poniedziałek, 23 stycznia 2012

z ziemi polskiej do włoskiej i nazad

wczoraj przy malatestańskiej włoskiej cena, poczułam się jak przy polskiej kolacji. dlaczego? 
jak zwykle miało być spokojnie, ale przyszła szóstka gości, ergo: far from it. jedzenia nie zabrakło, gdyż wszyscy dzielnie zakasali ręce do roboty, a najdzielniej Jakub, który był kapitanem naszej arki malatesty (całe szczęście, że Jakub woli swoje whisky neat, a nie on the rocks, jak Schettino, allora nie sprowadził nas na kulinarne płycizny). były placki ziemniaczane po węgiersko-włosku, czyli po raz kolejny nasz dom przypominał smażalnię, a cholesterol wzniósł się pod niebiosy, oraz polenta z kremem z borowików (to te "prawdziwe grzyby", jak mówią Włosi). oprócz tego na deser był popisowy, jakubowy applecrumble z lodami śmietankowymi.
w trakcie kolacji zadzwonił telefon, odebrałam, mój Tata, więc mówię: "cześć tatusiu", wychodzę, rozmawiam, wracam a tu, że "cześć tatusiu" przypomina brzmieniowo "ch'e' 'sta tosse", czyli "co to za kaszel". Federika koło mnie mówi po cichu: "bardzo dobrze", na co ja, zdziwiona mówię: "co, powtórz, powtórz". i się zaczęło. każdy z obecnych Włochów, jak się okazało umie powiedzieć coś po polsku. "dobra", "dzięki", "idziemy kurwa","daj mi piwo" i jakiś tryliard innych, których nie pamiętam, bo tarzałam się tam ze śmiechu, gdy dookoła polskie dialogi z włoskim akcentem.
...
polonizujemy i niesiemy słowiański kaganek oświaty kulinarno-językowej. bo jak to sami mieszkańcy kozaka stwierdzili po obejrzeniu naszych wałówek przywiezionych z PL: "polacchi przyjechali nas ratować przed kryzysem i przywieźli da mangiare". Polsko Chrystusie narodów?

środa, 18 stycznia 2012

od- A. do Mammy

dużo rozmawiam z moją Mammą. wysyłamy sobie maile, zdjęcia, gotujemy razem, poznajemy się bliżej (choć znamy się już dosyć dobrze - od brzucha - mogę powiedzieć, że znam ją od podszewki). fakt, że nasze kontakty się nasiliły i zbliżyły wynika może z tego, że dzieli nas duży dystans, że skończyłam już studia, jestem w miarę dorośnięta; chyba obie zdałyśmy sobie sprawę, jak ważna jest rozmowa i dialog między nami. i że nawet jeżeli coś nie wychodziło i miałyśmy między sobą parę nieporozumień, to wszystko jest nieważne w perspektywie tego, jak mamy siebie mało, jak mało możemy się nacieszyć osobą, którą kochamy.
zawsze wszyscy mówili mi, że moja Mamma jest super. oczywiście, przytakiwałam. ale chyba przez burze hormonalne, dojrzewanie, rozkminianie życia i samej siebie, brak dystansu do środowiska, w którym wyrosłam, nie zdawałam sobie tak naprawdę sprawy jak wspaniałą jest osobą. dużo się od niej nauczyłam. dostałam od niej dużo miłości i akceptacji. wsparcia i wiary w moje siły, zachwytu nad rzeczami dobrymi i ładnymi, które zrobiłam, i tymi mniej ważnymi. wychowała mnie na asertywnego gnojka (co sama mówi), nauczyła mnie bycia kobietą, w miarę porządnym człowiekiem, pokazała jak kochać, jak dbać o innych, troszczyć się. uświadomiła, że nawet nie będąc idealnym, można być wartościowym. przez swój upór, wiarę w ideały, nonkonformizm, nawet kiedy widziałam jej zmartwioną twarz, wiedziałam, że się nie podda. że mogę na nią liczyć i cokolwiek by się działo znajdę bezpieczne schronienie w jej ramionach. że nakrzyczy, sterroryzuje emocjonalnie, wybaczy, przytuli, ugotuje coś dobrego. że rano przyjdzie i położy moją głowę na jej kolanach i kiedy ja, jeszcze śpiąca i nieprzyjemna poranna królewna będę zrzędzić, ona będzie głaskać mnie po włosach i cieszyć się, że jesteśmy razem. że będziemy gotować dwie identyczne potrawy, czy przygotowywać identyczne drinki dla kulinarnej rozrywki. i będziemy się nawzajem upierać, że "twoje lepsze". że będziemy rozmawiać o kulturze, sztuce, filmach, podróżach.
pomimo to, że znam ją od tylu lat, dalej mnie zaskakuje, pytając, czy "tramonto" to po włosku "zachód słońca", wysyłając zdjęcia pięknych miejsc, dzieląc się swoimi marzeniami, rozmawiając ze mną ponad godzinę po angielsku, którego skrycie się uczy. i dalej jest dla mnie tajemnicą. jej potencjał intelektualno-doświadczeniowo-życiowy jest nieprzebrany. widzę, że jest pięknym człowiekiem i w końcu jestem na tyle dojrzała, że umiem to dostrzec. 
czasami nie liczyłam, że zaakceptuje moje wybory, jednak zawsze starałam się je wyjaśniać, bo, pomimo nieporozumień, jest dla mnie tak ważną osobą, że nie mogłabym jej wykluczyć z ważnych wydarzeń w moim życiu.
mogłabym pisać wiele rzeczy na jej temat, wychwalać i podziwiać, opowiadać o jej poczuciu humoru, czy talencie do pisania bajek i wierszyków. ale może po prostu wytatuuję sobie Mamma forever w serduszku na ramieniu?