środa, 21 października 2009

nuuuuda..... not

już środa? niemożliwe.
jakoś szybko mijają mi dni kiedy latam i załatwiam wszystkie sprawy. myślałam, że już mam na tyle doświadczenia, że pójdzie mi to migiem, tymczasem nowe kłody pod nogi i już trzeci tydzień wszystko sobie ustawiam. po drodze zdążyłam jeszcze pojechać na koncert Tori, która wymiotła jak zwykle i na parapetówę u Kuciela, który również wymiótł jak zwykle. czyli w jego przypadku, była to uczta z kotlecikami z ananasem i serem, tartą szpinakową i tartą brokułową, keksem oraz kolorowymi drinkami i innymi smakołykami. wszystko homemade by Kuciel. dobry materiał na męża ;] (w tym miejscu znaczący uśmiech i pozdrowienia od redakcji)
tymczasem zmagam się z katarem, rosyjskimi literkami, porządkiem w pokoju, który staram się restytuować po każdym jego zburzeniu - czyli co rano, gdy wstaję na 8. muszę przyznać, że ja raczej rannym ptaszkiem nie jestem (eureka) i strasznym dramatem są dla mnie pobudki o 7. właściwie to o 7:05, 7:10, 7:15, 7... o kwa 7:20! (powyższe ma zobrazować przestawianie budzika). tego rozdzierającego serca dramatu doświadczyła już moja rodzina, gdy jeszcze w liceum wyganiałam wszystkich rano zła jak osa i wkurzałam się o każde głośniejsze nawet psiknięcie dezodorantem. how sick is that? niestety taki mój psa urok.

poniedziałek, 12 października 2009

ruski

no właśnie. pewnie, że zrobiłam błąd. uprażnienje to przecież ćwiczenie, a udarjenje to akcent :)

piątek, 9 października 2009

szybki update

ogarnęłam się wreszcie na tyle, żeby coś napisać. ostatni tydzień minął mi na bieganiu z WPiA do IFS. tajemnicze skróty obrazują szarpanie się studentki na obcasach z wykładowcami i brukiem na starówce, który niszczy obcasy. zdecydowany plus tej sytuacji: najkrótsza trasa jest już opracowana - niecałe 17 minut. ciekawe co na to googlemaps? let me check. ha! google dają mi na to 21 minut! niestety, choćbym nie wiem jak się starała nigdy nie udaje mi się być na czas. zawsze to 2 czy 3 minuty po rozpoczęciu zajęć. taka włoska leniwa karma. oczywiście, wszystkie lekcje zaczynają się o ósmej i nawet jak jadę na prawo i wcześniej wyjdę na przystanek to autobus nie przyjeżdża i nie zdążam rzecz jasna.
...
na rosyjskiej jest bardzo śmiesznie. siedzimy i dukamy jak dzieciaki w 1. klasie, piszemy literki i powtarzamy po pani Tatianie zdania. ona zaś cały czas karci nas za wymowę i akcent (uprażnienie?) przynajmniej jest szansa, że się czegoś nauczymy. zupełnie inne podejście niż na włoskiej... czyżby wykładowcy przesiąkali mentalnością kraju, którego języka uczą? na włoskiej podejście "piano piano Rzym zbudowano" i nikogo za bardzo nie obchodzi kto co umie, za to na ruskiej widać ostry dryl, typową "szkółkę". wykładowcy starali się nas przestraszyć; mnie niestety mało już może zdziwić i przestraszyć na tych studiach :)
najśmieszniejsze jest to, że siedzimy z Katarzyną (również multistudentką) w pierwszej ławce, dwie stare wyjadaczki, gadamy, zadajemy pytania o wyrazy fonetyczne i inne byzydety, mądrzymy się etc. dla nas zabawne, ale podejrzewam już co na to pierwszaki...
skuza... najśmieszniejsze jest to, że dziś czytałam sama do siebie dialog i się tak wyłączyłam, że pani T. musiała chyba ze 3 razy wołać mnie, że teraz kolej na mnie.
to by było na tyle.

wtorek, 6 października 2009

poniedziałek, 5 października 2009

wielki comeback.



w iście wielkim stylu. przynajmniej z drzewem. po wyprawach bliższych i dalszych, z uzbieranymi siłami powróciła na bloga. żyje i ma się dobrze. starsza o te kilkadziesiąt dni i doświadczeń wakacyjnych będzie znów wypisywać te same głupoty. sezon 2009/10 czas zacząć!