Czyli złapać dwa gołębie przy pomocy jednego bobu (boba? sorry kojarzy mi się) - dziś kulinarnie. W sobotę, jak każda porządna casalinga (housewife) poszłam na zakupy. Chociaż Mamma ostrzegała, że ma nadejść chmura radioaktywna znad Japonii, to nie mogłam się oprzeć pokusie zobaczenia mitycznego mercato di frutta e verdura. Wiedziałam, mniej więcej, gdzie się znajduje, więc poszłam na oślep, bez pytania o drogę. Gdy zobaczyłam ludzi z siatkami pełnymi świeżego warzywa, zrozumiałam, że to już niedaleko. Podążałam więc szlakiem siatek wypełnionych dobrami południa i w końcu trafiłam na mercato. I nie mogłam przestać się śmiać (choć starałam się jak mogłam, aby nie dać po sobie poznać, żem straniera). Już kiedyś byłam na takim mercato – rok temu na Sycylii. Sprzedawcy wydzierający się na całe gardło: „śliczne melanzany, świeżutkie, kupujcie!”, „kupujcie, kupujcie, jutro mnie tu nie będzie!”, „signora, co dla pani?”. I musicie wiedzieć, że to było włoskie wydzieranie, czyli głośno, wesoło i przekonująco. Przepychałam się wśród włoskiego tłumu babć, dziadków, dzieciaczków i dorosłych, którzy, tak jak ja, wybrali się na targ. Współlokatorka uprzedziła mnie, że najlepiej jest przejść się, zobaczyć gdzie ładny towar, gdzie korzystne ceny, a dopiero potem zrobić zakupy. Tak też uczyniłam. Obkupiłam się w truskaweczki, pomarańcze na spremutę (świeżo wyciskany sok), cykorie, jabłuszka, bób, pietruszkę, orzechy, marcheweczki, cukinie, pomidorki, cebulkę i czosnek oraz vongole, i to za jedyne 10 euracza. Sprzedawcy wszystko zaokrąglają do pełnych sum, więc nawet jak coś kosztuje 65 centów za kg, to mówią: „hej, hej, weź za euro, weź za euro” – jeszcze nie nauczyłam się mówić „nie”, tym bardziej jeżeli chodzi o świeże warzywa i owoce, więc mniej więcej kontrolując, ile czego dostaję i za ile, kupowałam z radością dziecka. Dwa razy dostałam opr za opieranie się swoimi zakupami o wyłożony towar – nie cackają się; w końcu, im głośniej sprzedawca krzyczy i im ładniej towar wygląda, tym lepiej się sprzeda. Zdjęć mercato nie zrobiłam, ale nadrobię to; tymczasem moje owocowo-warzywne łupy - poniżej.
Drugą część posta zajmie przepis, którego nauczyłam się od Roby, mojej współlokatorki z Bolonii. Roby pochodzi z Salerno, nadmorskiej miejscowości koło Neapolu, i jak domniemanie każe domniemać, umie gotować ryby (il pesce – czyli włoskie określenie na wszystko, co w morzu pływa, włączając w to owoce morza – po prostu mówi się pesce). Przepis oryginalnie jest na vongole (czyli takie mniejsze, jaśniejsze i bardziej okrągłe muszle), ja natomiast na targu kupiłam cozze (czyli muszle czarne, podłużne i większe) – jak ktoś zna polskie nazwy, to proszę mnie poprawić. Oczywiście zorientowałam się dopiero w domu, że pół kilo kupionych małż, to nie to, co gotowałam wcześniej, ale pomyślałam sobie, że jedno i drugie pochodzi z morza, ma muszlę, w środku jest mięsko, więc na pewno przygotowuje się tak samo. I się nie pomyliłam. Choć muszę przyznać, że miałam trochę cykora, czy mi wyjdą, bo jednak robiłam je tylko 2 razy w życiu, w rocznych odstępach czasu. Allora, pora na przepis i na zdjęcia.
Jak każde owoce morza, również i cozze, na początku nie wyglądają zbyt apetycznie. Przeważnie są brudne, w piaseczku i z bóg wie czym poprzyczepianym do muszelek. Trzeba je umyć, obczyścić i wrzucić do miski pełnej chłodnej wody (w ten sposób pozbędziemy się piaseczku, który skrył się w muszlach). Najlepiej zostawić je na godzinę i zająć się czymś przyjemnym, lub pożytecznym (ja poszłam do supermarketu, była akurat pausa pranzo, ergo, nie było tłumów, bo Włosi wcinają o tej porze pastę; wszystko jest pozamykane, a ulice opustoszałe).
Wracając do tematu - następnie trzeba naszykować garnek, nalać ociupinkę wody na dno, wstawić na gaz i bezlitośnie wrzucić muszle do garnka. Przykryć przykrywką. Muszle zaczną się otwierać, należy je trochę poprzerzucać, żeby wszystkie miały okazję powiedzieć nam „buongiorno”. W tym momencie wstawiamy wodę na makaron. Muszle odstawiamy aby przestygły, woda się gotuje, a my zabieramy się za sos. Jak sztuka kulinarna każe, przygotowanie sosu powinno trwać tyle, ile gotowanie się makaronu. Nie ma więc czasu do stracenia. Na patelnię, na zimną jeszcze oliwę, wrzucamy czosnek (ja kroję w plasterki) i pilnujemy, żeby się nie przypalił, bo wtedy paskudnie capi i jest niejadowity. Zmniejszamy ogień, wrzucamy półtora garści pomidorków koktajlowych poprzekrajanych na połówki (można też wrzucić dwa pomidory bez skórki, pokrojone w kosteczkę; odradzam passatę, czyli przecier pomidorowy, cały urok potrawy polega na tym, że produkty mają być świeże). Przykrywamy, aby pomidorki zrobiły się miękkie, odrobinę solimy i zabieramy się za vongole. Bodajże Nigella mówiła, że muszle, które się nie otworzyły należy wyrzucić, ale z kolei Roby twierdziła, że wcale nie. Bardziej wierzę Włoszce, w końcu jak kupiliśmy świeże owoce morza, to są świeże i basta. Zawsze też można skontrolować, jak się cozze miewają i wtedy, w razie czego, pozbyć się tych nieświeżych. Możemy wrzucać całe muszle do sosu lub też wyjąć mięsko małżowe i tylko je wrzucić. Ja wybrałam parę ładnych muszli i wrzuciłam je w całości, resztę obrałam (wygodniej w jedzeniu, a te parę muszli to na ozdobę). Gdzieś w międzyczasie, na bank, zawrzała nam woda, wrzucamy makaron i pilnujemy, mi raccomando, aby się nie rozgotował i był al dente. Ja wybrałam bucatini, czyli makaron podobny do spaghetti, tylko że z dziurką w środku. Sos gotujemy pod przykryciem, aby smaki się przegryzły, pilnujemy makaronu; w międzyczasie (jeżeli zostaliśmy obdarzeni podzielnością uwagi), nakrywamy stół, myjemy gary, ogarniamy kuchnię. Na koniec odlewamy makaron, wrzucamy z powrotem do garnka i dodajemy sos. Możemy gotować makaron minutę krócej i ostatnią minutę pogotować makaron i sos razem; w ten sposób makaron przejdzie nam smakiem sosu. Podajemy z białym winem, nie sypiemy żadnym parmezanem (boże broń!), jeżeli lubimy posypujemy pietruszką.
Jeszcze parę uwag.
Sos powinien złapać pomarańczowy odcień (w reakcji z czosnkiem) – nie wiem, czemu tak się dzieje, ale tak jest (dogmat).
Do pasty warto jest podać chleb, aby można było fare la scarpetta, czyli wybrać z talerza resztki sosu.
Na koniec podajemy espresso (najlepiej z cukrem trzcinowym).
I parę uwag nt. owoców morza in generale.
Oprócz pierwszego złego wrażenia, które robią, są pyszne. Najlepsze świeże, z targu rybnego, te supermarketowe odradzam. Aby nie zepsuć ich naturalnego smaku, nie należy używać za dużo przypraw. Wystarczy czosnek, pietruszka i sok z cytryny. Ogólnie, Włosi nie przesadzają z przyprawami, gdyż liczy się prawdziwy, naturalny smak składników, a przyprawy mają go jedynie podkreślić, a nie zabić (co u nas, niestety, często się zdarza, np. przy sosie bolońskim z kilogramami oregano, bazylii, pieprzu etc.)
Na koniec najlepsza notizia.
Oprócz tego, że jest to danie szybkie, smaczne i wyszukane, to koszt wykonania całej potrawy zamknął się w 3 euro. Najdroższe były cozze, 1 euro za pół kilo. Porcja wyszła dwuosobowa, ale zjadłam ją sama!
Poniżej zdjęcia z poszczególnych etapów przygotowywania potrawy.







