poniedziałek, 28 lutego 2011

to zrobi doskonale włoskim opowieściom.

la prima notizia: mam mieszkanie. właśnie zadzwonił pan proprietario i jutro wieczorem wpłacam kasę, wprowadzam się zaś najprawdopodobniej pojutrze. pojutrze zaczynam również praktykę. żyję, miewam się dobrze, choć marznę. co jest dziwne, bo na dworze 16 stopni w dzień; rzecz w tym, że włoskie palazzi są przystosowanie do lata - żeby chłodzić, a nie do zimy. jakoś wytrzymię, choć ręce grabieją.
jak powiedział kiedyś calvino: żeby poznać terytorium trzeba je zjeść (per conoscere il territorio bisogna mangiarlo). mogę więc powiedzieć, że całkiem nieźle poznałam neapol (dzięki ospitalita` jakubowej - tu pokłony dla zachodniego wybrzeża). bari jeszcze nie nadgryzłam, czekam na własną kuchnię, gdzie niepodzielnie będę rządzić i kłoczyć owoce morza i pasty.
nie mam siły pisać, bo ręce przypominają sople lodu i prędzej zostanę królową śniegu niż nową boną. 

















w neapolu wielka polska kulka wełny bawiła się świetnie.

poniedziałek, 21 lutego 2011

królowa bona jedzie na swe południowe włości.

6 sukienek, 4 marynarki, 10 spódnic, 2 pary spodni, legginsy, 3 pary butów na obcasach, 1 sandały, 1 baleriny, 2 bluzki koszulowe,  krawat, bluzek 10, 4 swetry, 4 szale, torba biała, torba czarna werniksowana, clutch z ćwiekami, satynowa piżama, perły, złoto i kryształy. dżeki kenedi wybiera się na podbój włoskich sal sądowych. czyli stara zasada: co się nie dogra to się dowygląda.
...
dla niepoznaki przewiozę to przystrojona w alladynki, bluzę dresową i obuta butem sportowym.

















mój nowy role model i patronka wyjazdu.

wtorek, 15 lutego 2011

dziecięciem będąc, czyli słów parę o cnk.

tak właśnie poczułam się w centrum nauki kopernik. polecam szczerze wszystkim, którzy jeszcze nie przekroczyli progów tej instytucji. co prawda ZMORĄ są wszędzie latające dzieciory, ale z drugiej strony to one są najbardziej kreatywne i śmiałe w korzystaniu z instalacji naukowych (przykład brać!). najlepiej zapomnieć, ile ma się lat i oddać się zabawom (dobrze jest być w parze, bo niektóre instalacje wymagają uczestnictwa 2 osób, a poza tym lepiej bawić się razem).
przeżyłam dziś wstrząsy trzęsienia ziemi, bawiąc się dźwiękiem i częstotliwością tworzyłam wodne fontanny, grałam na laserowej harfie, budowałam sklepienie. w nieotwartej jeszcze części re-generacja, którą dzięki warsztatom "przekroju" i uprzejmości cnk mogliśmy zwiedzić jako jedni z pierwszych, tańczyłam, poddawałam eksperymentom świetlno-drganiowo-dźwiękowym redaktorkę "przekroju", planowałam wraz z innymi uczestnikami warsztatów okładkę z innym redaktorem i grafikiem tego jakże bliskiego memu sercu tygodnika. poza tym pojedynkowałam się na reklamy, robiłam ćwiczenia dziennikarskie i wąchałam różne zapachy, w badaniu, które miało pokazać stopień otwartości na nowe doświadczenia. dowiedziałam się różnych ciekawostek nt. tworzenia okładki, tego co "grzeje" czytelnika, jakie kolory i elementy wizualne są ważne w jej tworzeniu. a przede wszystkim, świetnie się bawiłam i migiem zleciało mi te kilka godzin.

czwartek, 10 lutego 2011

niebo do wynajęcia.

czyli moje główne rozpraszacze naukowe.

środa, 9 lutego 2011

last but not least.

czyli prawo podatkowe. niby są do ogarnięcia tylko skrypty i pytania, ale ja już nie dam rady! ostatni egzamin na studiach powinien pójść siłą rozpędu, lecz jakoś nie idzie.
po studiowaniu podatków mogę powiedzieć jedno: świat jest zły, ludzie są wrodzy, wszędzie czyhają na nas daniny na rzecz aparatu przymusu, jakim jest państwo. niech przyjedzie jakiś rycerz na białym rumaku i uwolni mnie od tych skryptów! choć w obecnym  stanie ducha i a propos materii, może po mnie przyjechać jeno inkasent podatkowy.
ten jakże pesymistyczny post, beznadziejny i nieciekawy (samobiczuję się przy podatkach, to na blogu też czemuż by nie?) dedykuję wszystkim zmagającym się w swej egzystencji z materiami, które nie są ani trochę pociągające, przy studiowaniu których dreszczyku emocji brak.
zapiję to herbatką cytrynowo-limonkową i hejże ho z powrotem do kieratu. 
...
"Do podatków nie wystarczy umysł matematyka; tutaj potrzebny jest filozof." Albert Einstein

czwartek, 3 lutego 2011

maledetto, czyli post w gruncie rzeczy metafizyczny.

dziś o złorzeczeniu. teza numer jeden. język włoski jest zdecydowanie bardziej bogaty w przekleństwa metafizyczne niż język polski. z dotychczasowych obserwacji i ususu wysnuwam tezę, że polszczyzna preferuje wulgaryzmy opierające na seksie i anatomii. zgrabne kurwa, czy skurwysyn odnosi się przecież do wątpliwej moralności podmiotu lub matki podmiotu. chuj, pizda, zajebisty, pierdolić mają z kolei wyraźne konotacje erotyczne. tu minidygresja: wulgaryzmy odnoszące się do seksualności, w moim mniemaniu, blokują tworzenie w języku ładnych określeń na sferę płciową człowieka. u nas to albo anatomicznie, albo wulgarnie, albo po dziecinnemu. 
włosi, oczywiście, też używają podobnych określeń, jak np. znane cazzo. natomiast mają również mnóstwo wulgaryzmów, sensu stricte przekleństw o charakterze metafizycznym.
pierwsze z brzegu, które przychodzi mi do głowy to li mortacci tua - a odnosi się do złorzeczenia na zmarłych (urban dictionary tłumaczy to jako to your lousy dead ancestors!, czyli jak widzicie, niezbyt to miłe), ponadto słówko maledetto, czyli przeklęty, madonna puttana, porco dio - tu już dosyć konkretnie obrażamy sferę uczuć religijnych. zapomniałabym o mannaggia, popularnym włoskim przekleństwie, które wywodzi się z południa, z wyrażenia male n'aggia - male ne abbia, czyli coś w stylu niech go licho!
jestem przekonana, że w kraju nad wisłą (i odrą) wywołałoby to oburzenie, ale nie jest to aż tak offensive jak w italii. co prawda, w codziennym użyciu, włosi nie mają problemu, by wyzwać Maryję czy Boga wjeżdżając na ich reputację seksualną. jest to traktowane dość lajtowo, natomiast odnosi się do głębin duszy i świętości, na które włosi są bardziej wyczuleni niż my, słowianie (o słowiańskiej duszy i polskim ziemniaku kiedy indziej).
muszę jednak przyznać, że byłam kiedyś świadkiem sytuacji, gdy jeden z polskich chłopców obraził drugiego metafizycznie, wjeżdżając mu na wątpliwą moralność i łącząc to ze słowem "dusza". quite impressive. doceniłam to, jako wrażliwość w złorzeczeniu na nieco wyższym poziomie niż swojskie kurwa czy spierdalaj. chłopiec zresztą też nienajgorszy. wracając do tematu, trzeba przyznać, że nieczęsto słyszy się u nas słowo dusza. zazwyczaj kojarzy się ono z kościołem, śmiercią, mikołajem sępem szarzyńskim (najczęściej pojawiające się skojarzenia w grupie stu ankietowanych). a tu proszę: da się! polsko! przeklinaj subtelniej! pomyśl o duszy! oderwij się od wyświechtanej kurwy
... 
dlatego tak ciężko jest mi wyjaśniać wulgaryzmy z włoskiego. wiele z nich możemy przetłumaczyć na ubogie i bezbarwne, moim zdaniem, kurde, które nie jest ani wulgarne, ani ładne. inteligencie, nie używaj kurde, kurczę, kurczę blade. toć to słabe, do kurwy!
nie darzę wulgaryzmów wielką miłością, choć one, ze swej natury, posiadają wielką moc afektywną. jeżeli ktoś nie umie dobrze przekląć, to nic w życiu nie osiągnie. odwagi trzeba, jaj, swobody! nie postuluję tu bezmyślnego używania wulgaryzmów, lecz apeluję o cieszenie się nacechowanymi emocjami i siłą wyrazami naszej madrelingua. choć, z drugiej strony, człowiek inteligentny jak ma komu powiedzieć co do słuchu, to nawet homeryckimi porównaniami i trzynastozgłoskowcem to uczyni!
...
na koniec wspomnę tylko kilka ulubionych wyrazów, których mój szanowny Tatuś używa jako określeń na nielubiane osoby.
psychiczny.
manekin.
i moje ulubione:
padlina.

brutta e bastarda. czyli draniówa.