wtorek, 26 kwietnia 2011

Paschalne wieści.


Przygotowania świąteczne minęły mi jak z bicza trzasnął. Dzięki skrupulatnie obmyślonej strategii nie straciłam ani sekundy i w sobotę o godzinie 12 miałam już chałupę sprzątniętą (generalne wiosenne porządki – reminiscencja mycia okien i pastowania podłóg w domu rodzinnym), mazurki upieczone, w tym jeden dostarczony do Eldy, zakupy zrobione i nuuudaaaa. Wtedy zdałam sobie sprawę, że spędzanie świąt samemu nie jest najlepszym pomysłem na świecie. Bo jednak dzielenie się z kimś czasem, dobrym jedzeniem, praktykowanie tradycji – czyż nie o to chodzi w świętach? I chociaż moje towarzystwo jest wyborne i sama z sobą się nie nudzę, to niesamowicie się ucieszyłam z przyjazdu Misi (tak, że godzinę czekałam na nią z kartką „Misia LOWE”; btw nie ma chyba nic nudniejszego do roboty niż bezmyślne łażenie po dworcu). Menu przygotowałam iście królewskie – cozze al sugo di pomodoro, insalata di riso, parmigiana, zucchine e gamberetti. I kupiłam pyszną kolombę (tradycyjne wielkanocne ciasto, typu drożdżowe, w kształcie gołębia). Oł je, bejbi, ju gonna ingrassare! W sobotę wybrałyśmy się na mszę – veglia – która, mannaggia, trwała trzy godziny. Była, jak to na Włochy przystało, msza malownicza, pulijsko-folklorystyczna,  iście rozrywkowa. Babcie gadały głośniej niż my, komentując każdą część liturgii. Był chrzest, po którym kapłan podnosił dzieciaczka jak ta małpa z „Króla lwa” Simbę, na co cały kościół bił brawo. Oprócz tego, chór, tamburyny, rytmiczne klaskanie do piosenek paschalnych (można się obudzić), przysypiające włoskie rodziny, jednym słowem, particolare!
Tradycyjnie, po powrocie, o 2 w nocy, zjadłyśmy pasztet, mięsa, mazurki, kolombę (którą jemy już 4 dzień mamma mia, ona waży kilogram!), odśpiewałyśmy „alleluja” i poszłyśmy spać. Tatuś byłby dumny, gdyż następnego dnia wstałyśmy przed dziewiątą, śniadanie wielkanocne zjadłyśmy w siedem minut i pobiegłyśmy na dworzec. Pobiegłyśmy to odpowiednie słowo, wystrojone, w balerinkach, z wypakowanymi torbami na piknik nad morzem popylałyśmy ile wlezie (bo był to jedyny dostępny środek transportu do Polignano). Ledwo co zdążyłyśmy (przebiegając przez tory), ale zdążyłyśmy. Allora, w Polignano przespacerowałyśmy się po pięknej starówce i poszłyśmy opalać się na kamienistą plażę (zdjęcia Wam dopowiedzą co i jak). Oczywiście, leżąc  4 godziny na słońcu spaliłyśmy sobie każdą część ciała i wyglądałyśmy jak prosiaki z rożna (i powtarzałyśmy tylko: „będzie płacz, będzie płacz”). Ale nad opalenizną trzeba pracować, nie mamy włoskiego genotypu, który zagwarantuje nam złoty brąz w styczniu. Chi non lavora non si abbronza?
W poniedziałek wielkanocny (pasquetta) wybraliśmy się ze znajomymi na kemping, pogoda nie dopisała by kąpać się w morzu (chyba trzeba będzie poczekać do 1 maja). Spędziłyśmy cudny dzień, wcinając włoskie smakołyki (insalata di riso – nasza była lepsza niż koleżanki Włoszki, oł jee, najdżella może nam lizać stopy, lasagna, parmigiana, rustico, stuzzichini, ciasto z nutellą, czizkejk, pastiera napoletana), popijając wineczko, dyskutując i grając we włoskie gry i zabawy, czyli cazzegiując (cazzeggiare-opindalać się). Włoscy przyjaciele są mili, słodcy, kulturalni i się nami dobrze zajmują, Mama byłaby zadowolona!
Poniżej załączamy parę zdjęć, siedzimy aktualnie w domu, bo PADA DESZCZ. A czekają nas jeszcze dwie wycieczki, mannaggia, porco demonio! Ślemy buziaki i ściskamy mocno!

czwartek, 21 kwietnia 2011

lezioni di polacco

Niestrudzenie uczę Włochów polskiego. Podobno bycie nauczycielem to powolanie, nie zawod. 
Moja współlokatorka, Cristi mówi perfekcyjnie, dziś wzruszyłam się, gdy leżąc na balkonie i opalając się powiedziałam jej: „gatta polacca, gatta italiana”, a ona sama z siebie odpowiedziała: „kotki”. Bello, no? Lori znalazła sobie technikę pamięciową do słowa „kawa” – to jak „waka”. Waka waka. Titti w sądzie mówił: „che nuda”, Elda co jakiś czas wzdycha: „o mamusiu” i żegna się ze mną: „do widzenia, piękna”. I kto powiedział, że polski język jest trudny?

wtorek, 12 kwietnia 2011

Życie jak w Madrycie, tylko że w Bari.















Najsamprzód, jak mawiał klasyk (mój matematyk z liceum), przepis na faszerowane cukinie (moze nie wygladaja najpiekniej, ale sa pyszne!)
2 małe cukinie, 10 dkg mielonego, ¼ cebulki, trochę bułki tartej, tymianek, sól, oliwa.
Cukinie myjemy, kroimy na pół, wyjmujemy środek (najlepiej nożem, a potem skrobiemy łyżeczką). Środkową część cukini kroimy na małe kawałki; na oliwę wrzucamy drobno posiekaną cebulę i mięso mielone, gdy się podsmaży, dodajemy cukinię, przyprawy. Zdjemujemy z patelni, dodajemy bułkę tartą. Farszem wypełniamy cukinie (teraz wiem, że najlepiej jeszcze przeciwległe boki połączyć wykałaczkami, żeby się cukinia nie rozeszła na boki). Pieczemy w średnio nagrzanym piekarniku (na folii aluminiowej lub podlewamy oliwą) 15 minut. Podajemy z chlebem. Szybkie, smaczne i co najważniejsze, z cukinią!
Nadejszła wiekopomna chwiła!

W sądzie. Elda miała zajęcia na kursie na aplikacji, więc do Giudice di Pace pojechałam sama z Tittim. Znów pogadaliśmy sobie o piłce nożnej (wiadomo!) i o prawie (haha moje ulubione konwersacje!). Potem, po raz pierwszy, sama poszłam szukać fascicolo, znalazłam go od razu, Titti go wypełnił, przeczytał mi, co tam napisał (bo z jego pisma, to za wiele bym się nie dowiedziała) i zapytał, czy następny protokół będę chciała napisać sama. Oczywiście, że tak! Więc następną causę i następny protokół wypełniałam ja! Może się wydawać, że to nic, ale dla mnie to nic, to COŚ. Zostałam dopuszczona do pisania w aktach. Ponadto w studio trzeba będzie prawdopodobnie coś wyskrobać po angielsku, i też już wiadomo, kto to będzie pisał, bo na pytanie avvocato Paolo: „kto tu umie pisać po angielsku?”, ja podniosłam palec do góry, a inne dwa włoskie palce wskazały na mnie. Z ciekawostek, w sądzie znów przepędziłam poranek na czekaniu i rozmowach o sporcie, rodzinie, świętach etc. Przed obliczem sędziego może z 5 minut. Inne radosne wieści? Mój rower przyjeżdża dziś do Bari, będzie aggiustowany (nasmarowany i sprawdzony pod kątem prawidłowego funkcjonowania). Moja jedyna troska w tym temacie, to paura, żeby nikt mi go nie zachachmęcił. Poza tym, pogoda ładna, temperatura nie spada poniżej 20 stopni, bezchmurne niebo, słońce.

Z weekendowych zdarzeń, krótka relacja z konceru Subsoniki.

Na początek powiem, że był bardzo udany. Subsonikę znałam i lubiłam już wcześniej i jak dowiedziałam się, że Cristi i Katty idą na koncert, pomyślałam, że wybiorę się z nimi. Parę dni wcześniej ściągnęłam najnowszą płytę, przesłuchałam ją parę razy i ho fatto bene, ponieważ na koncercie większość utworów było z nowego albumu. Cristi nie znała żadnych piosenek, no może jedną, i gdy zapytałam ją, po co w takim razie idzie na koncert zespołu, powiedziała, że ot tak. Katty też nie była jakimś wielkim fanem, choć jej koledzy byli wariatami na punkcie tej grupy, znali wszystkie słowa piosenek, ale o tym za chwilę. Cristi została na trybunach, a my z Katty zeszłyśmy na płytę, w tłum, bo wiadomo, że lepsza zabawa. Tam poznałam jej kolegów, którzy, zanim zdążyłam się przedstawić, zaczęli się zachwycać tatuażem - potem nie musiałam za wiele robić, bo tatuaż sam zrobił pierwsze dobre wrażenie, więc je podtrzymywałam przez small talki. Subsonica wie jak rozgrzać publiczność, wszyscy się świetnie bawili, tłum Włocha śpiewał wszystkie piosenki, skakał, bawił się (odwołuję się tu po raz kolejny do Waszej wyobraźni). Do tego obrazka dodajcie sobie 3 facetów, kolegów Katty, kompletnych subsonikowych frików, którzy śpiewali i tańczyli jakby od tego zależało ich życie. I pogowali (po włosku pogare). Subsonika gra elektroniczny rock, no ale tego się nie spodziewałam - było to jak na koncercie prodigy na 80% (czyli mały hardkor). Wybawiłam się, spociłam się jak szczur (canottiera tutta bagnata i niewyschnięta jeszcze w domu 1,5 h po koncercie), właściwie wszyscy się spocili jak szczury, radosny włoski spocony tłum. Skaczący i pogujący. E poi, una cosa importante! Włoski zazwyczaj niski wzrost ma swoje wymierne plusy. O il e w PL muszę zawsze podskakiwać i przepychać się i stać na palcach, żeby coś zobaczyć, tak tu, w IT nie miałam takiego problemu. Wysokich chłopców i dziewczyn mało, ja z moimi 167cm byłam wyżej niż niżej i cały koncert widziałam bezproblemowo (co cieszy redakcję).

Historia na do widzenia.

W sprawie street harassmentu postanowiłam przyjąć postwę aktywną. Co rozumiem przez postawę aktywną? Odpyskiwanie włoskim natarczycielom. Jak do tej pory, zastosowałam już polskie „spadówa” i włoskie „vaffanculo”, muszę jeszcze podszkolić dialektowe „dasci te u’velen” – czyli „idź się otruj”. Gdy w ramach riczerki, zapytałam Cristi, czy istnieje odpowiednik „nie dla psa kiełbasa” lub „za wysokie progi na twe chamskie nogi”, powiedziała mi, że niestety nic o tym nie wie (chociaż ubawiły ją te polskie powiedzonka). Zaczynam już rozumieć, ten naród jest wychowywany bezkompleksowo. Aczkolwiek, będę dalej niestrudzenie pracować nad znalezieniem jakiś mocnych słów na Włochów, co im się wydaje, że mogą cmokać, mamrotać i składać niemoralne propozycje na ulicy. Tak mi dopomóż słowniku garzanti, włoska koleżanko i riczerko w internecie. Ameno!

czwartek, 7 kwietnia 2011

La legge è uguale per tutti.

Błondżornoł, jak mawiał Brad Pitt. Właśnie na mojej playliście śpiewa Claudia Mori „chi non lavora, non fa l’amore”, więc zgodnie z zaleceniami piosenki, pracuję jak mróweczka. A jak nie pracuję, to mam wyrzuty sumienia, że się lenię. Nie poznalibyście mnie!
Dziś będzie o włoskim sądzie. Podobnie jak w kraju nad Wisłą i Odrą, Włosi mają dwie podstawowe instancje, rejon i okręg. Sąd rejonowy to giudice di pace (sędzia pokoju), a okręgowy to tribunale. Włoski sąd, szczególnie tu, na Południu, nie przypomina w ogóle tego, do czegośmy przyzwyczajeni. Nie ma ustalonej godziny rozprawy, są ore di rito, czyli godziny urzędowe, podczas których odbywają się rozprawy.  Klienci prawie w ogóle się nie pojawiają, jest za do marea di avvocati (tłum), w każdym wieku, o każdym stylu. Są ci w garniturach, ci w sweterkach, luzaccy w kurteczkach skórzanych, particolari, w różnych dziwnych ubraniach. Ostatnio widziałam adwokata-sobowtóra Stinga i adwokata, który miał lazurową marynarkę, białe spodnie, conversy, okularki-lustrzane niebieskie (occhiali a specchio) i torbę Luis Vuitton. I rozwiany włos. Okularów nie zdejmował nawet na sali rozpraw. Czy wspomniałam już, że na bank był po 40.? Włoski luz. Na salę rozpraw może wejść każdy, prawda jest taka, że zawsze jest tłum adwokatów, rumor, akta walają się po stołach. Procedura polega na tym, że najpierw szuka się swojego fascicolo (akt), potem szuka się adwokata drugiej strony (najczęściej podchodząc i pytając:  „studio x? avvocato x?”), potem siada się i pisze verbale, czyli uzupełnia się akta zaznaczając, że "è presente per … avvocato…" i pisząc co tam się chce. Czasami pisze się zeznania świadków, czasami wnioski. Na moje pytanie, czy nie powinien twego robić sekretarz, Elda odpowiedziała, że tak, ale jak robi się to samemu to jest szybciej. Potem idzie się do sędziego, kładzie się akta na sam spód kupki i czeka w tłumie, aż cancelliere (sekretarz) wywoła sprawę. I czasami czeka się godzinami. Santa pazienza! Więc wtedy czeka się posłusznie, czasem idzie się załatwić coś do sekretariatu, czasem pracuje się nad przygotowaniem jakiegoś dokumentu, czasem prowadzi się small talki; wtedy właśnie dowiaduję się o tajnikach profesji adwokata (na którą składa się tu głównie czekanie i odbieranie telefonów). Byłam zaskoczona, że tak mało się dzieje na tych rozprawach. Sędziowie w garniturach, przyjmują adwokatów jak jacyś administratywiści, wokół miejsca, gdzie urzęduje sobie sędzia jest zawsze dziki tłum, niektórzy odbierają telefony, za co nie zawsze są karceni, a jeżeli już, to sędzia krzyknie: „avvoca’!”. Nie czuje się rispektu i powagi instytucji. Togi nosi się jedynie w sprawach karnych lub w apelacji (widziałam nawet raz, takich ślicznych, przystrojonych sędziów, ale niestety, tylko raz). Ogólnie jest dużo starych adwokatów, ale również dużo młodych, choć jak z Eldą stwierdziłyśmy, że solo paskuda, niente ciacho; tylko pan, który sprzedaje kodeksy jest carino, ale nawet nie bello. Więc sobie plotkujemy i zacieśniamy amicizię.
Wczoraj byłam na rozprawie za zamkniętymi drzwiami. I w końcu poczułam się jak w sądzie. Na sali rozpraw tylko strony, adwokaci, praktykanci. Sekretarz, który pisze na komputerze (jak Bóg przykazał), sędzia, prezes sądu, który wzbudza respekt (choć dalej w garniturze). Na wstępie avvocato Paolo zapytał, czy nasza koleżanka, Polka, która robi riczerkę i jest u nas na praktyce może wziąć udział w rozprawie, sędzia się zgodził. Zapytał czy rozumiem po włosku, na co, zanim jeszcze zdążyłam odpowiedzieć, Elda i avvocato odpowiedzieli chórem „benissimo”. Potem, gdy wszyscy już usiedli, zostało jedno krzesło i 5 praktykantek, na co sędzia zaproponował, że może sobie usiądzie „la nostra collega polacca”. Więc siedziałam i słuchałam, i w końcu poczułam się jak na prawdziwej rozprawie (którą wygraliśmy). 
Postaram się jakoś ukradkiem zrobić zdjęcia tego zwykłego sądowego macello (rozgardiaszu w mogadiszu), bo naprawdę, jest co oglądać. Tymczasem, borem lasem, spadam do roboty.