Najsamprzód, jak mawiał klasyk (mój matematyk z liceum), przepis na faszerowane cukinie (moze nie wygladaja najpiekniej, ale sa pyszne!)
2 małe cukinie, 10 dkg mielonego, ¼ cebulki, trochę bułki tartej, tymianek, sól, oliwa.
Cukinie myjemy, kroimy na pół, wyjmujemy środek (najlepiej nożem, a potem skrobiemy łyżeczką). Środkową część cukini kroimy na małe kawałki; na oliwę wrzucamy drobno posiekaną cebulę i mięso mielone, gdy się podsmaży, dodajemy cukinię, przyprawy. Zdjemujemy z patelni, dodajemy bułkę tartą. Farszem wypełniamy cukinie (teraz wiem, że najlepiej jeszcze przeciwległe boki połączyć wykałaczkami, żeby się cukinia nie rozeszła na boki). Pieczemy w średnio nagrzanym piekarniku (na folii aluminiowej lub podlewamy oliwą) 15 minut. Podajemy z chlebem. Szybkie, smaczne i co najważniejsze, z cukinią!
Nadejszła wiekopomna chwiła!
W sądzie. Elda miała zajęcia na kursie na aplikacji, więc do Giudice di Pace pojechałam sama z Tittim. Znów pogadaliśmy sobie o piłce nożnej (wiadomo!) i o prawie (haha moje ulubione konwersacje!). Potem, po raz pierwszy, sama poszłam szukać fascicolo, znalazłam go od razu, Titti go wypełnił, przeczytał mi, co tam napisał (bo z jego pisma, to za wiele bym się nie dowiedziała) i zapytał, czy następny protokół będę chciała napisać sama. Oczywiście, że tak! Więc następną causę i następny protokół wypełniałam ja! Może się wydawać, że to nic, ale dla mnie to nic, to COŚ. Zostałam dopuszczona do pisania w aktach. Ponadto w studio trzeba będzie prawdopodobnie coś wyskrobać po angielsku, i też już wiadomo, kto to będzie pisał, bo na pytanie avvocato Paolo: „kto tu umie pisać po angielsku?”, ja podniosłam palec do góry, a inne dwa włoskie palce wskazały na mnie. Z ciekawostek, w sądzie znów przepędziłam poranek na czekaniu i rozmowach o sporcie, rodzinie, świętach etc. Przed obliczem sędziego może z 5 minut. Inne radosne wieści? Mój rower przyjeżdża dziś do Bari, będzie aggiustowany (nasmarowany i sprawdzony pod kątem prawidłowego funkcjonowania). Moja jedyna troska w tym temacie, to paura, żeby nikt mi go nie zachachmęcił. Poza tym, pogoda ładna, temperatura nie spada poniżej 20 stopni, bezchmurne niebo, słońce.
Z weekendowych zdarzeń, krótka relacja z konceru Subsoniki.
Na początek powiem, że był bardzo udany. Subsonikę znałam i lubiłam już wcześniej i jak dowiedziałam się, że Cristi i Katty idą na koncert, pomyślałam, że wybiorę się z nimi. Parę dni wcześniej ściągnęłam najnowszą płytę, przesłuchałam ją parę razy i ho fatto bene, ponieważ na koncercie większość utworów było z nowego albumu. Cristi nie znała żadnych piosenek, no może jedną, i gdy zapytałam ją, po co w takim razie idzie na koncert zespołu, powiedziała, że ot tak. Katty też nie była jakimś wielkim fanem, choć jej koledzy byli wariatami na punkcie tej grupy, znali wszystkie słowa piosenek, ale o tym za chwilę. Cristi została na trybunach, a my z Katty zeszłyśmy na płytę, w tłum, bo wiadomo, że lepsza zabawa. Tam poznałam jej kolegów, którzy, zanim zdążyłam się przedstawić, zaczęli się zachwycać tatuażem - potem nie musiałam za wiele robić, bo tatuaż sam zrobił pierwsze dobre wrażenie, więc je podtrzymywałam przez small talki. Subsonica wie jak rozgrzać publiczność, wszyscy się świetnie bawili, tłum Włocha śpiewał wszystkie piosenki, skakał, bawił się (odwołuję się tu po raz kolejny do Waszej wyobraźni). Do tego obrazka dodajcie sobie 3 facetów, kolegów Katty, kompletnych subsonikowych frików, którzy śpiewali i tańczyli jakby od tego zależało ich życie. I pogowali (po włosku pogare). Subsonika gra elektroniczny rock, no ale tego się nie spodziewałam - było to jak na koncercie prodigy na 80% (czyli mały hardkor). Wybawiłam się, spociłam się jak szczur (canottiera tutta bagnata i niewyschnięta jeszcze w domu 1,5 h po koncercie), właściwie wszyscy się spocili jak szczury, radosny włoski spocony tłum. Skaczący i pogujący. E poi, una cosa importante! Włoski zazwyczaj niski wzrost ma swoje wymierne plusy. O il e w PL muszę zawsze podskakiwać i przepychać się i stać na palcach, żeby coś zobaczyć, tak tu, w IT nie miałam takiego problemu. Wysokich chłopców i dziewczyn mało, ja z moimi 167cm byłam wyżej niż niżej i cały koncert widziałam bezproblemowo (co cieszy redakcję).
Historia na do widzenia.
W sprawie street harassmentu postanowiłam przyjąć postwę aktywną. Co rozumiem przez postawę aktywną? Odpyskiwanie włoskim natarczycielom. Jak do tej pory, zastosowałam już polskie „spadówa” i włoskie „vaffanculo”, muszę jeszcze podszkolić dialektowe „dasci te u’velen” – czyli „idź się otruj”. Gdy w ramach riczerki, zapytałam Cristi, czy istnieje odpowiednik „nie dla psa kiełbasa” lub „za wysokie progi na twe chamskie nogi”, powiedziała mi, że niestety nic o tym nie wie (chociaż ubawiły ją te polskie powiedzonka). Zaczynam już rozumieć, ten naród jest wychowywany bezkompleksowo. Aczkolwiek, będę dalej niestrudzenie pracować nad znalezieniem jakiś mocnych słów na Włochów, co im się wydaje, że mogą cmokać, mamrotać i składać niemoralne propozycje na ulicy. Tak mi dopomóż słowniku garzanti, włoska koleżanko i riczerko w internecie. Ameno!

1 komentarz:
Haha - pogare:D Lepsze niz scanneggiare:D
A moja coreczka Alessandra ma juz 2 tygodnie :)) Odezwe sie jak ogarne sie z pieluchami ;)
Carrie
Prześlij komentarz