Dawno już nie pisałam. Myśli kłębią się, układają, siadają w ławkach, a potem, jak na zawołanie, znów biegają, są ich miriady. Zastanawiam się, czy się dzielić tym, co myślę, czy nie jest to głupie, trywialne i mało odkrywcze, czy zostanę zrozumiana, czy kogokolwiek obchodzi co myślę. Czasem wydaje mi się, że już mam wszystko poukładane, a potem nadchodzi taki dzień, że widzę jednak, że wcale nie. To się chyba nazywa chwiejność i niestabilność. I im więcej czytam, tym bardziej widzę, jak mało wiem. A mówi się, że czytanie rozwija. To w sumie wyjaśnia fakt, że ludzie, którzy nie czytają i są megaignorantami mają najwięcej do powiedzenia. Ale znów łamię się błędnym kołem własnej pomylonej logiki. Muszę się pogodzić z tym, że nie odkryję literackiej Ameryki. Nie wiem, czy zostały w ogóle jeszcze jakieś Ameryki do odkrycia. Chciałabym coś odkryć, ale to już chyba możliwe jest jedynie w naukach przyrodniczych. Basta! znów zaczynam robić meta-rozkminę, a jak to mówi Mamma, nie ma się czym martwić, bo życie rozkminia się przez całe życie i na tym polega jego urok. Zaufam jej. Zaryzykuję. Popiszę. Się. Wracam. TA-DAM!
...
Tęsknię za bezrefleksyjnością, bezmyślnością, za rozgrzanym białym piaskiem, błękitną, przezroczystą wodą. Za tym piaskiem, który parzy stopy, wodą, która nie daje ochłody, rowerem na lungomare, ostatnimi promieniami słońca, które zatapia się w morzu. Zamiast tego mam późną jesień, opadłe liście, wypchane tramwaje, które co jakiś czas rozbłyskują niebieskim światłem, wieczorną pracę, nocne rozmowy ze współlokatorami, niedzielne obiady. I miliardy myśli, które mogłabym przesłać streamingiem na jakiś duży serwer. Może trochę by mi ulżyło.
Tęsknię za moimi książkami, marzę też o dużym fotelu, w którym mogłabym się ułożyć, przykryć kocem, napić się herbaty z cytryną i czytać godzinami. Szukam ukojenia w muzyce. Wsłuchuję się, śpiewam na całe gardło.
...
