dziś prowadzę lekcję angielskiego w dzielnicy papieżowej. jadę na grzegorza VII, więc muszę dojechać metrem do aurelii, a potem autobusem do piusa XI /anastazego II, po drodzę minę gregory gym (lol). w sumie to około 13 kilometrów. całe szczęście, że na uszach porządne d'n'b i dubstepy, które będą pieściły moje bębenki, a czas uprzyjemniać mi będzie dodatkowo pan bukowski i jego "women". lubię siedzieć sobie w autobusie/ metrze/ tramwaju, czytać i przemierzać kilometry wiecznego miasta, ma to w sobie coś romantycznego. czasami oczywiście krew mnie zalewa, gdy w korku nie poruszamy się ani o milimetr, a obcasy powodują, że nogi wchodzą mi w culo, no ale taki już urok życia w wiecznym mieście. zawsze mogę popatrzeć sobie na akwedukt, czy inny starożytny kamulec i jakoś na sercu robi się cieplej. genius loci.
piątek, 17 lutego 2012
niedziela, 12 lutego 2012
pigneto caput mundi w śniegu. symfonia.
ouverture. grazioso.
pigneto, czyli zona, w której mieszkam. wędrując z kosmosu: italia, rzym, roma est (bo przecież ja jestem donna dell'est, czyli mieszkam w jedynej słusznej dla mnie zonie), pomiędzy prenestiną a casiliną. oto ono. pigneto, caput mundi, które swoją nazwę wywodzi od rosnących drzew piniowych.
pigneto, czyli zona, w której mieszkam. wędrując z kosmosu: italia, rzym, roma est (bo przecież ja jestem donna dell'est, czyli mieszkam w jedynej słusznej dla mnie zonie), pomiędzy prenestiną a casiliną. oto ono. pigneto, caput mundi, które swoją nazwę wywodzi od rosnących drzew piniowych.
pigneto miało kiedyś złą opinię, było nieciekawą dzielnicą, jednak w miarę pojawiania się w tych rejonach słynnych osobistości, jak np. pasolini, jak również stanowienia tła dla coponiektórych filmów i osiedlania się w tych rejonach tzw. frikettonów, czyli różnej masy dziwnych ludzi, którzy mają zapędy artystyczne, wiecznie studiują, pracują dorywczo lub zajmują się niewiadomoczym, oraz przede wszystkim w wyniku rozszerzania się wiecznego miasta, nieuchronnie stało się jedną z dostrzeganych dzielnic na mapie rzymu. doszło nawet do tego, że budują tu metro C, co moim skromnym zdaniem skończy się dla pigneto tak, jak dla trastevere, czyli mnóstwem amerykanina w sąsiedztwie. pigneto jest słynne z tego, że jest tu dużo tzw. centri sociali, czyli squatów z misją artystyczną, różnych lokali, klubów, a latem na zona pedonale jest pełno ludzi z całej dzielnicy, którzy sączą piweczko i robią bógwieco. na pigneto można spotkać ludzi różnej maści, od scenografów, fotografów, gwiazd telewizji, po extracomunitari (czyli tych spoza ue), którzy sprzedają na rogu piwo oraz trudnią się nie zawsze legalnymi biznesami. spotyka się też ulicznych artystów, muzyków i dużo studentów - bo blisko do uniwersytetu, alternatywnie modnie i w miarę tanio.
adagio. con dolcezza.
ostatnio wyszłam na pigneto z moją współlokatorką Clarą, bo stwierdziłyśmy, że dość życia starych panien i siedzenia w domu z papieroskiem i herbatą. poszłyśmy na wieczorny spacer. padał śnieg, więc jak każdy włoch nieprzywykły do śniegu, wzięłyśmy ze sobą parasolkę (tak, tak, oni noszą parasolki przeciw śniegowi). to, co mnie zaskoczyło, to fakt, że o 23, na zaśnieżonych ulicach, pełno było ludzi. tu chłopcy wesoło pogrywający w piłeczkę na środku skrzyżowania (wiadomo, że nikt nie jeździ samochodem, bo z zarządzenia burmistrza trzeba mieć zimowe opony lub łańcuchy, a mało kto je ma), tam parka odbywająca romantyczny spacer, tu grupa znajomych rzucających się śniegiem. w pewnym momencie, słyszymy głos mniej więcej z wysokości 6. piętra: "a wy obstawiacie, że będzie więcej śniegu czy przestanie padać?". ktoś najwidoczniej robi sondaże w sprawie tak niezwykłej jak opady śniegu w roma amor.
pigneto w śniegu jest piękne. cicho opadające na parasol płatki, ślady naszych kroków na pokrytej cienką warstwą bieli ulicy. jak na piątek wieczorem - dosyć pusto, jak na śnieg w rzymie - całkiem sporo ludzi, którzy nie boją się zimy.
intermezzo. rumoroso.
jedyny lokal, w którym coś się dzieje to fanfulla, miejsce dosyć specyficzne. nie ma tam nic, ale jest tam też wszystko, czego potrzeba. tani alkohol, ciekawi ludzie, dobra muzyka. niestety czasami jest tak pełno, że nie da się wetknąć palca, a co dopiero ciała ubranego w ciepłe, antyzimowe ubrania. w dodatku, dużo jest ludzi, którzy chcą bardzo pokazać, jak dużo pieniędzy i starania wkładają w swój look. tak jak chłopiec, który pytał, czy kolczyki Cla są z masy perłowej (nie bo są z h&m za 8zika), albo dziewczyna, która powiedziała, że ona jak chce się nosić alternatywnie to wkłada to, a nie tamto. ale czy my się pytałyśmy o wasze zdanie? no nic, dużo jest ludzi, którzy ubiera się w ciuchy wybrane specjalnie dla nich z porta portese (takiego wielkiego targu, gdzie można kupić wszystko, ja właśnie siedzę w swetrze z szetlandzkiej wełny z PP za 1 eur), przez ludzi, którzy są na tyle sprytni, że wyczują, który sweter, która bluzka, czy która marynarka sprzedadzą się za 30-40 euraczy. no nic, to temat na inną okazję. po 2 szotach z tequili, stwierdziłyśmy jednak, że wychodzimy, bo ani tańczyć, ani rozmawiać, ani usiąść się nie dało.
scherzo. con fuoco.
intermezzo. rumoroso.
jedyny lokal, w którym coś się dzieje to fanfulla, miejsce dosyć specyficzne. nie ma tam nic, ale jest tam też wszystko, czego potrzeba. tani alkohol, ciekawi ludzie, dobra muzyka. niestety czasami jest tak pełno, że nie da się wetknąć palca, a co dopiero ciała ubranego w ciepłe, antyzimowe ubrania. w dodatku, dużo jest ludzi, którzy chcą bardzo pokazać, jak dużo pieniędzy i starania wkładają w swój look. tak jak chłopiec, który pytał, czy kolczyki Cla są z masy perłowej (nie bo są z h&m za 8zika), albo dziewczyna, która powiedziała, że ona jak chce się nosić alternatywnie to wkłada to, a nie tamto. ale czy my się pytałyśmy o wasze zdanie? no nic, dużo jest ludzi, którzy ubiera się w ciuchy wybrane specjalnie dla nich z porta portese (takiego wielkiego targu, gdzie można kupić wszystko, ja właśnie siedzę w swetrze z szetlandzkiej wełny z PP za 1 eur), przez ludzi, którzy są na tyle sprytni, że wyczują, który sweter, która bluzka, czy która marynarka sprzedadzą się za 30-40 euraczy. no nic, to temat na inną okazję. po 2 szotach z tequili, stwierdziłyśmy jednak, że wychodzimy, bo ani tańczyć, ani rozmawiać, ani usiąść się nie dało.
scherzo. con fuoco.
wyszłyśmy na dwór, a tam znów: cisza, spokój, noc, śnieżek. cieszy. to chyba znak, że się starzejemy. dziesięć metrów dalej, na placyku, gdzie zazwyczaj wyprowadza się pieski na siku i kupkę, grupa chłopaków z zasłoniętymi twarzami, którzy (już nie jako pierwsi) rzucają w nas śnieżkami. my z Clarą szybkie porozumiewawcze spojrzenie, parasol na bok i hejże do bitwy na śnieżki. muszę przyznać, że dawno się tak nie ubawiłam, miałyśmy super miejscówę (za samochodami i kubłami na śmieci, z których zbierałyśmy śnieg). ludzie, którzy przechodzili dołączali się do naszej drużyny stworzonej ad-hoc i razem zdrowo naparzaliśmy śniegiem. zdecydowanie do powtórzenia. mam nadzieję, że to nie ostatni śnieg na pigneto.
piątek, 3 lutego 2012
e se i Maya avessero ragione?
a jeżeli Majowie mieli rację? ten napis mijam codziennie jadąc tramwajem. w Rzymie spadł śnieg, czyli naprawdę nie wiadomo, czy koniec nie jest bliski. płaty śniegu wielkie jak spodki od filiżanek, Włosi robiący zdjęcia na ulicy, mówiący "neve, neve!". z daleka słychać syreny, więc albo karetki albo strażacy przeczesują miasto w poszukiwaniu ofiar zimy. w Rzymie śnieg nie padał podobno od lat 80. w zeszłym roku niby popadało, ale śnieg roztapiał się w momencie, kiedy dotknął nagrzanego włoskiego kozaka. dotychczasowe doświadczenia pogodowe nieuchronnie prowadzą mnie do wniosku, że zostanie ogłoszona katastrofa naturalna i wprowadzony stan wyjątkowy. wszak w październiku popadało zdrowo 4 godziny i już zbliżyliśmy się do apokalipsy. metro nie działało, na ulicach rwące potoki, largo preneste zamieniło się w lago preneste*, więc wnioskując a minori ad maius, przewiduję, że dramatyzm włoskich wiadomości, zdjęcia śniegu i zima, która zaskoczy włoskich drogowców z letnimi oponami, będą teraz tematem numer 1.
sprawdźmy to. po wpisaniu w google frazy "neve a roma", czyli "śnieg w rzymie" wyskakują przerażające zdjęcia kopuły bazyliki św. Piotra i Forum Romanum pokrytych śniegiem. jeżeli śnieg się utrzyma, to bez kitu, idę lepić bałwana pod Koloseum! wracając do nagłówków gazet: "maltempo, arriva il grande freddo, neve possibile anche a Roma e Napoli", "Gelo, evitare viaggi verso il centro", "Roma imbiancata", "tanta neve al centro, attesi oltre 10 cm a Roma" - czyli zimno, biały Rzym, oczekuje się ponad 10cm śniegu. temperatura za oknem +2 stopnie. povera Italia! nie dość, że kryzys, pensje tną, ceny benzyny skaczą, jak glukoza u cukrzyka, to jeszcze zima!
sprawdźmy to. po wpisaniu w google frazy "neve a roma", czyli "śnieg w rzymie" wyskakują przerażające zdjęcia kopuły bazyliki św. Piotra i Forum Romanum pokrytych śniegiem. jeżeli śnieg się utrzyma, to bez kitu, idę lepić bałwana pod Koloseum! wracając do nagłówków gazet: "maltempo, arriva il grande freddo, neve possibile anche a Roma e Napoli", "Gelo, evitare viaggi verso il centro", "Roma imbiancata", "tanta neve al centro, attesi oltre 10 cm a Roma" - czyli zimno, biały Rzym, oczekuje się ponad 10cm śniegu. temperatura za oknem +2 stopnie. povera Italia! nie dość, że kryzys, pensje tną, ceny benzyny skaczą, jak glukoza u cukrzyka, to jeszcze zima!
ale cóż, każdy ma taką zimę na jaką sobie zasłużył. pomyśleć tylko, że w tym tygodniu zaczęłam przygotowania do sezonu bikini. zamiast tego przyjdzie mi wyjąć z szafy swetry, przywdziać rękawice, czapki i szaliki i stawić czoła nieprzyjaznym warunkom pogodowym. Antonio, fa freddo!
Malatesta w śniegu.
*largo preneste - nazwa pobliskiej ulicy, lago-jezioro
poniedziałek, 23 stycznia 2012
z ziemi polskiej do włoskiej i nazad
wczoraj przy malatestańskiej włoskiej cena, poczułam się jak przy polskiej kolacji. dlaczego?
jak zwykle miało być spokojnie, ale przyszła szóstka gości, ergo: far from it. jedzenia nie zabrakło, gdyż wszyscy dzielnie zakasali ręce do roboty, a najdzielniej Jakub, który był kapitanem naszej arki malatesty (całe szczęście, że Jakub woli swoje whisky neat, a nie on the rocks, jak Schettino, allora nie sprowadził nas na kulinarne płycizny). były placki ziemniaczane po węgiersko-włosku, czyli po raz kolejny nasz dom przypominał smażalnię, a cholesterol wzniósł się pod niebiosy, oraz polenta z kremem z borowików (to te "prawdziwe grzyby", jak mówią Włosi). oprócz tego na deser był popisowy, jakubowy applecrumble z lodami śmietankowymi.
w trakcie kolacji zadzwonił telefon, odebrałam, mój Tata, więc mówię: "cześć tatusiu", wychodzę, rozmawiam, wracam a tu, że "cześć tatusiu" przypomina brzmieniowo "ch'e' 'sta tosse", czyli "co to za kaszel". Federika koło mnie mówi po cichu: "bardzo dobrze", na co ja, zdziwiona mówię: "co, powtórz, powtórz". i się zaczęło. każdy z obecnych Włochów, jak się okazało umie powiedzieć coś po polsku. "dobra", "dzięki", "idziemy kurwa","daj mi piwo" i jakiś tryliard innych, których nie pamiętam, bo tarzałam się tam ze śmiechu, gdy dookoła polskie dialogi z włoskim akcentem.
...
w trakcie kolacji zadzwonił telefon, odebrałam, mój Tata, więc mówię: "cześć tatusiu", wychodzę, rozmawiam, wracam a tu, że "cześć tatusiu" przypomina brzmieniowo "ch'e' 'sta tosse", czyli "co to za kaszel". Federika koło mnie mówi po cichu: "bardzo dobrze", na co ja, zdziwiona mówię: "co, powtórz, powtórz". i się zaczęło. każdy z obecnych Włochów, jak się okazało umie powiedzieć coś po polsku. "dobra", "dzięki", "idziemy kurwa","daj mi piwo" i jakiś tryliard innych, których nie pamiętam, bo tarzałam się tam ze śmiechu, gdy dookoła polskie dialogi z włoskim akcentem.
...
polonizujemy i niesiemy słowiański kaganek oświaty kulinarno-językowej. bo jak to sami mieszkańcy kozaka stwierdzili po obejrzeniu naszych wałówek przywiezionych z PL: "polacchi przyjechali nas ratować przed kryzysem i przywieźli da mangiare". Polsko Chrystusie narodów?
środa, 18 stycznia 2012
od- A. do Mammy
dużo rozmawiam z moją Mammą. wysyłamy sobie maile, zdjęcia, gotujemy razem, poznajemy się bliżej (choć znamy się już dosyć dobrze - od brzucha - mogę powiedzieć, że znam ją od podszewki). fakt, że nasze kontakty się nasiliły i zbliżyły wynika może z tego, że dzieli nas duży dystans, że skończyłam już studia, jestem w miarę dorośnięta; chyba obie zdałyśmy sobie sprawę, jak ważna jest rozmowa i dialog między nami. i że nawet jeżeli coś nie wychodziło i miałyśmy między sobą parę nieporozumień, to wszystko jest nieważne w perspektywie tego, jak mamy siebie mało, jak mało możemy się nacieszyć osobą, którą kochamy.
zawsze wszyscy mówili mi, że moja Mamma jest super. oczywiście, przytakiwałam. ale chyba przez burze hormonalne, dojrzewanie, rozkminianie życia i samej siebie, brak dystansu do środowiska, w którym wyrosłam, nie zdawałam sobie tak naprawdę sprawy jak wspaniałą jest osobą. dużo się od niej nauczyłam. dostałam od niej dużo miłości i akceptacji. wsparcia i wiary w moje siły, zachwytu nad rzeczami dobrymi i ładnymi, które zrobiłam, i tymi mniej ważnymi. wychowała mnie na asertywnego gnojka (co sama mówi), nauczyła mnie bycia kobietą, w miarę porządnym człowiekiem, pokazała jak kochać, jak dbać o innych, troszczyć się. uświadomiła, że nawet nie będąc idealnym, można być wartościowym. przez swój upór, wiarę w ideały, nonkonformizm, nawet kiedy widziałam jej zmartwioną twarz, wiedziałam, że się nie podda. że mogę na nią liczyć i cokolwiek by się działo znajdę bezpieczne schronienie w jej ramionach. że nakrzyczy, sterroryzuje emocjonalnie, wybaczy, przytuli, ugotuje coś dobrego. że rano przyjdzie i położy moją głowę na jej kolanach i kiedy ja, jeszcze śpiąca i nieprzyjemna poranna królewna będę zrzędzić, ona będzie głaskać mnie po włosach i cieszyć się, że jesteśmy razem. że będziemy gotować dwie identyczne potrawy, czy przygotowywać identyczne drinki dla kulinarnej rozrywki. i będziemy się nawzajem upierać, że "twoje lepsze". że będziemy rozmawiać o kulturze, sztuce, filmach, podróżach.
pomimo to, że znam ją od tylu lat, dalej mnie zaskakuje, pytając, czy "tramonto" to po włosku "zachód słońca", wysyłając zdjęcia pięknych miejsc, dzieląc się swoimi marzeniami, rozmawiając ze mną ponad godzinę po angielsku, którego skrycie się uczy. i dalej jest dla mnie tajemnicą. jej potencjał intelektualno-doświadczeniowo-życiowy jest nieprzebrany. widzę, że jest pięknym człowiekiem i w końcu jestem na tyle dojrzała, że umiem to dostrzec.
czasami nie liczyłam, że zaakceptuje moje wybory, jednak zawsze starałam się je wyjaśniać, bo, pomimo nieporozumień, jest dla mnie tak ważną osobą, że nie mogłabym jej wykluczyć z ważnych wydarzeń w moim życiu.
mogłabym pisać wiele rzeczy na jej temat, wychwalać i podziwiać, opowiadać o jej poczuciu humoru, czy talencie do pisania bajek i wierszyków. ale może po prostu wytatuuję sobie Mamma forever w serduszku na ramieniu?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)