pierwszy od pięciu miesięcy, a ja w piankowych japonkach). to, że jeszcze się mam czym uśmiechać to zasługa szanownego Narzeczonego i jego silnego ramienia (tu ukłony w jego stronę).
a teraz bolonia i szukanie mieszkania. dziś już obczajone 2 klitki, jutro 7. mam nadzieję, że nie będę już hołmless.
trzymta kciuki!
niedziela, 28 września 2008
środa, 17 września 2008
poooszło!
i już po. nie ma problemu co zdawać. zdam sobie później. w przyszłym roku. to tak gwoli kontynuacji wątku z wczoraj. nie bójmy się tego słowa. repeta.
jakoś to mnie nie martwi, oprócz kwestii finansowych (no bo można by za to kupić...38 glamszajnów lub 9 razy iść do fryzjera, czyli dotkliwe jak najbardziej). nie chcę nikogo o nic prosić. zawaliłam. zapłacę. oszczędzę. ale dajcie mi trochę świętego spokoju ;] a nie, że sesja do 20.09, sesja do 20.09
tak poza tym, to próbując się wczoraj przez 2 godziny ogrzać pod kołdrą i wyczekując ze szczękającymi zębami (a szkliwo się niszczy) na włączenie ogrzewania, doszłam do wniosku, że wyjazd na semestr zimowy na erasmusa nie jest takim złym pomysłem :) bo sezon szalikowo-rękawiczkowy we wrześniu to trochę lekka przesada moi drodzy.
jakoś to mnie nie martwi, oprócz kwestii finansowych (no bo można by za to kupić...38 glamszajnów lub 9 razy iść do fryzjera, czyli dotkliwe jak najbardziej). nie chcę nikogo o nic prosić. zawaliłam. zapłacę. oszczędzę. ale dajcie mi trochę świętego spokoju ;] a nie, że sesja do 20.09, sesja do 20.09
tak poza tym, to próbując się wczoraj przez 2 godziny ogrzać pod kołdrą i wyczekując ze szczękającymi zębami (a szkliwo się niszczy) na włączenie ogrzewania, doszłam do wniosku, że wyjazd na semestr zimowy na erasmusa nie jest takim złym pomysłem :) bo sezon szalikowo-rękawiczkowy we wrześniu to trochę lekka przesada moi drodzy.
wtorek, 16 września 2008
DIES IRAE
aaa... (takie aaa o matko co ja zrobiłam, kwa, aaa ratunku, ratunku)
wniosek na przyszłość: nie zostawiać sobie 5 egzaminów na wrzesień. a już na pewno przeczytać cokolwiek do nich ociupinę wcześniej niż dzień przed. a już na pewno z cywila. obligatoryjnie.
...
oby tylko ital do przodu.
...
a moją głowę zaprzątają trochę inne radosne myśli i plany - wakacyjne, przyszłościowe, Kucielowe :)
jednak czasem nie jest łatwo. staram się być szczęśliwa i dawać szczęście osobie, którą kocham. to bardzo przyjemne zajęcie. no, status narzeczonej do czegoś zobowiązuje.
chwalę się. a co. :)
wniosek na przyszłość: nie zostawiać sobie 5 egzaminów na wrzesień. a już na pewno przeczytać cokolwiek do nich ociupinę wcześniej niż dzień przed. a już na pewno z cywila. obligatoryjnie.
...
oby tylko ital do przodu.
...
a moją głowę zaprzątają trochę inne radosne myśli i plany - wakacyjne, przyszłościowe, Kucielowe :)
jednak czasem nie jest łatwo. staram się być szczęśliwa i dawać szczęście osobie, którą kocham. to bardzo przyjemne zajęcie. no, status narzeczonej do czegoś zobowiązuje.
chwalę się. a co. :)
wtorek, 9 września 2008
trochę jadu
5 z hawajów, 17 z alaski, 1 z nową bryką, parę ślubnych, 5 w samochodzie, 10 w jednej sukience, bo wyglądałam zajebiście (się zdarzyło), no zapomniałam jeszcze o mojej faworytce, grecji.... 43. i jeszcze zamki krzyżackie.
bo to wszystko jest warte pokazania i ciekawe, a przede wszystkim niech ci moi kochani znajomi w liczbie 348 obejrzą sobie jak to świetnie mi się powodzi, że se po świecie bywam tu i tam. niech zazdroszczą figury w kostiumie, słońca, drinków i przystojniaków.
...
ostatnio rozwalił mnie opis:
"śródziemnomorska opalenizna poszła w łeb:)ale będzie nowa-marokańska :]"
no taaak.
to ja se zaraz ustawię: "zjem jutro prawdziwego piernika w toruniu, a potem w październiku prawdziwą pizzę we włoszech. a w międzyczasie fetę z prawdziwego mleka z cyca greckiej kozy."
i co, i co? ju tokin tu mi?
bo to wszystko jest warte pokazania i ciekawe, a przede wszystkim niech ci moi kochani znajomi w liczbie 348 obejrzą sobie jak to świetnie mi się powodzi, że se po świecie bywam tu i tam. niech zazdroszczą figury w kostiumie, słońca, drinków i przystojniaków.
...
ostatnio rozwalił mnie opis:
"śródziemnomorska opalenizna poszła w łeb:)ale będzie nowa-marokańska :]"
no taaak.
to ja se zaraz ustawię: "zjem jutro prawdziwego piernika w toruniu, a potem w październiku prawdziwą pizzę we włoszech. a w międzyczasie fetę z prawdziwego mleka z cyca greckiej kozy."
i co, i co? ju tokin tu mi?
poniedziałek, 8 września 2008
mały hipotryk
zacznę od tego, że moja Babcia nie mówiła hipochondryk, tylko hipotryk. bardzo oszczędnie. no bo po co młócić jęzorem po próżnicy?
moje życie toczy się od pigułki do pigułki. po babciowemu.
8:30 antybiotyk - zaraz po rozpoczęciu posiłku, by dobrze się wchłonął. oczywiście zawsze zapominam o tym początku posiłku i jem na koniec.
po śniadanku artresan, na stawy (znów babciowo). co ja poradzę. takie mam kolana.
po artresanie pastylka do ssania, na jakieś rozrzedzenie czegoś. (wierzę na słowo, że rozrzedza)
9:30 osłaniająca pastylka z jakimiś spryciarskimi bakteriami, co mi pomogą ochronić żołądek przed zgubnymi i wyniszczającymi skutkami działania antybotyku.
obiadek i kolejny artresan.
i kolejna rozrzedzająca pastylka.
kolacja i antybio. i artresan. i pastylka.
a po godzinie spryciarskie bakterie zamknięte w małym pastylsie.
w międzyczasie jakby mnie naszła ochota to mam jeszcze chlorchinaldin na gardziołko.
i ja się pytam: jak tu wygospodarować czas na naukę skoro ja się leczyć muszę?
moje życie toczy się od pigułki do pigułki. po babciowemu.
8:30 antybiotyk - zaraz po rozpoczęciu posiłku, by dobrze się wchłonął. oczywiście zawsze zapominam o tym początku posiłku i jem na koniec.
po śniadanku artresan, na stawy (znów babciowo). co ja poradzę. takie mam kolana.
po artresanie pastylka do ssania, na jakieś rozrzedzenie czegoś. (wierzę na słowo, że rozrzedza)
9:30 osłaniająca pastylka z jakimiś spryciarskimi bakteriami, co mi pomogą ochronić żołądek przed zgubnymi i wyniszczającymi skutkami działania antybotyku.
obiadek i kolejny artresan.
i kolejna rozrzedzająca pastylka.
kolacja i antybio. i artresan. i pastylka.
a po godzinie spryciarskie bakterie zamknięte w małym pastylsie.
w międzyczasie jakby mnie naszła ochota to mam jeszcze chlorchinaldin na gardziołko.
i ja się pytam: jak tu wygospodarować czas na naukę skoro ja się leczyć muszę?
Robert Frost "The road not taken"
Two roads diverged in a yellow wood,
And sorry I could not travel both
And be one traveler, long I stood
And looked down one as far as I could
To where it bent in the undergrowth.
Then took the other, as just as fair,
And having perhaps the better claim,
Because it was grassy and wanted wear;
Though as for that the passing there
Had worn them really about the same.
And both that morning equally lay
In leaves no step had trodden black.
Oh, I kept the first for another day!
Yet knowing how way leads on to way,
I doubted if I should ever come back.
I shall be telling this with a sigh
Somewhere ages and ages hence:
Two roads diverged in a wood, and I--
I took the one less traveled by,
And that has made all the difference.
And sorry I could not travel both
And be one traveler, long I stood
And looked down one as far as I could
To where it bent in the undergrowth.
Then took the other, as just as fair,
And having perhaps the better claim,
Because it was grassy and wanted wear;
Though as for that the passing there
Had worn them really about the same.
And both that morning equally lay
In leaves no step had trodden black.
Oh, I kept the first for another day!
Yet knowing how way leads on to way,
I doubted if I should ever come back.
I shall be telling this with a sigh
Somewhere ages and ages hence:
Two roads diverged in a wood, and I--
I took the one less traveled by,
And that has made all the difference.
sobota, 6 września 2008
samounieszkodliwienie
dzisiejszy dzień zapisze się w historii mojego życia jako dzień niesmacznej potrawy.
co prawda jadłam już różne świństwa, z których do tej pory zdecydowane przodowało zeszłoroczne danie znad Jezioraka, a mianowicie kaszka kus kus z serkiem topionym i paprykarzem szczecińskim. do tej pory nie wiem jak mogłam wpaść na pomysł, że takie danie jest zjadliwe. chyba jakieś zaćmienie umysłu. było naprawdę obrzydliwe.
drugie okropieństwo to włoskie miętowe żelki, które smakowały jak jakiś lek i nie chciały odlepić się od zębów. (nawet na wielkiej 50-osobowej imprezie nikt ich nie ruszył-to o czymś świadczy)
ale spaghetti, które przygotowałam dziś było tak niedobre, że włos się jeży.
a stało się to tak.
za górami, za lasami stała sobie bloczynka na ulicy Morcinka.
w chałupince numer 27 w kuchennym kąciku warczała lodówka. w porze obiadowej udała się tam dzieweczka i wydobyla zza oszronionych drzwiczek to, co zostało w warczących podwojach, a mianowicie kiełbasę. a kiełbasa była zła.
nieświadome niczego dziewczę podgrzało patelenkę, naszykowalo przyprawy i wrzuciło pokrojone ZŁO na patelnię. kiełbaska jakby niczego sobie wesoło skwierczała czekając na koleżankę fasolkę i kolegę pomidorka. dzieweczka zmieszała wszystkie składniki i dodała przypraw. dobry pomidorek i miła fasolka bardzo się zmartwiły towarzystwem kiełbaski. jej żarty i zachowanie były niesmaczne. niby prawie-bez-aromatu, ale jej obecność była za wszech miar niemile widziana.
wszyscy, włącznie z dzieweczką poczuli się zniesmaczeni obecnością kiełbaski.
nie próbujcie tego w domu.
naprawdę może się odechcieć jedzenia czegokolwiek. dobra potrawa na początek odchudzania ;] na odtrucie kupiłam sobie marchewki, arbuza, jabłka, oraz herbaty: zieloną, czerwoną i miętową. może mnie zdezynfekują :)
co prawda jadłam już różne świństwa, z których do tej pory zdecydowane przodowało zeszłoroczne danie znad Jezioraka, a mianowicie kaszka kus kus z serkiem topionym i paprykarzem szczecińskim. do tej pory nie wiem jak mogłam wpaść na pomysł, że takie danie jest zjadliwe. chyba jakieś zaćmienie umysłu. było naprawdę obrzydliwe.
drugie okropieństwo to włoskie miętowe żelki, które smakowały jak jakiś lek i nie chciały odlepić się od zębów. (nawet na wielkiej 50-osobowej imprezie nikt ich nie ruszył-to o czymś świadczy)
ale spaghetti, które przygotowałam dziś było tak niedobre, że włos się jeży.
a stało się to tak.
za górami, za lasami stała sobie bloczynka na ulicy Morcinka.
w chałupince numer 27 w kuchennym kąciku warczała lodówka. w porze obiadowej udała się tam dzieweczka i wydobyla zza oszronionych drzwiczek to, co zostało w warczących podwojach, a mianowicie kiełbasę. a kiełbasa była zła.
nieświadome niczego dziewczę podgrzało patelenkę, naszykowalo przyprawy i wrzuciło pokrojone ZŁO na patelnię. kiełbaska jakby niczego sobie wesoło skwierczała czekając na koleżankę fasolkę i kolegę pomidorka. dzieweczka zmieszała wszystkie składniki i dodała przypraw. dobry pomidorek i miła fasolka bardzo się zmartwiły towarzystwem kiełbaski. jej żarty i zachowanie były niesmaczne. niby prawie-bez-aromatu, ale jej obecność była za wszech miar niemile widziana.
wszyscy, włącznie z dzieweczką poczuli się zniesmaczeni obecnością kiełbaski.
nie próbujcie tego w domu.
naprawdę może się odechcieć jedzenia czegokolwiek. dobra potrawa na początek odchudzania ;] na odtrucie kupiłam sobie marchewki, arbuza, jabłka, oraz herbaty: zieloną, czerwoną i miętową. może mnie zdezynfekują :)
czwartek, 4 września 2008
liberi tutti!
chciałam napisać coś sensownego, bo moje ostatnie posty to pożal się Boże. niestety tak to jest jak pisze się notki między zajęciami z gramy, w trzydziestopięciostopniowym upale. i gdy przeżywa się bardziej niż się opisuje. i gdy właściwie nie chce się pisać, ale coś tam z tyłu głowy każe podzielić się chociaż urywkami zdarzeń, przypomnieć się, zaznaczyć swoją obecność.
postanawiam poprawę i proszę o rozgrzeszenie. (pokutę niekoniecznie - mam na głowie 4 egzaminy :))
wiadomo, że niemożliwym jest podzielić się wszystkimi wrażeniami, nie sposób opisać tego, co się wydarzyło. tego, co mnie przestraszyło, zauroczyło, rozbawiło.
tego, co mnie zmieniło.
a może przede wszystkim tego, co mnie zmieniło.
popadam w poważny ton. już chciałam pisać o życiu i o śmierci, decyzjach i świadomości, całe szczęście się pohamowałam, bo można by się posnąć ;]
przeżyć to co innego niż zdawać relację.
i znów suchar.
następnym razem napiszę coś naprawdę rozrywkowego.
postanawiam poprawę i proszę o rozgrzeszenie. (pokutę niekoniecznie - mam na głowie 4 egzaminy :))
wiadomo, że niemożliwym jest podzielić się wszystkimi wrażeniami, nie sposób opisać tego, co się wydarzyło. tego, co mnie przestraszyło, zauroczyło, rozbawiło.
tego, co mnie zmieniło.
a może przede wszystkim tego, co mnie zmieniło.
popadam w poważny ton. już chciałam pisać o życiu i o śmierci, decyzjach i świadomości, całe szczęście się pohamowałam, bo można by się posnąć ;]
przeżyć to co innego niż zdawać relację.
i znów suchar.
następnym razem napiszę coś naprawdę rozrywkowego.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)