poniedziałek, 28 marca 2011

Prendere due piccioni con una fava.

Czyli złapać dwa gołębie przy pomocy jednego bobu (boba? sorry kojarzy mi się) - dziś kulinarnie. W sobotę, jak każda porządna casalinga (housewife) poszłam na zakupy. Chociaż Mamma ostrzegała, że ma nadejść chmura radioaktywna znad Japonii, to nie mogłam się oprzeć pokusie zobaczenia mitycznego mercato di frutta e verdura. Wiedziałam, mniej więcej, gdzie się znajduje, więc poszłam na oślep, bez pytania o drogę. Gdy zobaczyłam ludzi z siatkami pełnymi świeżego warzywa, zrozumiałam, że to już niedaleko. Podążałam więc szlakiem siatek wypełnionych dobrami południa i w końcu trafiłam na mercato. I nie mogłam przestać się śmiać (choć starałam się jak mogłam, aby nie dać po sobie poznać, żem straniera). Już kiedyś byłam na takim mercato – rok temu na Sycylii. Sprzedawcy wydzierający się na całe gardło: „śliczne melanzany, świeżutkie, kupujcie!”, „kupujcie, kupujcie, jutro mnie tu nie będzie!”, „signora, co dla pani?”. I musicie wiedzieć, że to było włoskie wydzieranie, czyli głośno, wesoło i przekonująco. Przepychałam się wśród włoskiego tłumu babć, dziadków, dzieciaczków i dorosłych, którzy, tak jak ja, wybrali się na targ. Współlokatorka uprzedziła mnie, że najlepiej jest przejść się, zobaczyć gdzie ładny towar, gdzie korzystne ceny, a dopiero potem zrobić zakupy. Tak też uczyniłam. Obkupiłam się w truskaweczki, pomarańcze na spremutę (świeżo wyciskany sok), cykorie, jabłuszka, bób, pietruszkę, orzechy, marcheweczki, cukinie, pomidorki, cebulkę i czosnek oraz vongole, i to za jedyne 10 euracza. Sprzedawcy wszystko zaokrąglają do pełnych sum, więc nawet jak coś kosztuje 65 centów za kg, to mówią: „hej, hej, weź za euro, weź za euro” – jeszcze nie nauczyłam się mówić „nie”, tym bardziej jeżeli chodzi o świeże warzywa i owoce, więc mniej więcej kontrolując, ile czego dostaję i za ile, kupowałam z radością dziecka. Dwa razy dostałam opr za opieranie się swoimi zakupami o wyłożony towar – nie cackają się; w końcu, im głośniej sprzedawca krzyczy i im ładniej towar wygląda, tym lepiej się sprzeda. Zdjęć mercato nie zrobiłam, ale nadrobię to; tymczasem moje owocowo-warzywne łupy - poniżej.














Drugą część posta zajmie przepis, którego nauczyłam się od Roby, mojej współlokatorki z Bolonii. Roby pochodzi z Salerno, nadmorskiej miejscowości koło Neapolu, i jak domniemanie każe domniemać, umie gotować ryby (il pesce – czyli włoskie określenie na wszystko, co w morzu pływa, włączając w to owoce morza – po prostu mówi się pesce). Przepis oryginalnie jest na vongole (czyli takie mniejsze, jaśniejsze i bardziej okrągłe muszle), ja natomiast na targu kupiłam cozze (czyli muszle czarne, podłużne i większe) – jak ktoś zna polskie nazwy, to proszę mnie poprawić. Oczywiście zorientowałam się dopiero w domu, że pół kilo kupionych małż, to nie to, co gotowałam wcześniej, ale pomyślałam sobie, że jedno i drugie pochodzi z morza, ma muszlę, w środku jest mięsko, więc na pewno przygotowuje się  tak samo. I się nie pomyliłam. Choć muszę przyznać, że miałam trochę cykora, czy mi wyjdą, bo jednak robiłam je tylko 2 razy w życiu, w rocznych odstępach czasu. Allora, pora na przepis i na zdjęcia.
Jak każde owoce morza, również i cozze, na początku nie wyglądają zbyt apetycznie. Przeważnie są brudne, w piaseczku i z bóg wie czym poprzyczepianym do muszelek. Trzeba je umyć, obczyścić i wrzucić do miski pełnej chłodnej wody (w ten sposób pozbędziemy się piaseczku, który skrył się w muszlach). Najlepiej zostawić je na godzinę i zająć się czymś przyjemnym, lub pożytecznym (ja poszłam do supermarketu, była akurat pausa pranzo, ergo, nie było tłumów, bo Włosi wcinają o tej porze pastę; wszystko jest pozamykane, a ulice opustoszałe).
Wracając do tematu - następnie trzeba naszykować garnek, nalać ociupinkę wody na dno, wstawić na gaz i bezlitośnie wrzucić muszle do garnka. Przykryć przykrywką. Muszle zaczną się otwierać, należy je trochę poprzerzucać, żeby wszystkie miały okazję powiedzieć nam „buongiorno”. W tym momencie wstawiamy wodę na makaron. Muszle odstawiamy aby przestygły, woda się gotuje, a my zabieramy się za sos. Jak sztuka kulinarna każe, przygotowanie sosu powinno trwać tyle, ile gotowanie się makaronu. Nie ma więc czasu do stracenia. Na patelnię, na zimną jeszcze oliwę, wrzucamy czosnek (ja kroję w plasterki) i pilnujemy, żeby się nie przypalił, bo wtedy paskudnie capi i jest niejadowity. Zmniejszamy ogień, wrzucamy półtora garści pomidorków koktajlowych poprzekrajanych na połówki (można też wrzucić dwa pomidory bez skórki, pokrojone w kosteczkę; odradzam passatę, czyli przecier pomidorowy, cały urok potrawy polega na tym, że produkty mają być świeże). Przykrywamy, aby pomidorki zrobiły się miękkie, odrobinę solimy i zabieramy się za vongole. Bodajże Nigella mówiła, że muszle, które się nie otworzyły należy wyrzucić, ale z kolei Roby twierdziła, że wcale nie. Bardziej wierzę Włoszce, w końcu jak kupiliśmy świeże owoce morza, to są świeże i basta. Zawsze też można skontrolować, jak się cozze miewają i wtedy, w razie czego, pozbyć się tych nieświeżych. Możemy wrzucać całe muszle do sosu lub też wyjąć mięsko małżowe i tylko je wrzucić. Ja wybrałam parę ładnych muszli i wrzuciłam je w całości, resztę obrałam (wygodniej w jedzeniu, a te parę muszli to na ozdobę). Gdzieś w międzyczasie, na bank, zawrzała nam woda, wrzucamy makaron i pilnujemy, mi raccomando, aby się nie rozgotował i był al dente. Ja wybrałam bucatini, czyli makaron podobny do spaghetti, tylko że z dziurką w środku. Sos gotujemy pod przykryciem, aby smaki się przegryzły, pilnujemy makaronu; w międzyczasie (jeżeli zostaliśmy obdarzeni podzielnością uwagi), nakrywamy stół, myjemy gary, ogarniamy kuchnię. Na koniec odlewamy makaron, wrzucamy z powrotem do garnka i dodajemy sos. Możemy gotować makaron minutę krócej i ostatnią minutę pogotować makaron i sos razem; w ten sposób makaron przejdzie nam smakiem sosu. Podajemy z białym winem, nie sypiemy żadnym parmezanem (boże broń!), jeżeli lubimy posypujemy pietruszką.
Jeszcze parę uwag.
Sos powinien złapać pomarańczowy odcień (w reakcji z czosnkiem) – nie wiem, czemu tak się dzieje, ale tak jest (dogmat).
Do pasty warto jest podać chleb, aby można było fare la scarpetta, czyli wybrać z talerza resztki sosu.
Na koniec podajemy espresso (najlepiej z cukrem trzcinowym).
I parę uwag nt. owoców morza in generale.
Oprócz pierwszego złego wrażenia, które robią, są pyszne. Najlepsze świeże, z targu rybnego, te supermarketowe odradzam. Aby nie zepsuć ich naturalnego smaku, nie należy używać za dużo przypraw. Wystarczy czosnek, pietruszka i sok z cytryny. Ogólnie, Włosi nie przesadzają z przyprawami, gdyż liczy się prawdziwy, naturalny smak składników, a przyprawy mają go jedynie podkreślić, a nie zabić (co u nas, niestety, często się zdarza, np. przy sosie bolońskim z kilogramami oregano, bazylii, pieprzu etc.)
Na koniec najlepsza notizia.
Oprócz tego, że jest to danie szybkie, smaczne i wyszukane, to koszt wykonania całej potrawy zamknął się w 3 euro. Najdroższe były cozze, 1 euro za pół kilo. Porcja wyszła dwuosobowa, ale zjadłam ją sama!
Poniżej zdjęcia z poszczególnych etapów przygotowywania potrawy.

wtorek, 22 marca 2011

raport potentino, czyli weekend w Potenzy

Przyszedł czas na relację z weekendu w Potenzy. Na wstępie, muszę Was pocieszyć, że pogoda na południu wcale mnie nie rozpieszcza. Każdy, kto myśli, że niebo jest niebieściutkie, słoneczko świeci, a wietrzyk przesuwa białe obłoczki po niebie – jest w błędzie. Piove (pada), tira vento (wieje wiatr) i jest relatywnie zimno (temperatura waha się od 7 do 19 stopni). W Potenzy, jako, że jest to najwyżej położona stolica regionu Włoch (coś około 900 m. n.p.m.) jest zawsze zimniej i bardzo często pada. Ten weekend nie był wyjątkiem. A ja, oczywiście, nie mam ciepłych ubrań, bo przecież przyjechałam cieszyć się wiosną, ciepełkiem i plażą (haha, najwcześniej za miesiąc). Allora, gdy zobaczyli mnie moi koledzy, powiedzieli, że jestem pazza (szalona), że nie wzięłam ciepły ubrań. Na powitanie dostałam więc męskie piumino, czyli włoskie klasyczne ubranie (kurteczka wypełniona pierzem) i ciepłe męskie skarpetki, które nosiłam do balerinek. Na szczęście, „męskie” we Włoszech równie dobrze może być pojmowane jako „unisex”; skarpetki były ciepłe, ale cienkie, a piumino było nie za wielkie i z lekko błyszczącego materiału (a notabene, moi koledzy są dalecy od bycia metro, tak jak polska pizza daleka jest od pizzy włoskiej). W Potenzy gościli mnie Giovanni i Gianluca, których poznałam w listopadzie na projekcie UE. Obaj pracują w radio Redazione, które miałam przyjemność zwiedzać na afterparty (i tak zawarliśmy tę naszą amicizię).
W sobotę, 19 marca, odbywał się marsz przeciwko mafii, był to też dzień upamiętniający jej ofiary. Radio Redazione było zaangażowane w manifestację, organizowali oprawę muzyczną tego wydarzenia i dzięki nim mogłam siedzieć sobie na pozycji polskiego VIPa wśród ponad 40tysięcznego tłumu młodych ludzi, którzy przyjechali z całych Włoch, aby wyjść na ulicę i zaprotestować. Włosi z flagami (produkcji własnej lub otrzymanymi od organizatorów), rewolucyjnymi piosenkami na ustach (odsyłam do yt: „Bella ciao”, „Cento passi” etc.) przeszli się po Potenzy – kolejne odesłanie, tym razem do zdjęć.
Pierwszy raz byłam na tak dużej manifestacji, pierwszy raz we Włoszech. Przeżycie niesamowite –nadzieja, solidarność, niezgoda na to, co dzieje się złego w ich kraju. Warto było zobaczyć to z bliska, uczestniczyć w wydarzeniu, które gloryfikuje aktywną postawę i dążenie do przemian (na pohybel tym, którzy postawili krzyżyk na naszym pokoleniu!).
Trochę padało, jednak na ciężarówce, z parasolką i winem do rozgrzania, wcale nie było mi źle. Poza tym, miałam świetną miejscówę do fotografowania (czyli właściwie wszystko, czego człowiek może chcieć od życia). Po powrocie do domu, zjedliśmy obiad z rodzicami Gianluki, pochwalam w tym miejscu zdolności kulinarne włoskich mam (a jest to kolejna, którą poznaję). Wieczorem przyszła pora na imprezę organizowaną przez chłopców. Grali Southboyz Sound, Briganti Sound i Fido Guido. Jak na prawdziwą groupie przystało, na miejscu byłam już o 19, obserwowałam rozkładanie sprzętu, próby dźwięku etc. - muszę przyznać, że trochę się nudziłam, ale całe szczęście było wifi, więc czekałam sobie spokojnie aż sprawy nabiorą większego tempa (jedna z podstawowych zasad w Italii – nie spieszyć się i nie poganiać innych). W międzyczasie próbował mnie zarywać brzydki pan organizator z klubu, upewniając się przedtem trzykrotnie, że nie jestem dziewczyną żadnego z kolegów. Ale się nie dałam, dość brzydkich Włochów! A poza tym, byłam groupie, a to zobowiązuje. Zjadłam z chłopcami kolację, napiłam się winka, wypaliłam fajeczkę i poszłam zwiedzać pokoje, w których byli zaalloggiowani (zakwaterowani), oglądać największą lunę (akurat przypadała pełnia i ten moment, kiedy księżyc znajduje się najbliżej ziemi – podobno trafia się to raz  na 20 lat) i pogadać. A raczej posłuchać. Chłopcy z Potenzy i Neapolu rozmawiali bowiem w dialekcie, lub też niewyraźnie, lub też o tematach, osobach, wydarzeniach, o których słyszałam po raz pierwszy. Więc sobie siedziałam i słuchałam, czasami dorzucając swoje trzy polskie grosze pomiędzy ich miliony euro dyskusji. W końcu, gdy przyszła pora na koncert (a musicie wiedzieć, że we Włoszech imprezy zaczynają się ok północy), zeszliśmy wszyscy, oni zabrali się za granie, ja za tańczenie, popijanie drinków (ze zniżką od pana organizatora) i rozmowy ze znajomymi (których nagle się trochę pojawiło, byłam bowiem przedstawiana tryliardom osób, których imion nie miałam szans zapamiętać). Wybawiłam się, impreza skończyła się o 5, a o 6 byłam już w łóżeczku. A potem szybciutko (magari!) do Bari. To tylko 170km, ale podróż trwała aż 3,5h, bo teren górzysty, autobus wolny, a w międzyczasie przesiadka w Materze i półgodzinna włoska kłótnia w autobusie (bo ludzie się nie pomieścili, a jak już się zmieścili, to nie chcieli schować walizek do luku, tylko trzymali je w autobusie). Tak jak podejrzewałam, wróciłam niewyspana, distrutta (zniszczona), ale zadowolona.
A dziś na obiad przygotowałam południowy klasyk – insalata di riso, czyli ryż, warzywa marynowane i mortadela pokrojona w kosteczki. Wyszło boskie. Przy pierwszym kęsie, przypomniało mi się Gallipoli (jak herbatka u Prousta), gdyż było to jedno z głównych dań przy aperitivo w Buenie Viście. Molto nostalgico. Zaraz wracam do pracy, bo już prawie po pausa pranzo (przerwie obiadowej). Całe szczęście, 15 stopni, słońce świeci i jest przyjemnie. Arrivederci!

piątek, 18 marca 2011

tricolore.

È stata veramente una bella giornata

17 marca. Dziś rocznica zjednoczenia Włoch. Okrąglutka, 150 lat. Z tej to okazji nie pracowałam, tylko wzorowo przeświętowałam cały dzień. Najpierw wstałam rano (circa 11), ogarnęłam pokój i wzięłam prysznic. Jak świętować, to na czysto! Potem zabrałam się za robienie piadin na obiad. Przepis dostałam od Lu, więc nie powinno być źle (bo to brava cuoca), ale Włoszki zaczęły dziwnie patrzeć na drożdże - że to drożdże do pizzy, że inne drożdże są do dolci, a inne do salati – i bądź tu mądry, nie zwariuj. Notabene, myślę, że te ich „drożdże” do dolci to zwykły proszek do pieczenia. Whatever. Poza tym, poczułam się urażona, gdy zapytały mnie czy pierwszy raz robię ciasto (phi!), a na moją propozycję, że może zjedzą piadiny odpowiedziały, że przygotują coś bezpieczniejszego. PL-IT 0:1. Spadówa makaroniary, pomyślałam, i żwawo zabrałam się za wyrabianie ciasta. W pewnym momencie trochę spanikowałam, nie będąc pewna, jaka ma być konsystencja końcowa i z jedną ręką w misce, a w drugiej trzymając telefon, skonsultowałam się z Lu. Upewniwszy się co do charakterystyki ciasta piadinowego, zaczęłam je wałkować i smażyć na patelni. I wyszły! Hahaha, PL-IT 1:1. Przyszła Katty, przybyła też Elda (aplikantka z kancelarii) z winem i słodyczami. Chryste, były boskie (cukierniczy kunszt wywołuje u mnie zwiększoną religijność i akty strzeliste). Cristi postanowiła nie jeść słodyczy w poście (fioretto – postanowienie), więc na czas ich konsumpcji poszła umyć włosy. Poverina! Potem, jak porządne casalinghi (housewives) wypiłyśmy kaweczkę, posprzątałyśmy wszystko, wypaliłyśmy po fajeczce, dziewczyny rozpoczęły przygotowania do festy (festa di laurea, koleżanka się obroniła, organizuje bibę w restauracji i wszyscy się cieszą), a my z Eldą poszłyśmy na spacer. Offtop – właśnie przeleciał mi komar przed nosem – wow. Przeszłyśmy się po mieście, robiłam zdjęcia domów i witryn sklepowych, które przybrane są w tricolore – włoskie barwy (pokłon w stronę włoskiej kreatywności), a potem przypadkiem trafiłyśmy na paradę wojskową. Oprócz parmiggiano, wina, ciepłego morza i pięknych zabytków kocham Włochy za to, że mają Włochów. Exhibition A – zdjęcie włoskiego szyku bojowego (pytanie-zagadka: znajdź mi Włocha, który patrzy we właściwym kierunku). Odpowiadam: każdy patrzy w najwłaściwszym dla niego kierunku! Pierwsi z brzegu to tzw. bersaglieri (strzelcy), potem va marina (marynarka), później carabinieri (mają kapelusze jak Nelson) i na koniec guardia di finanza. Ale tak szczerze, niestety, nie było żadnych pięknych militari (wojskowych). Ale była orkiestra, dużo flag, przemarsz w/w formacji, i jako dziecko wychowane na paradach 11 listopada (dzięki Mamo!) zaciesza miałam niemałego.
Wracając do domu, spotkałam Katty, z którą jak się okazało, oprócz wszystkich innych gustów, dzielimy także ten muzyczny. Ostatnia próba, próba ognia to ta, w której sprawdzimy, czy podobają nam się ci sami chłopcy.  Meglio di no. Chociaż ona ma jeszcze  czkawkę po swoim byłym. Podobnie jak Cristi.
W domu małe tensione (napięcie), bo dziewczyny czekają na Donato. Uwaga, ploteczka. Donato ma dziewczynę, ale bardzo podoba mu się Cristi. I on się jej też podoba (z wyglądu i z charakteru). I jest problem. Cri się denerwuje, on do niej wydzwania, rozmawiają godzinami, odwiedza ją wieczorami, a dziś zawozi obie moje współlokatorki na festę (sam nie jest na nią zaproszony, to dość daleko, jego dziewczyna o niczym nie wie). Cri umiera z nerwów, łazi ze smutną miną i widać, że ma się nienajlepiej. Na pocieszenie, jako dobra koinkłilina, przytulam, skręcam jej fajeczkę, pokazuję zdjęcia, narzekamy na chłopców (perdonatemi wszyscy bravi ragazzi!) i opowiadam ostatnią żenującą historię, która miała miejsce tuż przed moim wyjazdem z Patatlandii (zrobiłam z siebie koncertową idiotkę, jeszcze dziś pozdrawiam siebie z góry pozdrawiania. I Misię też, ona wie o co chodzi!), Lori opowiada swoją (jak  rzuciła starającego się chłopca butem). Ucałowałyśmy się, uściskałyśmy i ragazze pojechały. Dostałam jeszcze smsa, że dotarły na miejsce; odpisując zakazałam Cristi myśleć o chłopcach, a jako dobra cioteczka, nakazałam porządnie się wybawić (divertitevi bene, mi raccomando!). Tymczasem, leżę na wygodnej kanapie i po raz kolejny delektuję się swoim wyborowym towarzystwem. Wieczór jeszcze nie dobiegł końca. Zdjęcia do owego posta w poście następnym. Polecam waszej uwadze przeanalizowanie włoskiego szyku bojowego, czy tam reprezentacyjnego, chissenefrega. Jutro jadę do Potenzy na manifestację przeciwko mafii i koncert organizowany przez moich kolegów. Relacja wkrótce.

środa, 9 marca 2011

carnevale - ogni scherzo vale


Piszę zmarnowana po wczorajszej feście karnawałowej. Właściwie, w poniedziałek też festeggiowałyśmy, więc po dwudniowej feście. Cristina to równa babka (wszystkie Ryśki to fajne chłopy, wszystkie Kryśki - równe babki?), często mamy gości, znam już dużą część jej znajomych. Ponadto, wartością dodaną jest to, że przynoszą jedzenie i wino, i gotują. Dobry włoski dom. W poniedziałek gościłyśmy przyjaciółkę Cristi i 4 kolegów: 2 inżynierów, lekarza i prawnika. Śmiałyśmy się, że z nimi na bezludnej wyspie byśmy nie zginęły. Zabawa była przednia, zostałam ogłoszona arbitrem elegancji i oceniałam Włochów za wygląd, wysławianie się oraz opiniowałam, która para ładnie wygląda razem. Bravi ragazzi bez szemrania przygotowali mi nawet karteczki z ocenami (jak w tańcu z gwiazdami) – bo powiedziałam, że bez nich nie będę oceniać. Oczywiście, najwięcej punktów dostali ci, którzy powiedzieli mi coś miłego, w stylu: „miło było cię poznać”. Czy arbiter musi być obiektywny? Potem moja współlokatorka i jej dwóch kolegów bawili się w randkę w ciemno. Gaetano był Jackiem Kawalcem, chłopcy mieli 60 sekund na zareklamowanie się, Annamaria służyła radą (jak Edyta w randce w ciemno), a Cristi miała wybrać. Wybrała tego, który nie miał dziewczyny J. Ja od razu też byłam swatana i to w dość bezpośredni sposób (fajny ten mój kolega? ładne ma oczy? podoba ci się? – na te wszystkie pytania, kolega który był reklamowany, sam z siebie odpowiedział „3x tak”).
Wczoraj z kolei była prawdziwa festa in maschera. Ja zapewniłam słodycze i wino z enoteki, Giovanni przyniósł maski i po degustacji (kulturka, moi drodzy) wybraliśmy się do Demode, klubu, gdzie pracuje Amleto. Po drodze zgarnęliśmy jeszcze Katię, przyjaciółkę Cristi, z którą mam podobny gust muzyczno-ubraniowo-kosmetykowy. Naszym błędem było to, że nie wzięliśmy ze sobą winiacza, gdyż jak się okazało, przed Demode był dziki tłum (nie przesadzę gdy powiem ok. 500 osób), wszyscy przebrani (a wierzcie mi, inwencja włoska daje radę). Staliśmy na dworze około godziny, na zimnie, w tłumie (co jednak trochę grzało). Były krasnale, blues brothers, kurtyzany, piraci, kaczki, smerfy, gejsze, kotki, a kto nie miał przebrania – zaopatrzył się przynajmniej w maskę lub kolorowe włosy. Tłum dobrze się bawił, w przerwach między ściskaniem się padały okrzyki: „kto nie skacze, ten z Lecce” (lokalne animozje). I wierzcie mi, skakali! Koniec końców, nie weszliśmy do klubu, podobnie jak cały tłum przebranych Włochów (z czego wszyscy cisnęli, że tacy przebrani wrócą do domów i położą się spać). Moi kompani zdecydowali się jechać do innego klubu, H25. Nie przestanie mnie bawić fakt, że na nazwę dyskoteki ktoś wybrał głoskę, której się we włoskim nie wymawia (czyli jak mamy heineken i hamburger, to mówimy eineken i amburger) – więc Włosi nazywają to miejsce AKKA venticinque. I znów dziki tłum, znów wszyscy przebrani, w tym chłopcy ze szpadami z kartonu, którzy na pytanie bramkarki: „chcecie z tym wejść? po co?”, odpowiedzieli: „bo to divertente”. Poczekaliśmy, nie będąc pewni, czy wejdziemy, jednak po tym, jak usłyszałam „barbrę streisand” byłam dobrej myśli. Znak! Weszliśmy, słono płacąc za bilecik. W środku niewyobrażalny tłum. Kotłownia w czasie boju akademików to przy tym nic. Wystrojone i wymalowane ładne Włoszki, wystrojone i wymalowane paskudziary i cały przekrój Włocha. Każdego wzrostu, prawie każdego stylu, każdej maści, jednym słowem. Od wysokiego chudzielca, co deptał mi po stopach jak potupywał obok, typów z solary (dobrze wysmażeni), po Włochów luzaków, Włochów eleganckich, Włochów vintage, Włochów lanserów, Włochów w dziwnych przebraniach.
Jak już weszliśmy do środka, wielkiej hali przystosowanej do potupywań, z włoskim wodzirejem, który śpiewa (kocham ich za to), zagrzewa do tańca, zachęca do „su le mani”, i  krzyczy: „sale, sale non fa male”, czyli do rączek w górze i skakania, to w tym dzikim ścisku wcale nie czułam się szczęśliwa i ubawiona. W sukurs przyszło piweczko i było już trochę lepiej, lecz nadal, w ścisku i z kurtką w ręku (szatnia była już zamknięta), nie dawało się tańczyć. Per fortuna, znaleźliśmy sobie odrobinę miejsca i przystąpiliśmy do żegnania karnawału z przytupem. Poczułam klimat imprezy, gdy dj zaczął puszczać hity z wakacji, które towarzyszą mi od powrotu z Gallipoli i przypominają te cudne chwile. I oczywiście, cały tłum Włocha, zagrzewany przez wodzireja, radośnie wył „canto de la sirena”, „maracaibo”, „tanti auguri”, „cacao meravigliao”, „why don’t you”. Było super. W pewnym momencie, jak to na każdej włoskiej potańcówie, klimat się zmienił na italodisko i leciały same hiciory, które raczej klubowe nie są, ale Włosi je kochają i wyśpiewują każde słowo z uśmiechem na buźce. Przykłady? „la notte vola”, „le cicàle”, „sarà perché ti amo”, „nord, sud, ovest est”. Posłuchajcie, to zrozumiecie ten fenomen. W ciągu całej imprezy byłam przedstawiana bliżej nieokreślonej liczbie osób, które pytały się, jak długo jestem w Bari i słysząc, że od tygodnia, bardzo się dziwiły, że jak to możliwe, że tak dobrz mówię po włosku. Odpowiedź, że po zjedzeniu 20kg pasty przyszła iluminacja z nieba, już mi się znudziła, więc mówiłam, że Katia mnie tak dobrze nauczyła. Ogólnie, bardzo się tu mną wszyscy zajmują i troszczą, więc oprócz tego, że się dobrze bawiłam, miałam też świetne towarzystwo. Ale nie ma dolce bez amaro, jak mawiała moja babka w ’48. W pewnym momencie zaczęła się rissa, czyli bijatyka. I to tuż obok nas, tak blisko, że gdyby kolega Katii mnie nie osłonił, to z pewnością dostałabym w główkę bottę, czyli uderzenie. (ukłony w stronę Lu i w stronę jej pierwszej rzymskiej imprezy podczas tirocinio – przypomniało mi się: „sotto casa mia ogni notte mignotte prendono le botte” Fabriego). Wracając do tematu, dzielni towarzyszący nam Włosi osłonili nas przed pijanymi wariatami, którzy uprawiali dyskotekowe MMA. Wariatów było dwóch czy trzech, ale zrobiło się spore zamieszanie i wyglądało to dość nieciekawie; naprawdę się przestraszyłam, bo wszystko zdarzyło się na przestrzeni kilkudziesięciu sekund, z nienacka i było molto violento. Potem, jak wychodziliśmy, okazało się, że przyjechała karetka i carabinieri, czyli dość poważnie się poturbowali.
Całe szczęście, ten incydent nie popsuł nam zabawy, a żeby dopełnić imprezowy puchar ambrozji, powiem, że na koniec przyszedł czas na Fabriego Fibrę, którego tu lubią i wszyscy śpiewali „tranne te”, a jak przyszedł czas na frazę „se tu sei bella bionda/ bella mora grida aoh” to odtańczyłyśmy to w iście teledyskowym stylu z Cristi i Katią. Zmęczeni, ale wybawieni wróciliśmy do domu.
Zgodnie z tym, co śpiewa Caparezza: „vieni a ballare in Puglia”, czyli wpadajcie na potańcówę do A-pulii.
  

















a to nasze karnawalowe przebrania.

niedziela, 6 marca 2011