piątek, 30 września 2011

wielki post powakacyjny

No i moi drodzy, pora na zaktywizowanie się na blogu, zupdateowanie życia wirtualnego z tym realnym. Tak sobie snułam ambitne plany opisania przygód wakacyjnych, ale po głębokich przemyśleniach, stwierdziłam, że primo: nie ma to sensu, bo nie da się tego opisać w jednym poście, a wg klasyka (czyli mojej mało inteligentnej koleżanki z liceum): „Robienie czegoś czemu zdołać nie podołam jest asensowne”, secondo: takie opowieści  to raczej przy piwie/ grzanym winie/herbacie na jesienne wieczory (albo na sentymentalne listopadowe posty). Krótką (magari!) wakacyjną litanię w zdaniach prostych (i nie za bardzo złożonych) mogę Wam jednak zaserwować.

Obroniłam się. Sama w to jeszcze nie wierzę. Przez wakacje pracowałam w Gallipoli w  buenie viście. Kryzys dawał się w tym roku we znaki. Pogoda była słabsza. Ergo – szef miał spinę. Jednak słońce i 35 stopni oraz błękitne morze nie zawiodły. Za swoją gnojkową asertywność (jak nazywa to Mama Pru) omal nie zostałam wyrzucona z roboty. Którą jednak sama chętnie bym rzuciła, bo miałam już dość debili i pawianów za didżejką i za barem. Ale jednak zostałam. Dlaczego? Bo słodka polska ekipa była odskocznią od kwasów pracowych. W tym miejscu pozdrawiamy: Lu, Werkę, Kru i gościnnie Apolontas oraz Rycha. Gasiłam pożar w buenie viście. Ocierałam łzy wytatuowanego szefa. Robiłam przekąski i okazjonalnie przygotowywałam coś za barem (nie zapomnę wspólnej paniki, gdy w dzikim tłumie, barmanka wyszła sobie na pół godziny pogadać z fidanzato i wszyscy kelnerzy włazili za bar w panice szukając napojów po lodówkach i Lu, która z dzikim szałem w oczach i kurwą na ustach pyta: „do bitter bianco cytryna czy pomarańcza? aaaaaaaa!!!!”). Włoscy stronzi, którzy wyrywali na chama i którym udzieliłam swej uwagi w postaci plaskacza. Włoscy słodcy chłopcy, którzy jednak okazywali trochę kultury. Easy rider sopra un harley. Volantinaggio i drinki w godzinach pracy, na które wykradałyśmy się z Lu i Werką (sex on the beach i mary pikford za 3 eur). Stefano Gabbana i Antonella Clerici, czyli włoskie celebrities, które u nas gościły. Tancerki z Praji, które się paskudnie porobiły i jedna w mojej zonie privee rzygała przez 40min wychylona przez mury bastionu. Idiotyczne pytania klientów o smaki lodów, wg przykładu – „czym jest coco ripieno?” – „to lód o smaku kokosowym” – a „limone riepieno?” – „to lód o smaku cytrynowym”. Cornetto o smaku nocciola, które leczyło mi zapalenie spojówek. Regularne zniżki w cornetterii i w disko. Niezapomniane powroty rowerowe do domu, cały czas pod górkę. Komuna, w której mieszkaliśmy, gotowaliśmy, praliśmy i nie-sprzątaliśmy razem. Właściwie oprócz sprzątania, to robiliśmy wszystko razem. Dmuchany materac. Stara raszpla o wyglądzie i prezencji młodej laski (gdyby jednak nie była starą raszplą), która nas pokochała. Transwestyta, który bał się przyznać swemu ojcu, że pali fajki, a zupełnie na legalu przechodził terapię hormonalną i codzienne przystrajał się w kobiece ciuchy. Stary pawian i morze. I pawiany za barem. Poranne chodzenie na plażę. I popołudniowe też. I parę dni wolnych, w czasie których porządnie zniszczyliśmy się w swoim doborowym towarzystwie (podrawiam Werę!). Tartaruga. Sukah. Katerinaaaaa! Madonna che figo! Come va? Popołudnia w Samsarze i tańczenie na plaży do włoskiego hymnu i ostrego bita. Mina alla Cristina (eeeh?). Sesje foto na plaży.
Neapol i nowa włoska rodzina, kochany Vincenzo, który ugościł Kru i mnie jak króli. I przepiękne gej disko. Madryt, marznięcie w klimatyzowanych Prado i Reina Sofia, całodniowe podniecanie się malarstwem, piwo w parku i regularne wylegiwanie się na każdym znalezionym skrawku zieleni, tropienie street artu, nocne podróże metrem. Pamplona, paella dla 40 osób, afrykańskie tańce na ulicy, kąpiel w oceanie i silne postanowienie rozpoczęcia surfingu. Francja, reunion z Wenką w Bordeaux, samotny autostop z przezabawnym kierowcą i wielogodzinne konwersacje w języku angielsko-francusko-migowym. Paryż, samotne zwiedzanie podobnież najbardziej romantycznego miasta na świecie i pyszna tartaletka na Montmartre. Przyjazd do Polski z dwoma Brazylijczykami, a nie z jednym, jak to było zaplanowane. Toruń, reunion z Rodziną, jak nie ma zasad to są kwasy, prorok ma najciężej we własnym kraju, ale jednak LOWE i tutti si vogliono bene. Sopot, kolejne reunion i kolejne imprezy, i kolejna rodzinka; spóźnione wakacje nad polskim zimnym morzem, wspinanie się na Wieżę Mariacką, polska impreza ze sztandarem, ogórem kiszonym, smalcem i śledzikiem. I czerwony dywan i sztuczne kwiaty. I wywalanie paneli pod osłoną nocy. Poznań, miasto doznań, krużycka pasta (yummy!!) oraz zdrowa, doskonała impreza z Kleopatrą i srebrną Apolontas, a potem poranny nieogar, peron 4b i rekonwalescencja w pociągu relacji Poznań-Słupsk. I wreszcie Słupsk, czill, pyszne obiadki, sen, wypoczynek, centro benessere da Mamma, leniwe poranki, leniwe popołudnia. Powrót do czytania poezji, robienia kolaży, beztroskiego szopingu, za który nie muszę płacić, home sweet home.
Ten chaos informacji, tryliard kilometrów i milion przewijających się bohaterów złożyły się na trzy piękne miesiące mojego wolnego, bezuczelnianego, bezzobowiązaniowego, luzackiego i spontanicznego życia. Bo na ogół jak wiadomo to jest poważne i wypełnione pracą i nauką. Prawdopodobnie nie jest to najczytelniejszy post na świecie, ale żeby nie zapomnieć, żeby choć hasłowo pamiętać, co, jak, kiedy i z kim.
Wszelka zbieżność postaci i sytuacji przypadkowa.