czwartek, 30 czerwca 2011

curati, czyli lecz się na głowę

tak sobie czasami myślę, kiedy patrzę, co miałam zrobić, kiedy miałam zrobić, dlaczego... deadliny majaczą na horyzoncie, a ja dalej beztrosko hulam sobie w te i wewte. godzina 3:02, pisząc magisterkę, finisz finiszów. 
...
w jednej rzeczy utwierdziłam się na południu Włoch - wszystko trzeba robić con calma. tranquillamente. senza fretta.
tą pozytywną myślą zakańczam i wracam do odpowiedzialności z winy w kontraktowaniu. hell yeah!

ciau

sobota, 11 czerwca 2011

bari after midnight conversation

Ludzkość od wieków nurtują pytania: Jak żyć? Być czy mieć? Gdzie szukać inspiracji i wzorów? Jak pisać magisterkę?  Na te pytania odpowie dziś Fryderyk Chopin (z mojej playlisty)
apru: Fryderyku, czy mamy traktować sprawę poważnie?
Frycek: To nie jest SCHERZO (b-moll).
apru: Kiedy najlepiej zabrać się do roboty, rano czy wieczorem?
Frycek (zasępiony, enigmatycznie odpowiada): NOKTURN.
apru: Jaką dietę polecasz, mój drogi, aby mózg dobrze pracował?
Frycek:  MAZURKI.
apru: Czego należy unikać aby nie zasnąć nad książkami?
Frycek (z zimną logiką): KOŁYSANKI, a już na pewno tonacji Des-dur, tak jak PRELUDIUM DESZCZOWEGO, bo w taką pogodę to człowiekowi samemu powieki się kleją.
apru: Fryderyku, z twoich własnych doświadczeń, co mógłbyś nam doradzić gdy przed nami deadline, terminy gonią, stres zjada i czujemy się jak gdyby cały świat walił nam się na głowę?
Frycek: Czasem możesz czuć się MOLTO AGITATO, tak jak byłbyś w RONDO, które przemienia się w vicious circle, praca pisze się LENTO ASSAI, ale żeby nie martwić rodziny mówisz, że to wcale nie tak, że to tylko ANDANTINO. Weź się w garść, a już po paru chwilach poczujesz się ALLEGRO MAESTOSO, które w ciągu 48 godzin powinno przemienić się w ALLEGRO APPASSIONATO i choć będziesz chciał zakończyć PRESTO CON FUOCO, moją radą na koniec będzie: FINALE. PRESTO NON TANTO.
apru: Dziękujemy za rozmowę i słowa otuchy.
Frycek (z manierą Brada Pitta z „Inglorious Basterds”): Arriwedełczi!
Inspiracja przyszła sama (o 1:32), zapukała, przeprosiła: „scusami per l’orario”, usiadła tuż obok góry prawniczych ksiąg, uśmiechnęła się zaczepnie i wyszeptała: „a nie mówiłam?”.

czwartek, 9 czerwca 2011

pozdrowienia znad książek

Znad książek, manuali do diritto privato, ton kserówek i notatek pozdrawiamy!
Ella Fizgerald, Diane Reeves, Sinead o’Connor, Pustki, Joni Mitchell, Smolik, Coldplay, the Cure, xiu xiu, Patrice, John Scofield, Afterhours, Sia, Moby, Miles Davis, Bob Marley, Marlene Kuntz, Lizz Wright, Fryderyk Chopin i Claude Debussy.
W tym doborowym towarzystwie spędzam ostatnie dni w BariBari. AHOJ!


poniedziałek, 6 czerwca 2011

piszac magisterke, myslac o zyciu...

Kiedyś, z kolegą Samuelem, mieszkającym długo poza domem, rozmawiałam o samotności. Powiedział mi, że jest to jedno z piękniejszych doświadczeń, i choć trudne, to można się z niego wiele nauczyć.


Dobiega końca mój pobyt we Włoszech. Jeszcze trzy tygodnie i będę znów w domu (sensu largo, w PL, i sensu stretto, wśród moich Pruszeczków). Przyjechałam do miasta, w którym znałam tylko jedną osobę, do pracy w studio legale - nie znając włoskiego prawa i będąc po raz pierwszy na praktyce w kancelarii (i pierwszy raz w poważnej pracy we Włoszech). Nie miałam domu, nie miałam przyjaciół (nie byłam też opalona…). I muszę powiedzieć, że miałam bardzo dużo szczęścia – trafiłam na wspaniałe osoby, które pomogły mi się tu zadomowić, z którymi spędziłam piękne chwile i które na pewno zostaną w moim życiu. Koniec końców, to ludzie, którzy mnie otaczają, definiują moje doświadczenia i mają wpływ na to, jak przeżywam to, co dzieje się wokół mnie. Moje kochane współlokatorki, z którymi mieszkam jak w rodzinie, Cristi i Katty, które są jak włoskie siostry, z którymi bawiłam się, opalałam, malowałam paznokcie, wysyłałam zdjęcia z „cinque” na fejsie, pocieszałam i rozmawiałam o ważnych życiowych kwestiach. Elda, która jest moją wierną towarzyszką w studio legale, tłumaczy mi wszystkie prawne zawiłości i wprowadziła mnie w krąg swoich przyjaciół, którzy teraz stali się i moimi amici . I która jest trzecią włoską siostrą (a z siostrami, notabene witamy się „ciao scarbie” ewentualnie: „ciao pienkna”). Avvokaci w kancelarii, którzy mówią o mnie jako „nostra collega polacca”, „’sta polacca”, „gioia”, „bionda”; którzy traktują mnie na serio, profesjonalnie, jako polską dottoressę, ale przy tym z sympatią. Przyjaciele z Potenzy, dzięki którym brałam udział w marszu przeciwko mafii i z którymi świetnie bawiłam się na imprezach. Osoby, które spotkałam przypadkiem, znajomi znajomych, którzy epizodycznie pojawili się przez te kilka miesięcy. Będę tęsknić za tym, co tu zostaje i za tym, co tu zbudowałam. Ale jak powiedział avvocato Paolo, zostaną co najmniej piękne wspomnienia.

Wyjazd uświadomił mi też, jak wiele jest osób, które zostały w PL, a za którymi bardzo tęsknię. Przede wszystkim moi Rodzice, których braku nie odczuwłam tak bardzo, gdy byłam w Toruniu. Mama, która pisze maile, której rad słucham o wiele chętniej niż kiedyś (a nawet sama proszę ją o radę), Tata, który dzwoni i mówi, że jestem jego „marzeniem” i że jestem śliczna (a mówi się, że ojcowie nie okazują uczuć – to z pewnością nie jest przypadek Jasia). Kubuś – który przejmuje się losami mojej magisterki bardziej niż ja, wysyła mi zawsze najlepsze utwory muzyki klasycznej i chóralnej; za którym tęsknię bardziej niż podejrzewałam i z którego jestem strasznie dumna z powodów naukowych i chóralnych (napisał już mgr, śpiewał solo na konkursie chóralnym w Legnicy i zajęli 2. miejsce). No i oczywiście Misia, o której można by wiele napisać a to i tak będzie mało. Jak np. o 7-stronicowym mailu, który pisała przez 2 tygodnie, albo o tym, jak przyjechała na Wielkanoc, żebym świąt nie spędzała sama.

Pobyt w Bari będzie też niezapomniany ze względu na wyjątkowych gości. Misię, z którą spędziłam jedne z lepszych świąt (niezapomniana parmigiana na plaży, kamulce w Materze i colomba, którą jadłyśmy przez tydzień). Ania i Jakub, z którymi spędziłam zwariowany (choć przymiotnik ten jest pretensjonalny, to lepszego określenia nie znajdę) weekend św. Mikołaja (quante risate!). Di nuovo, Ania, która w dwa dni zdecydowała się przylecieć ze Szkocji i z którą odnowiłyśmy przyjaźń ze studiów; Jakub, z którym wymieniamy włoskie doświadczenia (east side vs. west side) i który jest ostoją polskości w dzikiej napuletańskiej dżungli.

Oczywiście nie mogę nie wspomnieć o moich drogich AMICI, którzy w Toruniu, Wrocławiu, Warszawie, Szwecji czy Indiach, są moim punktem odniesienia do życia i do samej siebie, są moimi połówkami pomarańczy, a może lepiej – winogronami z jednej kiści?

Zrobiło się sentymentalnie. Tak czasem bywa, człowiek się starzeje, wokół śluby, dzieci się rodzą, już niebawem 25. urodziny (ćwierć wieku, to daje dziewczynie do myślenia…), magisterka do napisania… To był tylko pretekst. Palce rozgrzewam! (a ktoś pitoli na gitarze piętro niżej)

Ciao!